Boży szaleńcy lat powojennych

Gość zielonogórsko-gorzowski 45/2018

dodane 26.11.2018 06:00

Ksiądz Robert Kufel przekonuje, że bez „pionierów w sutannach” nie byłoby tej Polski i tego Kościoła.

Ks. dr hab. Robert Kufel jest dyrektorem Archiwum Diecezjalnego w Zielonej Górze. Krzysztof Król /Foto Gość Ks. dr hab. Robert Kufel jest dyrektorem Archiwum Diecezjalnego w Zielonej Górze.

Joanna Król: Przy okazji rocznicy odzyskania niepodległości warto wspomnieć o księżach posługujących na terenie naszej diecezji po II wojnie światowej…

Ks. Robert Kufel: Zakończenie wojny spowodowało nie tylko wielkie zmiany polityczne z przesunięciem dotychczasowych granic państwowych, ale również masową migrację ludności: Niemców za Odrę i Nysę oraz Polaków na Ziemie Odzyskane. W dramacie przymusowych wysiedleń ludzie z bagażem smutnych przeżyć i walizką skromnego dobytku szli w nieznane, niepewni swego jutra. Wędrówce do ziemi obiecanej często towarzyszyli im duchowni, którzy nie chcieli swoich wiernych zostawić na pastwę losu i na wygnaniu. Na Ziemie Odzyskane przyjechali duchowni diecezjalni i zakonni z dawnych Kresów Wschodnich, Wielkopolski, Małopolski, Śląska oraz księża powracający z niewoli niemieckiej w Europie Zachodniej. Pozostało też wielu duchownych autochtonów.

Jaka sytuacja ich tu zastała?

Ziemie Zachodnie i Północne Polski w 1945 roku zostały poważnie zniszczone i ograbione. Duchowni wraz z wiernymi musieli praktycznie wszystko zaczynać od nowa: przystosować świątynie ewangelickie do kultu katolickiego, odbudować zniszczone obiekty kościelne (np. plebanie, szkoły, szpitale), wytyczyć cmentarze, zorganizować od podstaw życie parafialne, itd. Duchowni często występowali jako arbitrzy w rozwiązywaniu spraw spornych m.in. z miejscową ludnością niemiecką. Księża pomagali w nauczaniu szkolnym i to nie tylko w katechizacji – reprezentowali wiernych w urzędach cywilnych i kościelnych. Przed duchowieństwem stanęło bardzo ważne zadanie: zapewnienie stabilizacji życia i poczucia bezpieczeństwa społecznego na Ziemiach Odzyskanych. Duchowni poszli do ludzi poranionych przez wojenne przeżycia, nieufnych wobec nowej rzeczywistości, ale podświadomie wyczuwających, że gdzie jest kościół i ksiądz, tam będzie nowe życie.

Jaka była ich rola i wkład w rodzenie się wiary i polskości na tych terenach?

Odpowiedź na to pytanie wynika z powołania kapłańskiego i zakonnego: służyć Bogu, Kościołowi i człowiekowi w miłości i posłuszeństwie aż do końca życia. Kapłan nie spocznie, dopóki nie zrealizuje powierzonych mu obowiązków. Nie sposób policzyć wszystkich odprawionych Mszy św. i nabożeństw, wygłoszonych kazań i nauk, udzielonych Komunii św. i rozgrzeszeń. Duchowni nie tylko występowali w kościele i na ambonie, ale także uczyli polskiej historii i patriotyzmu poza świątyniami, organizując np. szkolne występy związane z wydarzeniami historyczno-patriotycznymi. Tylko dzięki tak ogromnemu zaangażowaniu i pracy pionierskiej duchowieństwa powstało życie religijne i patriotyczne na Ziemiach Odzyskanych.

Ukazują się kolejne tomy „Słownika biograficznego księży pracujących w Kościele gorzowskim 1945–1956”. Jakie wnioski nasuwają się Księdzu po opracowaniu kilkuset biografii?

Przykładów kapłanów oddanych służbie Bogu i Polsce można by mnożyć. Wśród nich jest chociażby cudem uratowany z obozu koncentracyjnego ks. Kazimierz Michalski, który z wielkim zaangażowaniem służył po wojnie w Zielonej Górze i spotkało go tu wiele szykan ze strony władz komunistycznych. Do tego stopnia, że po odmowie złożenia obowiązkowego ślubowania na wierność PRL w 1953 został zmuszony do opuszczenia probostwa. Wrócił w 1956 roku, ale i tym razem po Wydarzeniach Zielonogórskich musiał w roku 1960 opuścić parafię. Trzeba dobitnie powiedzieć, że bez pokolenia „pionierów w sutannach” nie byłoby tej Polski i tego Kościoła. Oni wszyscy mają prawo do naszej pamięci i wdzięczności. Stanowią wzory do naśladowania. Gdy zapalimy znicze na grobach naszych bliskich, może warto pomyśleć także o nich, Bożych szaleńcach lat powojennych, którzy spoczywają obok w kapłańskich mogiłach, odmówić modlitwę za ojczyznę i Kościół, za powołanych i o nowe powołania kapłańskie i zakonne. Dziś nasi bliscy spoczywają w pokoju, bo ich życiu towarzyszyli duchowni. A czy o nas będą tak mogli powiedzieć potomni?

Pewnie ich historie to dobra lekcja dla nowych pokoleń duchownych…

W okresie powojennym duchowni poszli, bo wzywał ich Chrystus, Kościół i czekał na nich Lud Boży. Karier – w ludzkim rozumieniu – nie zrobili, niejeden natomiast przedwcześnie stracił siły i zdrowie, wypełniając obowiązki, które w normalnych warunkach winno wykonywać pięciu, siedmiu czy dziesięciu duszpasterzy. Wdzięczności szczególnej nie zaznali, majątku się nie dorobili, ominęły ich zaszczyty. Odeszli do Boga w poczuciu spełnionego powołania i obowiązku.