Z Chrystusem wśród mandarynów

Gość wrocławski 9/2019

dodane 20.03.2019 06:00

O celebrowaniu piękna, ewangelizacji przez astronomię i napięciu między „dwoma słońcami” mówi o. Jan Konior, jezuita pracujący obecnie we Wrocławiu, znawca kultur Dalekiego Wschodu.

– Świat Orientu pod wieloma względami jest fascynujący  – mówi o. Jan Konior SJ. Agata Combik /Foto Gość – Świat Orientu pod wieloma względami jest fascynujący – mówi o. Jan Konior SJ.

Agata Combik: Jak to się stało, że Ojciec – człowiek pochodzący z Leśnej k. Żywca – podążył we „wschodnią” stronę?

O. Jan Konior SJ: Jak mówi chińskie przysłowie, każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. W 15. roku życia rozpocząłem, nakłaniany przez kolegów, ćwiczenie japońskiej sztuki walki karate kyokushinkai – mając na względzie gimnastykę, ćwiczenie siły woli, charakteru. Wybrałem sobie wtedy cztery najważniejsze motta życiowe: modlitwa, nauka, życie towarzyskie (później wspólnotowe), sport. Do dziś staram się je realizować. Zawsze marzyłem o poznaniu kultur azjatyckich. Są pod wieloma względami fascynujące. My, Europejczycy, mówimy to, co myślimy. Ludzie Wschodu mówią to, co widzą. Ich myślenie kształtowane jest przez obraz. Z tym wiąże się także, bardzo ceniona, sztuka kaligrafii. Uważają, że poprzez kaligrafię „uprawianą” bez pośpiechu i z uważnością można skutecznie kształtować swój charakter.

Czy wybór zakonu jezuitów był związany z jego działalnością na Dalekim Wschodzie?

Nie. Mam wielkie nabożeństwo do Maryi Niepokalanej, jestem przekonany, że w dużym stopniu Jej zawdzięczam swoje powołanie. Kiedyś, podczas pielgrzymki z Warszawy na Jasną Górę, usłyszałem głos: „Czy ty nie chciałbyś zostać kapłanem?”. Poszedłem za tym wezwaniem. Natomiast już będąc jezuitą, cały czas interesowałem się Wschodem. Poznałem takich misjonarzy, jak o. Matteo Ricci SJ (zm. 1610 r.), kandydat na ołtarze, Adam Schall von Bell z Kolonii, Michał Boym ze Lwowa i wielu innych. Niezwykłymi postaciami są męczennicy japońscy z XVII w., także polski jezuita o. Wojciech Męciński, zmarły 23 marca 1643 r. w Nagasaki (gdzie po latach działał św. Maksymilian M. Kolbe). W zakonie uczyłem się między innymi języka japońskiego, języka samurajów. Poznawałem mądrość Wschodu – zawartą także w licznych przysłowiach, choćby w tym wyjaśniającym samurajską taktykę: „Burza łamie dęby, a trzcina się tylko kołysze”, czyli – ustępować, aby zwyciężyć. Jako jezuita poprosiłem o wyjazd na Wschód, by nauczyć się także chińskiego, zyskać doświadczenie misyjne, odkrywać inną kulturę, jak jezuici w minionych wiekach. Przez 3 lata uczyłem się na Tajwanie języka chińskiego. Studiowałem tam na dwóch uniwersytetach, ukończyłem teologię po chińsku.

Jak wygląda praca misyjna w Chinach?

