Ostatnia warta

Marcin Jakimowicz, GN 35/2019

publikacja 05.10.2019 06:00

Na dłuższą chwilę zatrzymałem się przy płaszczu. W miejscu ostatniej warty znakomitego architekta i rzeźbiarza, o którym od stu lat nie bez powodu mawia się „wileński święty Marcin”.

Wojskowy płaszcz zawisł w tym roku w miejscu ostatniej warty genialnego architekta. Marcin Jakimowicz /foto gość Wojskowy płaszcz zawisł w tym roku w miejscu ostatniej warty genialnego architekta.

Miasto smacznie spało. Miałem szczęście adorować bladym świtem Najświętszy Sakrament w maleńkim wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Dochodziła piąta, a ja byłem w kaplicy sam. Jezus Eucharystyczny stał przed Jezusem z obrazu Kazimirowskiego. Z ogromną siłą docierały do mnie słowa: „Zanim wypowiem słowo »sprawiedliwość«, przychodzę z miłosierdziem”.

Po adoracji ruszyłem za rzekę, na prawy brzeg Wilejki. Maszerowałem samotnie przez Zarzecze – dzielnicę artystów przypominającą paryski Montmartre. Republika Užupio doczekała się nawet własnej konstytucji, w której najbardziej rozbrajały mnie postanowienia: „Człowiek ma prawo umrzeć, lecz nie jest to jego obowiązkiem”; „Człowiek ma prawo się nie lękać”; „Człowiek ma prawo kochać” i „Człowiek ma prawo być niekochanym, aczkolwiek niekoniecznie”.

Jak wiele się tu zmieniło! Straszące przez dziesięciolecia pustymi oczodołami okiennic i zdewastowanymi cuchnącymi bramami zaniedbane Zarzecze od dwudziestu lat uchodzi za jedną z najbardziej urokliwych części miasta i ukochane miejsce artystycznej bohemy. Tu przez prawie trzy lata mieszkali Gałczyńscy, a na pobliskich podwórkach swe dzieciństwo spędził operowy śpiewak Bernard Ładysz.

Szedłem zamyślony. Zatrzymałem się nagle, przy domu na ulicy Užupio 5. Na ścianie wisiał przytwierdzony do muru wykonany z brązu płaszcz. Szynel wojskowy naturalnej wielkości. Zawisł w tym roku w miejscu ostatniej warty niezwykłego człowieka. Dochodziła ósma. Promienie sierpniowego słońca tańczyły w okiennicach. Wróciłem do śpiącej rodziny, na ulicę Wiwulskiego do hotelu o tej samej nazwie.

Geniusz

To kowieński biskup Algirdas Jurevičius po raz pierwszy przyrównał go do św. Marcina. Potem porównanie to słyszałem wielokrotnie. Rozmawialiśmy w czerwcu pod białą wieżą kaplicy Objawień w sanktuarium w Szydłowie (lit. Šiluva). – Antoni Wiwulski był pierwszym architektem i rzeźbiarzem pochodzącym z Litwy, który ukończył Wiedeńską Akademię Architektury i Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Pięknych w Paryżu – słyszałem pod zaprojektowaną przez niego neogotycką 44-metrową przypominającą rakietę wieżą. – Jego historia przypomina opowieść o św. Marcinie, który podarował biedakowi połowę płaszcza. Gdy architekt brał udział w obronie Wilna przed wojskami sowieckimi, oddał swój płaszcz zmarzniętemu na kość towarzyszowi. Sam nabawił się ciężkiego zapalenia płuc i po kilku dniach zmarł.

Urodził się 20 lutego 1877 roku. Wiedeńską Akademię Architektury ukończył z wyróżnieniem. „Otrzymałem dyplom, zwyciężyłem we wszystkich niemal konkursach organizowanych przez Wydział Architektury. Uczyłem się też rzeźby samodzielnie. Teraz wstępuję do Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu. Kocham rzeźbę, lubuję się w tych kamiennych, a przecież jakże żywych kształtach!” – pisał młodziutki artysta.

Nad Sekwaną, w domu syna Adama Mickiewicza – Władysława, wokół którego skupiała się Polonia, poznał Ignacego Jana Paderewskiego. Ponieważ w czasie sześcioletnich studiów w École des Beaux-Arts Wiwulski chorował na gruźlicę i często klepał biedę, pianista zaprosił go na kurację do swej szwajcarskiej rezydencji w Mores. Do tego stopnia zachwycił się pracami przybyłego ze wschodu architekta, że powierzył mu wykonanie niezwykłego pomnika.

Świętujemy!

Co tam się działo! Odsłonięcie monumentu w samo południe 15 lipca 1910 roku, dokładnie w 500. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, zamieniło się w gigantyczną uroczystość patriotyczną. Było to możliwe jedynie w Krakowie, w zaborze austriackim. Autonomia galicyjska pozostawiała Polakom sporą swobodę. Od 41 lat językiem urzędowym w administracji i sądownictwie był polski.

Zwycięstwo Jagiełły nad zakonem krzyżackim urosło wprawdzie do miary mitu i w czasie zaborów stało się symbolem walki z niemieckim żywiołem (od dekady czytano z wypiekami na twarzach Sienkiewiczowskich „Krzyżaków”), nie sądzono jednak, że na odsłonięcie wysokiego na 24 metry pomnika, którego fundatorem był Paderewski, zjedzie do Krakowa ponad 150-tysięczny tłum. „Praojcom na chwałę – braciom na otuchę” – czytali ci, którzy mieli szczęście przecisnąć się najbliżej postumentu. Kraków eksplodował. Konnica, procesje, „krakowiacy i górale” w strojach regionalnych, kwiaty, śpiewy. Co ciekawe, świętowanie nagrano i można je dziś obejrzeć na YouTubie. Pochodzący z Litwy król spoglądał ze szczytu granitowego cokołu na słynne dwa miecze i figurę swego brata, z którym przez długie lata ostro wojował. U stóp wielkiego księcia litewskiego Witolda leżał śmiertelnie raniony Ulrich von Jungingen.

