Nie sądzę

Franciszek Kucharczak; GN 11/2019

dodane 14.04.2019 06:00

W każdym procesie chodzi o prawdę. Także wtedy, gdy siedzi ona na ławie oskarżonych.

Sąd Piłata (Pasja Rothenburska). XV w. Autor nieznany.
Reichsstadtmuseum.
Rothenburg nad Tauberem,
Niemcy. Sąd Piłata (Pasja Rothenburska). XV w. Autor nieznany. Reichsstadtmuseum. Rothenburg nad Tauberem, Niemcy.

Wyrok „winien” zapadł, zanim ks. Adam Rucki stanął przed sędziami. Wcześniej, zanim go zamknęli, pracował z młodzieżą. Do kościoła w Jabłonkowie ściągali młodzi z całej okolicy. W komunistycznych Czechach to była rzecz nie do przyjęcia. Miarka się przebrała, gdy 33-letni wtedy kapłan ochrzcił syna komunistki. Szpicel wszystko doniósł. Ksiądz Adam trafił za kratki. W roku 1985 odbył się proces. Trwał dwa dni. Wreszcie przyszedł czas na ostatnie słowo oskarżonego. Ksiądz Adam przygotował sobie przemowę, ale…

– Duch Święty wszystko mi wygumował – opowiada. – Nie wiedziałem, jak się nazywam. Zacząłem mówić, jak Jezus nauczył mnie kochać. Także tego człowieka, który mnie wydał. Powiedziałem sędziom: „On nie wie, co czyni. I wam tu, z tego miejsca z serca przebaczam”. A potem nie wiem już, co mówiłem. Pamiętam ostatnie zdania. Popatrzyłem na sędziów i powiedziałem: „Ja tu stoję przed wami, ale pewnego dnia wszyscy staniemy przed sędzią sędziów. Ja chciałbym wtedy spojrzeć Mu w twarz z uśmiechem. Dlatego róbcie, co musicie, panowie”. Ludzie płakali, sędziowie byli bladzi jak ściana. Duch Święty na sali sądowej wiał jak tajfun, atmosfera była niesamowita. Potem pomyślałem: „Po co się przygotowywałem? Przecież Pan Jezus powiedział, że w takiej chwili Duch waszego Ojca będzie przez was przemawiał”. Teraz zobaczyłem, jak te słowa Ewangelii się wypełniły.

Ustawianie wyroku

Jest coś mistycznego w sytuacjach, gdy prawda ściera się z kłamstwem. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – powiedział Jezus, stojąc przed sądem Piłata. „A cóż to jest prawda?” – zapytał cynicznie namiestnik. Nie miał pojęcia, że Prawda stoi przed nim. Jezus jest prawdą. Osobową. „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” – mówi sam o sobie.

Bóg „nie może się zaprzeć siebie samego” – powie apostoł. A siedem wieków wcześniej Izajasz prorokował o Nim: „W Jego ustach kłamstwo nie postało”. Ten, który jest prawdą, zna całą prawdę i mówi zawsze prawdę. A zwykły śmiertelnik? Mimo postępów cywilizacyjnych jesteśmy jak dzieci we mgle. Nie znamy wektorów wyznaczających kierunek zdarzeń, a i zdarzenia dostrzegamy wycinkowo. Co my wiemy o sobie, o innych, o świecie? Sokrates doszedł do tego: „Wiem, że nic nie wiem”. Oto szczyt ludzkiej mądrości – świadomość własnej niewiedzy.

Na tej mizernej podstawie sądzimy i wyrokujemy. Nie ma dramatu, gdy wyrokujący ma dobrą wolę, jeśli szczerze chce poznać prawdę i wydać uczciwy wyrok. Gorzej, gdy prawda osądzającemu przeszkadza. Tak jak to było wtedy, w tym procesie procesów, gdy jedyny Sprawiedliwy stanął przed trybunałem sług kłamstwa.

„Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić” – czytamy u Mateusza. Bo decyzja zapadła kilka dni wcześniej, po tym, gdy Jezus wskrzesił Łazarza. „Tego więc dnia postanowili Go zabić” – czytamy u Jana.

Gdy sędziowie mają cel inny niż sprawiedliwość, szanse na uczciwy wyrok maleją do zera. A gdy celem tym jest zgładzenie podsądnego, tak samo maleją szanse jego przeżycia.

