Ból i nadzieja

Andrzej Macura

Cudze grzechy mogą oburzać, ale nie powinny nas czynić gorszymi. Wręcz przeciwnie.

Ból i nadzieja

Byłem w piątek na Drodze Krzyżowej w katowickiej katedrze. To był Dzień Modlitwy i Pokuty wynagradzającej za grzechy wykorzystywania małoletnich. Spora grupa idących za krzyżem księży, Arcybiskup... Czegoś mi jednak zabrakło. Wiernych idących razem z nimi za krzyżem. W katedrze, jak każdego roku na Drogach Krzyżowych, było całkiem sporo ludzi. Przyzwyczajony jestem, że zazwyczaj mniej więcej połowa idzie za prowadzącym i niosącymi krzyż ministrantami od stacji do stacji. Wszak chodzenie należy do istoty tego nabożeństwa. Tym razem z ławek ruszyła garstka. Zrobiło mi się jakoś nieswojo. Reszta przestraszyła się dostojeństwa tej procesji i uznała, że w takim gronie nie wypada?

Oby. Bo nie wyglądało to dobrze. Jakby owa reszta chciała powiedzieć: my nie mamy z tym nic wspólnego, niech wstydzą się księża. Tyle że ci konkretni księża też nie mieli z grzechami wykorzystywania seksualnego nic wspólnego. Szli zawstydzeni z powodu grzechów niektórych swoich współbraci, a tak niewielu zdecydowało się im towarzyszyć...

No właśnie: niektórych swoich współbraci. W Polsce jest koło 30 tysięcy kapłanów. Oskarżenia dotyczą ułamka procenta spośród nich. Każdy taki przypadek jest oczywiście wielkim złem, tym większym, że popełnionym przez kogoś, kto ma prowadzić do Boga, a nie być powodem zgorszenia. Zdecydowanie nie można jednak generalizować oskarżając całe środowisko. To jednak nie tak.

Problem wykorzystywania seksualnego małoletnich dotyczy całych społeczeństw. Od zawsze. Po rewolucji obyczajowej ’68 roku głośne stały się w wielu krajach postulaty, by seks dorosłego z dzieckiem uznać za coś normalnego. Bo przecież dzieci też mają swoje potrzeby seksualne - twierdzono. Tego rodzaju hasła znalazły się nawet na sztandarach niektórych partii politycznych w Europie. Częściowe opamiętanie na naszym kontynencie przyszło gdzieś w ostatniej dekadzie ubiegłego tysiąclecia. Głośniej zaczęto wtedy mówić o krzywdzie seksualnego wykorzystywania małoletnich. Tyle że nie do końca konsekwentnie.

Słusznie potępia się dziś takie czyny duchownych. O innych od czasu do czasu się wspomina. Z wyrozumiałością za to podchodzi się do podobnych, popełnionych przez ludzi znanych, ale z Kościołem niezwiązanych. Przede wszystkim zaś wcale nie zrezygnowano z postulatów wczesnego seksualnego uświadamiania dzieci, będących w praktyce programowym ich demoralizowaniem. Być może nie mam racji, ale trudno mi nieraz oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie możliwość uderzenia w Kościół katolicki, protagoniści postępu  już dawno, bez owijania w bawełnę, zaliczyliby kontakty seksualne dzieci z dorosłymi do niezbywalnych praw człowieka.

Kościół niewątpliwie musi z tego doświadczenia wyciągnąć wnioski. Zarówno ci, którzy takich czynów się dopuszczali, jak i ci, którzy lekceważyli ból ofiar, muszą wejść na drogę nawrócenia. Być może potrzebne są także pewne reformy strukturalne. To powinien zrobić Kościół jako całość. A Ty i ja?

Grzechem można się oburzać, ale nie należy się gorszyć. Wręcz przeciwnie: trzeba wzmóc wysiłki, by stawać się lepszym. Bo – jak to ujęto w jednej z piosenek:

Może jeśli będę dobrym człowiekiem
Który chce lepszym być każdego dnia
Pana Boga ktoś przeze mnie zobaczy
Bo chrześcijanin to właśnie ja.