Mój kraj się odrodzi

dodane 23.10.2018 06:00

– Polacy mówili mi, że taki sam los spotkał Warszawę, która podniosła się z gruzów po II wojnie światowej. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że podobnie będzie z Syrią – przyznaje Syryjka Lilian Nazha, która dzięki jezuitom z Bytomia spędziła w Polsce pięć miesięcy.

Mój kraj się odrodzi lilian nazha Jedno z najbardziej wymownych zdjęć na wystawie – figura ukrzyżowanego Jezusa w mieszkaniu o. Fransa van der Lugta SJ, który został zamordowany 7 kwietnia 2014 r., miesiąc przed wyzwoleniem Homs. Jako jedyny kapłan zdecydował się na pozostanie w zajętym przez rebeliantów mieście.

Szymon Zmarlicki: Wkrótce wyruszasz z powrotem do Syrii. Czujesz raczej radość z powrotu do domu czy smutek, że opuszczasz Polskę?

Lilian Nazha: Aktualnie moje odczucia są bardzo pomieszane, jestem w tym samym momencie szczęśliwa, smutna, podekscytowana – wszystko naraz. Cieszę się, że zobaczę znów moją rodzinę i przyjaciół, kościół, dzieci, którymi się zajmowałam, i wszystko, za czym tęsknię. Równocześnie czuję, że opuszczam mój dom. Nawiązałam tutaj wiele relacji, które są niezbędne dla każdego człowieka. Poznałam mnóstwo ludzi, traktuję ich jak rodzinę i przyjaciół, więc czuję się źle z myślą, że muszę ich opuścić. Żyję jednak nadzieją, że będę miała okazję ponownie spotkać ich wszystkich w przyszłym roku – i to ciągle popycha mnie naprzód.

Orientujesz się, jak obecnie wygląda sytuacja w twoim kraju, w twoim mieście?

Sytuacja w Homs jest teraz całkiem dobra. Myślę, że wygląda podobnie jak pięć miesięcy temu, gdy je opuszczałam, a może nawet lepiej. Czekam, by zobaczyć postęp, jaki dokonał się w tym czasie. Planujemy już, że po powrocie pojedziemy nad morze do innej części Syrii, by nieco odpocząć i spędzić więcej czasu razem. Sprawy idą zatem ku lepszemu.

W jednym z wywiadów udzielonych podczas twojego pobytu w Polsce powiedziałaś, że „Syria jest jak piękna kobieta, która cierpi”. Co miałaś na myśli, czy mogłabyś to wyjaśnić?

Jest tak, ponieważ zawsze wyobrażamy sobie Syrię jako piękną matkę, której dziećmi jesteśmy. Teraz nasza matka jest zraniona i cierpiąca. Kiedy twoja mama jest chora, wciąż stara się robić wszystko, co w jej mocy, by cię chronić, lecz także potrzebuje ciebie, byś wspierał ją w jej słabości.

Opowiedz, proszę, o swoich fotografiach. Są naprawdę niesamowite, jednak wielu spośród naszych czytelników zapewne nie miało okazji zobaczyć wspaniałej wystawy, jaką przygotowałaś.

Zaczęłam fotografować około dwóch lat temu. Na początku robiłam zdjęcia w mojej okolicy, ale później miałam okazję, by uwiecznić też inne miejsca w Syrii. W tamtym czasie, wykonując fotografie, próbowałam po prostu wyrazić siebie. Na zdjęciach da się zauważyć, kiedy jestem szczęśliwa, kiedy przygnębiona, kiedy pełna nadziei czy desperacji. Tym samym wyrażają one to, jak widzę Syrię. Kiedy zrobiłam zdjęcie lalki porzuconej na ziemi, czułam, że syryjskim dzieciom wojna odebrała dzieciństwo. Z kolei kiedy sfotografowałam modlących się w kościele ludzi, czułam radość, że po tych wszystkich okropieństwach, które przeszliśmy, wciąż wierzymy i staramy się przywrócić nasze życie do takiego stanu, w jakim było wcześniej, a nawet lepszego. Na wystawie pełnych emocji fotografii pokazuję zarówno tragiczne oblicze syryjskiej wojny, jak i odradzającą się nową rzeczywistość. Niestety, nie mogę powiedzieć, że to już rzeczywistość powojenna, bo wojna wciąż się nie skończyła, ale jest to Syria po swoim najgorszym czasie.