Antoni Wiwulski tworzył rzeźby w Paryżu. W konspiracji. Wersja oficjalna? To postument zamówiony przez jedno ze szwajcarskich miast. Ponieważ prace nad posągiem Jagiełły przerwała nagła choroba artysty, a mijał ostateczny termin oddania modeli gipsowych do odlania w brązie w starej francuskiej firmie Malleset, artysta przygotował posąg króla jako spatynowany na brąz model gipsowy. Gipsowy Jagiełło królował z pomnika przez trzy lata. W czerwcu 1910 roku gigantyczne figury ruszyły do Galicji przez Szwajcarię w siedmiu specjalnie skonstruowanych wagonach. Nie obyło się bez gorących sporów. Ostro wadzono się o miejsce lokalizacji, o to, czy lepszy będzie Wawel, plac Świętego Ducha czy Matejki. Ostatecznie wygrała ostatnia opcja. Pomnik stanął przed Akademią Sztuk Pięknych. „Dzieło, na które patrzymy, nie powstało z nienawiści. Zrodziła je miłość głęboka ojczyzny, nie tylko w jej minionej wielkości i dzisiejszej niemocy, lecz i w jej jasnej, silnej przyszłości”– wołał Ignacy Jan Paderewski. Pomnik przyniósł Wiwulskiemu wielką sławę. Nic dziwnego.

W roku wybuchu II wojny hitlerowcy zmienili go w kupę gruzów, a zrekonstruowano go dopiero w 1976 roku wedle projektu Mariana Koniecznego.

Ze wzruszeniem

Ileż razy jako brzdąc patrzyłem na ten wiszący u babci obraz. Trzy potężne białe krzyże spoglądają na zalane słońcem miasto. „Wilno” – to słowo wypowiadało się z rozrzewnieniem. Tu sięgają korzenie rodziny. Nie miałem wówczas pojęcia, że stanęły one na Górze Trzykrzyskiej w 1916 roku, podczas okupacji niemieckiej. I że ich autorem był Wiwulski. Do dziś są najjaśniejszym punktem miasta. Strzegły przechodzącego z rąk do rąk Wilna do 1951 roku, gdy pod osłoną nocy komuniści wysadzili je w powietrze. Dopiero przed trzydziestu laty społeczeństwo wolnej Litwy wzniosło ponownie te gigantyczne krzyże.

Po zagranicznych wojażach Wiwulski osiadł nad Wilią. W setną rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki w ścianę kościoła św. Jana wmurowano pamiątkową tablicę jego projektu.

W 1913 roku rozpoczął budowę wielkiej modernistycznej bazyliki Najświętszego Serca Jezusowego. Gdy pod miasto podchodzili bolszewicy, wstąpił do Samoobrony Wileńskiej, która już w 1918 roku upomniała się o przynależność Wilna do odradzającego się państwa polskiego. Wszedł w jej szeregi, choć od samych mieszkańców słyszał, by nie porzucał pracy architekta. Odparł wówczas: „Jeśli Bóg uzna mnie za godnego, nie zginę, a jeśli się znajdzie godniejszy, to na cóż mam życie oszczędzać”.

Lód

Nocą 3 stycznia 1919 roku, gdy Niemcy w popłochu opuszczali Wilno, a na miasto nacierali Sowieci, architekt stał na warcie. Na Zarzeczu, sto metrów od krętej Wilejki. Wiał lodowaty wiatr. Widząc zziębniętego towarzysza, bez wahania oddał mu swój wojskowy płaszcz. Przeziębił się i zmarł po tygodniu na ostre zapalenie płuc. Po jego śmierci w mieście mówiono powszechnie: „odszedł święty”, a w pogrzebie wzięły udział nieprzebrane tłumy. 84-letni Władysław Mickiewicz położył na jego grobie na Rossie chryzantemy.

„Wiwulski był głęboko wierzącym człowiekiem. Wysoki, wychudzony, schorowany, ale zawsze starannie ubrany. Ciemne, falowane włosy. I te jasne, wesołe, sypiące iskrami oczy. Z całej jego postaci biła dobroć, jasność, wesołość” – wspomniał ks. Walerian Meysztowicz, autor monografii poświęconej rodzinnej Kowieńszczyźnie.

Wspinam się na położony na wzgórzu cmentarz. – A może pokazać panu groby Syrokomli i Wiwulskiego? – przy płycie „Matka i serce Syna” zaczepia mnie jakiś liczący na drobne na piwo Polak. – Nie. Dziękuję! Oba nagrobki znajduję przy tej samej alejce.

Po śmierci w kieszeniach architekta znaleziono kawał czarnego litewskiego chleba, 20 kopiejek, obrazek Najświętszego Serca Jezusowego, różaniec i własnoręcznie zapisaną karteczkę z sentencjami św. Teresy: „Nie smuć się niczem, nie drżyj przed złej doli biczem/ Wszystko to pył/ Bóg jest niezmienny, a cel twój promienny/ Zdążaj wytrwale co sił/ W kim Bóg siedlisko obrał na wszystko, ten będzie... żył”.