Nie żeby sędziowie Jezusa tak po prostu chcieli Go zabić. Nie, skądże. Oni szlachetni byli. Sam arcykapłan „Kajfasz poradził Żydom, że warto, aby jeden człowiek zginął za naród”. O naród podobno chodziło, o cel nadrzędny, który – no trudno – czasem wymaga ofiar.

Jak widać, zasada „cel uświęca środki” była stosowana na długo przed tym, jak sformułował ją Machiavelli. Kto ją stosuje, nigdy nie ma czystych intencji, także wtedy, gdy sam to sobie skutecznie wmawia. Oficjalnie nikt nigdy świadomie nie skazuje niewinnego z podaniem prawdziwych przyczyn. Skazaniec musi wyglądać na takiego, który zasłużył na wyrok. Tak jak się to w 1966 roku przydarzyło paulinowi o. Krzysztofowi Kotnisowi, faktycznie skazanemu przez PRL za nazywanie aborcji morderstwem. Dostał dwa lata więzienia z utratą praw publicznych i obywatelskich za „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa polskiego”. Pozwolono mu wygłosić ostatnie słowo: „Przyjmuję cierpienie dla sprawiedliwości” – powiedział. Wiedział, czyje to słowa. „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” – obiecał Jezus. Ojciec Krzysztof wiedział, że te słowa są także dla niego. Mimo bólu – uszczęśliwiające.

Nie zawsze ofiary fałszywych procesów dożywają ziemskiej rehabilitacji, ale osoby postronne z reguły łatwo rozpoznają rzeczywiste motywy prześladowców. W sądzie nad Jezusem nikt chyba na serio nie uwierzył w gadanie o „dobru narodu”. Nawet dla Piłata to było jasne. „Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali” – relacjonuje Mateusz.

Jest wielbłądem

Zanim jednak sprawa trafiła przed namiestnika, proces nie szedł łatwo. Nawet podstawieni „świadkowie” nie dawali rady. Kłamstwo, biegnąc na swoich krótkich nóżkach, co chwila dostawało zadyszki. „Wielu wprawdzie zeznawało fałszywie przeciwko Niemu, ale świadectwa te nie były zgodne” – podaje Marek. Zawsze tak jest. W obliczu niewinności podstęp się plącze, zaprzecza sam sobie i sam siebie kompromituje. W końcu dwaj kłamcy zeznali: „On powiedział: »Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować«”.

Typowa półprawda. Naprawdę Jezus powiedział: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. Różnica z pozoru drobna, ale istotna. W fałszywym zeznaniu wygląda to tak, jakby się Jezus chełpił zdolnością robienia sztuczek, i to kosztem przybytku samego Boga. „On zaś mówił o świątyni swego ciała” – wyjaśnia ewangelista Jan.

Z opisu Mateusza wynika, że Jezus nie reagował na fałszywe oskarżenia. „Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?” – zdziwił się najwyższy kapłan. „Lecz Jezus milczał” – czytamy. Nie zaszczycił oczywistego kłamstwa polemiką, nie poniżył się tłumaczeniem z gatunku „nie jestem wielbłądem”. Przemówił dopiero wtedy, gdy arcykapłan zapytał Go wprost, dotykając samej istoty Jego misji: „Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?”.

Są takie chwile, gdy nie można stosować uników, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za to zapłacić. To była taka chwila. „Tak, Ja Nim jestem” – zabrzmiały nieprawdopodobne słowa. Tak nieprawdopodobne, że dla takich ludzi jak członkowie trybunału okazały się nie do przyjęcia. Mesjasza może by jeszcze przełknęli. Wiedzieli, że miał nadejść, czekali na niego – ale Syn Boży? Jak człowiek może powiedzieć coś takiego? Rzeczywiście – nikt nigdy nie miał prawa tego powiedzieć. Tylko Jezus, On jeden jedyny. Nie mógł inaczej: bo to była prawda.