Spotkałaś się w Polsce z reakcjami osób oglądających Twoją wystawę?

Te reakcje są dla mnie bezcenne, bo wszyscy ci ludzie spontanicznie wyrażali swoje poparcie dla Syryjczyków dotkniętych wojną. Każda z osób, które spotykałam, zapewniała, że modli się za nas i chciałaby pomóc w jakikolwiek możliwy sposób. Pokazałam im mój kraj moimi oczami – oczami świadka i uczestnika wydarzeń. Nie jest to relacja z perspektywy osoby, która – jak dziennikarze – przyjeżdża, robi zdjęcia, pisze artykuł, po czym odjeżdża i na tym kończy się jej udział w tych wydarzeniach.

Spodziewasz się, że teraz będziesz mogła stworzyć nową wystawę, pokazującą Syrię jako piękną kobietę, która – choć po wielu przejściach – już dłużej nie cierpi? Czy wydaje ci się to wciąż niemożliwe?

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że to jest możliwe. Większość zdjęć, jakie pokazuję na wystawie, zrobiłam dwa lata temu, niektóre rok temu. Te fotografie przedstawiają naprawdę złe wydarzenia, ale nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak wielka zmiana może się dokonać w ciągu jednego roku, a co dopiero w trakcie dwóch czy trzech lat. Wierzę i ufam głęboko w to, że cały ten smutek i ogrom zniszczeń, jakie widać na zdjęciach, obróci się w coś nowego, lepszego. Syria się odrodzi! Od początku było we mnie takie przeczucie, choć niezbyt mocne. Ale kiedy spotykałam Polaków, mówili mi, że taki sam los spotkał Warszawę, która podniosła się z gruzów po II wojnie światowej. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że podobnie będzie z Syrią. Jednak to proces, który na pewno będzie trwał bardzo długo.

W trakcie pięciu miesięcy spędzonych w Polsce odwiedziłaś wiele miejsc – Warszawę, Kraków, kilka miast na Śląsku. Byłaś też w Norwegii…

…i na Węgrzech, w Słowacji i w Czechach!

O, naprawdę? W takim razie dużo podróżowałaś! A które wydarzenia z tego czasu są dla ciebie najważniejsze?

Trudno mi powiedzieć, że coś jest dla mnie mniej lub bardziej ważne. Bo w każdym miejscu, w którym byłam, doświadczałam czegoś innego niż tam, gdzie byłam wcześniej. Wszystko to wygląda jak puzzle, które po złożeniu tworzą kompletny obraz, a ja każdego dnia zbieram kolejne elementy. Kiedy pojechałam na Węgry, by wziąć udział w MAGIS [spotkanie młodzieży z Europy Środkowej związanej z duchowością ignacjańską – przyp. red.], uświadomiłam sobie, że to doświadczenie na całe życie. Znalazłam się w grupie 12 młodych osób z sześciu krajów, mówiących sześcioma językami. Było dla mnie niesamowite, że chociaż byliśmy dwunastką osób z różnych krajów, to zjednoczeni w jednej wierze – byliśmy dla siebie jak rodzina. Również wszystkie aktywności, które podejmowałam w Polsce, są dla mnie tak samo ważne. Mam bardzo dobre doświadczenia z Krakowa, gdzie prezentowałam swoją wystawę na Polach Dialogu. Zresztą Kraków w ogóle stał się częścią mojego serca, to moje ulubione miejsce w Polsce, gdzie poznałam wielu przyjaciół.