Chińczyka trzeba olśnić, zaimponować mu. Trzeba się z nim ponadto zaprzyjaźnić. Jezuici byli w stanie prowadzić rozmowy intelektualne z mandarynami, wchodząc w przyjazne relacje z nimi. Odnosili sukcesy misyjne między innymi dlatego, że dobrze znali astronomię, matematykę, geografię. Poprawnie obliczyli choćby zaćmienie słońca i księżyca, korygując błędy astronomów chińskich. Trzeba pamiętać, że kultura i nauka w Państwie Środka od tysiącleci stały na bardzo wysokim poziomie. Przykładowo już w II w. p.n.e. używano w Chinach maszyn drukarskich z ruchomymi czcionkami. Wiedza otwierała serca Chińczyków. To był sposób na to, żeby „zdobyć tron smoka”, czyli cesarza Kangxi. Na początku XVII w. wydał on edykt pozwalający jedynie jezuitom głosić Dobrą Nowinę w całym Państwie Środka. Czym jeszcze, oprócz nauki, zdobyli jego serce? O. M. Ricci napisał książkę o przyjaźni, splatając myśl Arystotelesa, św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna z mądrością Konfucjusza czy Laozi – filozofów chińskich. Starał się wejść w chińską kulturę, stać się Chińczykiem dla Chińczyka, zastosować metodę św. Ignacego – wejść twoimi drzwiami, wyjść moimi. Najpierw był zafascynowany buddyzmem, ale zrozumiał, że kłóci się on z chrześcijaństwem, dlatego przyjął etykę konfucjańską. Opracował chrześcijańską teologiczną terminologię w języku chińskim.

Chrześcijanie wpłynęli w trwały sposób na kształt chińskiej kultury?

Przede wszystkim pokazali, że zbawia nas nie Konfucjusz czy inny filozof, ale że jedynym zbawicielem jest Jezus Chrystus. Gdyby nie było zazdrości między zakonami, donosów do Watykanu, Azja byłaby katolicka w o wiele większym stopniu niż dziś. A jednak, począwszy od ewangelizacji prowadzonej przez jezuitów na Wschodzie w XVI w., Kościół katolicki – mimo prześladowań – trwa tam nieprzerwanie. Obecnie najwięcej chrześcijan, także katolików, na Dalekim Wschodzie ma, oprócz Filipin, Korea. Co do Chin – komunizm nie jest wieczny. Myślę, że przyjdzie czas, że Chińczycy będą misjonarzami w Europie, także w Polsce. Już teraz w wielu europejskich krajach studiują seminarzyści z Chin. Również w Polsce mieszka dwóch chińskich kapłanów, jeden skończył seminarium werbistów w Pieniężnie. Pod Warszawą, u werbistek, mamy kilka sióstr z Chin. Czasem odprawiam dla grupy Chińczyków Mszę św. w Warszawie (przychodzi ich ok. 20). We Wrocławiu można spotkać studentów z Chin, ale raczej nie są to chrześcijanie. Mamy tu za to sporo Koreańczyków. Raz w miesiącu przyjeżdża do nich koreański kapłan i odprawia Mszę św. [w kościele Świętej Trójcy na Krzykach – przyp. red.].

Czego jako Polacy możemy się od Chińczyków nauczyć?

Choćby umiejętności smakowania życia. Ludzi z Chin, Japonii, Korei łączy poszukiwanie piękna, estetyki. Kiedy w Kraju Wschodzącego Słońca kwitną wiśnie – między połową kwietnia a połową maja – cała Japonia mówi tylko o tym. Chcą tę chwilę uchwycić, nasycić się nią. Ich subtelność, precyzyjność widoczna jest też w delektowaniu się pięknem. Charakterystyczne, że w kuchni japońskiej wszystko podane jest w małych, podzielonych porcjach. Dbają o smak duchowy, intelektualny, ale i kulinarny. O sztukę życia. Ludzie Wschodu cenią przyjaźń, życie rodzinne, bycie razem. Celebrują wspólne posiłki. Bardzo szanują ludzi starszych; starość znaczy mądrość. Tradycyjnie najstarszy członek rodziny siadał zawsze przodem do drzwi – przez wchodzących był widziany jako pierwszy. Chińczycy są głodni wiedzy i bardzo pracowici. W Chinach już w I w p.n.e. istniały egzaminy państwowe, które służyły wyłanianiu kandydatów na urzędników. To, co w Europie było zależne od pochodzenia, znajomości, tam uzależnione było od wiedzy, pracowitości danej osoby. Nawet ktoś pochodzenia chłopskiego mógł piastować najwyższe funkcje.

Czy dla Polaków nie jest trudna w relacjach z ludźmi Dalekiego Wschodu ich powściągliwość w okazywaniu emocji, kamienna twarz?