Znamienne: Jezus nie prowokuje wypadków, nie wypowiada bez potrzeby słów, które przesądzą o jego losie. Wcześniej, gdy Piotr powiedział: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”, On surowo zabronił uczniom o tym mówić. Teraz daje świadectwo prawdzie, bo dać je trzeba. Tak samo będą robić pokolenia męczenników, łączących swoje cierpienie z męką Jezusa. Takie będzie doświadczenie i tych chrześcijan, których skażą rzymskie trybunały, i tych prześladowanych w wiekach późniejszych, i tych niedawno zarzynanych przez islamistów. Nie będą pewnymi siebie pyszałkami, pokrzykującymi jak Piotr: „Panie, z Tobą gotów jestem iść nawet do więzienia i na śmierć”. Będą liczyli na łaskę męczeństwa. I gdy alternatywą będzie zaparcie się wiary, otrzymają tę łaskę: z podniesionym czołem powiedzą: „Jestem chrześcijaninem”.

Odruchy stadne

Dalej jest już chóralne „Ukrzyżuj!” na placu przed siedzibą namiestnika. Jak to możliwe? Przecież dopiero co tłumy krzyczały „Hosanna!”. Jeszcze nie zwiędły zerwane wtedy liście palmowe, a już taka zmiana opinii społecznej? Wielu z ludzi, którzy tam byli, musiało znać Jezusa, a przynajmniej słyszeć o Nim dobre rzeczy. Głośno było o Nim od wybrzeża Morza Czerwonego po górę Hermon – że uzdrawia, wskrzesza, złe duchy wygania, rozmnaża chleb. Nikt nie doznał od Niego żadnej krzywdy, wszędzie za to było mnóstwo ludzi, którzy swoim odzyskanym wzrokiem, zdrowym ciałem i duchem świadczyli o otrzymanych od Niego niesłychanych dobrodziejstwach. Aż tu nagle okazuje się, że nawet zbója wolą od Jezusa.

Tyle warte jest poparcie społeczne. Łaska społeczna jeździ na pstrym koniu, który nie kieruje się prawdą, tylko nastrojem i emocjami, a żywi się fejkami. Parę fałszywych wiadomości, parę podstępnych sugestii i niezobowiązujących obietnic podsuniętych przez cyników – i gotowe. Jakie to prawdziwe przysłowie, że gdy kto wszedł między wrony, zacznie krakać jak i one.

Pewnie gdyby każdego z osobna zapytać o przyczynę tej nagłej nienawiści, okazałoby się, że właściwie to nikt nie ma nic przeciw Jezusowi, a nawet każdy jest jego zwolennikiem, tylko że tak, no wiecie, „w sercu”.

Zostanie szczęście

Jest coś błogosławionego w procesach wytaczanych ludziom za ich zaangażowanie na rzecz sprawiedliwości: oskarżony jest błogosławiony. Czyli szczęśliwy. „Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” – zapowiada Jezus w Kazaniu na Górze. Zatem znoszenie urągań i wysłuchiwanie o sobie kłamstw nie oznacza konieczności natychmiastowego prostowania i ripostowania. To dym, „nastrój społeczny”, który rozwieje się równie nagle, jak się pojawił. Poczekaj, burza minie. Pozostanie błogosławieństwo, które ma swoje korzenie w ofierze, jaką poniósł Jezus znoszący dobrowolnie najbardziej krzyczącą niesprawiedliwość. Owocu tego błogosławieństwa zakosztował także ks. Adam Rucki. Dziś pełni funkcję ojca duchownego kapłanów diecezji ostrawsko-opawskiej. Jest szczęśliwym kapłanem. Największa i wspaniała niespodzianka przyszła jednak w 2011 roku, gdy ks. Adam prowadził rekolekcje w Trzyńcu. Na zakończenie podszedł do niego wiekowy mężczyzna. – Ksiądz mnie poznaje? To ja księdza osądziłem przed dwudziestu pięciu laty. Wtedy byłem niewierzący, ale uwierzyłem w Jezusa – powiedział ze łzami w oczach.

– Padliśmy sobie w ramiona, popłakaliśmy się. „Bracie, witaj w Kościele!” – powiedziałem. Szaweł stał się Pawłem, Dzieje Apostolskie ciągle aktualne! Wszystko działa! Nie wiem, czy przed śmiercią zakosztuję jeszcze większego szczęścia – cieszy się ksiądz.

Prawda zawsze zwycięża. Bo Jezus jest prawdą.

Tagi:
KOŚCIÓŁ,