W trakcie swojego pobytu spotykałaś ludzi, odwiedzałaś parafie, widziałaś, jak funkcjonuje Kościół w Polsce. Jak zamierzasz wykorzystać te doświadczenia i dzielić się nimi po powrocie do Syrii?

Właśnie wczoraj opowiadałam przez telefon mojej najlepszej przyjaciółce, że po tych wszystkich cudownych doświadczeniach, jakie tutaj przeżyłam, wiele się nauczyłam i różne moje przekonania, które dotąd były słabe, stały się silniejsze. Ja stałam się silniejsza, ubogaciłam swoją osobowość, a Polska jest teraz dla mnie drugim domem. Jedyne, o czym w tej chwili rozmyślam, to to, jak przekazać te doświadczenia w moim kościele w Homs. Z pewnością przygotuję prezentację, by jak najlepiej opisać moje przeżycia. Ale to będzie dopiero początek…

Wcześniej zapytałem cię o doświadczenia. a jakie wspomnienia przywieziesz z Polski?

Nie mam jednego najlepszego wspomnienia. Wszyscy ludzie, których spotkałam – rodziny, u których mieszkałam, poznani przyjaciele i spędzone z nimi chwile – są dla mnie niezwykle ważni. Każde wspomnienie z Polski jest najlepsze; nie mogę powiedzieć, że spotkało mnie tu coś niedobrego. Nawet te momenty, kiedy byłam zmęczona albo tęskniłam za rodziną, są niczym w porównaniu z ogromem miłości, jaką otrzymałam i jaką mogłam dać innym.

Wspomniałaś, że zamierzasz tu wrócić.

Chciałabym móc dokończyć tutaj studia. Oczywiście w Krakowie! Ktoś zapytał mnie, w jaki sposób Polska mogłaby najlepiej pomóc Syrii. Moją pierwszą odpowiedzią był program naukowy dla naszej młodzieży i studentów. Macie znacznie więcej możliwości. Marzę o tym, żeby młodzi Syryjczycy przyjeżdżali do Polski, studiowali, poznawali wielki świat i to, jak wygląda w nim życie, a później dzielili się tymi doświadczeniami w naszym kraju. Wielu z nich to niezwykle zdolne osoby, ale kiedy kraj jest w stanie wojny, nie wszystkie drogi rozwoju są dla mieszkańców otwarte. Wyobraź sobie ludzi, którzy są uciemiężeni wojną, lecz mimo to z wielką determinacją robią wszystko, co w ich mocy, by być jak najbardziej twórczymi, ukończyć edukację i ruszyć w świat. A teraz wyobraź sobie tych samych ludzi w ogromnym kraju, gdzie panuje pokój, gdzie jest przed nimi mnóstwo drzwi, które mogą otworzyć...

O Lilian

Lilian Nazha urodziła się w 1996 roku. Ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Al-Baath w Homs. Jest chrześcijanką. Wojna w Syrii rozpoczęła się, gdy miała 15 lat. Wraz z rodziną uciekła z rodzinnego miasta Homs w pobliże granicy z Libanem. Do zrujnowanego domu powróciła po trzech latach, w maju 2014 roku. Przed wojną w jej dzielnicy mieszkało 10 tys. chrześcijan, po oblężeniu pozostały spośród nich zaledwie 23 osoby. Po wyzwoleniu została wolontariuszką i prowadziła w swoim mieście zajęcia edukacyjne dla dzieci – zarówno muzułmańskich, jak i chrześcijańskich.  Do Polski przyleciała w maju na zaproszenie jezuitów z Bytomia. Odbywała też m.in. praktyki w biurach organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie w Krakowie i Warszawie, w Instytucie Niewidomych w Laskach oraz odwiedziła wiele śląskich parafii i szkół. Podróżując, pokazuje swoją wystawę pt. „Oblicza Syrii – oblicza wojny”. Fotografie zniszczonego kraju wykonała m.in. w Homs, Aleppo, Palmyrze i Tartus.