To coś bardziej charakterystycznego dla Koreańczyka, Japończyka, mniej dla Chińczyka. Zgodnie z samurajską tradycją nie powinno się okazywać rozmówcy, co się myśli, czuje. Gdy Japończycy wstępowali do jezuitów w XVII w., dawano im trochę (niedużo) alkoholu, żeby się nieco rozluźnili, dali się choć odrobinę poznać, by powiedzieli, co czują. Dla Chińczyków czymś naturalnym jest uśmiech. Ich przysłowie mówi: „Jeśli nie umiesz się uśmiechać, nie otwieraj sklepu” – to znaczy: bez uśmiechu nie zabieraj się za cokolwiek. Narzekający na wszystko Polacy mogą na pewno uczyć się tego od nich. Może to dziwne, ale Polska opisywana jest w Chinach poprzez znak wyrażający „kraj falujących orchidei”. Można wspomnieć także o uczciwości tamtych ludzi (w Japonii zwłaszcza w ogóle nie ma złodziei). Japończycy, Koreańczycy (nieco mniej Chińczycy) są bardzo dokładni, punktualni. Ludzie z Dalekiego Wschodu dbają, by nie urazić kogoś słowami. Są bardzo delikatni w wyrażaniu negatywnych sądów o kimś. Jesteśmy w porównaniu z nimi grubiańscy, niegrzeczni.

A jednak w tej kulturze jest miejsce też na okrucieństwo, niesprawiedliwość.

Tak. Zło jest obecne w jakiś sposób w każdej kulturze. Choćby film „Milczenie” (M. Scorsesego) ukazuje grozę – tak licznych w Japonii czy w Chinach – prześladowań chrześcijan. Kultury Wschodu, nie tylko dalekiego, to systemy, w których często człowiek jako jednostka się nie liczył. Chiny miały cesarza, Rosja – cara. Widać czasem podobieństwa między tymi światami. Wiadomo, że w Chinach wciąż prawa człowieka nie są respektowane. Gdy w latach 50. rząd chiński zerwał stosunki dyplomatyczne z Watykanem, część katolików zaczęła funkcjonować w Kościele podziemnym, część w patriotycznym, zależnym od władz; wielu trafiło do więzienia. Janowi Pawłowi II nie pozwalano nawet przelecieć nad terytorium chińskim. W 2018 r. Watykan i Chińska Republika Ludowa podpisały tymczasowe porozumienie dotyczące powoływania przez papieża biskupów z grona tych wytypowanych przez Kościół patriotyczny. Jest to swoista próba podjęta na pewien czas. Dopiero zobaczymy, co z niej wyniknie. Według filozofii chińskiej na niebie nie może być dwóch słońc. Rząd chce decydować o wszystkim. Już dawniej pojawiały się oskarżenia, że działalność misjonarzy to wstęp do uczynienia z Chin europejskiej kolonii. Tradycyjna była niechęć do obcokrajowców, z którymi kojarzyli się chrześcijanie. Ludzie Dalekiego Wschodu mają wpojone idealne posłuszeństwo wobec władzy. Cesarz dla Chińczyków był bóstwem, „synem nieba”. Niektórzy twierdzą, że w ogóle nie da się stworzyć pomostu łączącego tamtą kulturę z chrześcijaństwem. Jestem innego zdania. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.• O. dr Jan Konior SJ – sinolog, religioznawca, kulturoznawca, badacz kultur i religii Bliskiego i Dalekiego Wschodu, kierownik duchowy, rekolekcjonista. Studiował na Ignatianum i UPJPII w Krakowie, na Tajwanie, na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Jest autorem i współautorem wielu publikacji naukowych dotyczących Chin i Orientu, ale również różnych aspektów duchowości chrześcijańskiej. Obecnie pracuje w parafii pw. św. Ignacego Loyoli we Wrocławiu.

Historia Kościoła w Chinach

W marcu ukażą się kolejne publikacje o. dr. Jana Koniora SJ – „Historia Kościoła w Chinach” oraz „Misja jezuitów w Rzymie Orientu. Roberto de Nobili SJ (1577–1656). Misjonarz Indii”. W pierwszej autor przedstawia dzieje chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego w Chinach, począwszy od VII stulecia aż do czasów współczesnych, wyjaśnia wzajemne oddziaływanie na siebie kultury chińskiej i chrześcijaństwa, wskazuje na trudności i wyzwania w dialogu między nimi.