Bóg w Tatrach - pomysł ponadczasowy

Maciej rajfur

dodane 04.10.2018 06:00

Przez 35 lat zmienił się wyraźnie styl, jakość i charakter życia. Mimo to w erze smarfonów, wszechobecnego internetu czy egzotycznych wakacji wrocławscy studenci tłumnie zjeżdżają do Białego Dunajca, gdzie od dawna znajdują coś trwałego.

Bóg w Tatrach - pomysł ponadczasowy Maciej rajfur /FOTO GOŚĆ Młodzi nie oszczędzali się. Pokonywali najbardziej ambitne trasy tatrzańskie. Tutaj w drodze na Świnicę (2301 m n.p.m.).

Bóg w Tatrach - pomysł ponadczasowy   Maciej rajfur /FOTO GOŚĆ Młodzi nie oszczędzali się. Pokonywali najbardziej ambitne trasy tatrzańskie. Tutaj w drodze na Świnicę (2301 m n.p.m.). Podczas Obozu Adaptacyjnego Duszpasterstw Akademickich Wrocławia i Opola przez dwa tygodnie młodzież mieszkająca w chatach u podnóża Tatr odkrywała Boga. Nie oznacza to jednak, że siedziała całe dnie w kościele albo odmawiała wszystkie znane nam modlitwy. Obóz w Białym Dunajcu jest wielowymiarowy. Można tam spotkać Boga w Eucharystii, ale także na górskim szlaku, siatkarskich zawodach, tanecznej imprezie czy podczas przyrządzania wspólnego posiłku. W każdej z piętnastu chat panuje niepowtarzalny klimat. Tworzą go młodzi ludzie zupełnie samodzielnie. Układają plan dnia, gotują, przygotowują i przeprowadzają górskie wyprawy, modlą się, zwiedzają, organizują zawody, konkursy i imprezy. Wspólna przygoda na Podhalu to już znana tradycja we wrocławskim środowisku studenckim. Obóz od lat staje się znakomitym startem dla maturzystów i studentów do działalności w ramach duszpasterstw akademickich.

Już nie taki jak kiedyś

Tegoroczna edycja wyróżniała się od poprzednich ze względu na dość istotne zmiany. – Przede wszystkim skróciliśmy obóz o jeden dzień. Teraz wyjazd trwa 13 dni, od poniedziałku do niedzieli, nie zahaczając o następny tydzień. Uczestnicy mieli bowiem problem z urlopami. Dojeżdżali później lub musieli wyjeżdżać wcześniej. Obecnie drugą połowę września mogą rozdysponować dla własnych potrzeb, żeby kalendarz układał się wygodniej – tłumaczy Piotr Kopyto, szef białodunajeckiego obozu. Kolejna nowość dla wielu wydawała się szokiem, ale organizatorzy wyszli z niej obronną ręką. Chodzi bowiem o zamianę legendarnego już Festiwalu Piosenki Wszelakiej, podczas którego duszpasterstwa występowały na żywo w przebraniach, prezentując autorskie utwory na festiwal filmowy.

– Zostaliśmy zmuszeni do stworzenia nowej formy ze względów logistycznych. Poza tym zauważyliśmy u coraz większej liczby osób pasję fotografowania, filmowania i montażu, dlatego chcieliśmy pokazać ten potencjał. Spontanicznie zaproponowaliśmy więc duszpasterstwom nagranie filmików z życia swoich chat – mówi P. Kopyto. Młodzież sprostała wyzwaniu i, choć nie wszyscy mieli sprzęt z najwyższej półki, pokazała dobry poziom techniczny, pomysłowość oraz duże poczucie humoru. Festiwal filmowy wypalił. Następną zmianą, a raczej testowaną nowością była tzw. chata złomów. Mieszkali w niej ludzie, którzy brali już kilkakrotnie udział w obozie, ale bardzo chcieli znów się pojawić w Białym Dunajcu. Żeby nie przytłaczali młodszych od siebie, ulokowano ich osobno w jednym z domów. – Zobaczymy, jakie to przyniesie owoce i zdecydujemy, czy za rok również pojawi się taka chata – oświadcza główny szef obozu.

Pozytywne liczby

Patrząc na statystyki z kilku lat, trzeba przyznać, że coraz więcej młodych ludzi przybywa do Białego Dunajca. W tym roku przyjechało ich 656, a poprzednia edycja zgromadziła niewiele ponad 600. Najliczniejszą chatę stworzyło DA Wawrzyny – 75 mieszkańców. Co piąty uczestnik był maturzystą. Organizatorzy podkreślają, że obóz jest skierowany nie tylko do tych, którzy dopiero skończyli liceum lub technikum, ale także do tych, którzy nigdy nie byli jeszcze w Białym Dunajcu. – Staramy się przyciągnąć po prostu nowych ludzi, co udało się w tym roku osiągnąć. Takich uczestników było 350, czyli ponad połowa. To dobry wynik w stosunku do ubiegłych lat. Resztę tworzą głównie osoby, które są z nami drugi, ewentualnie trzeci raz. Tak więc wiekowa piramida została zachowana – opisuje Piotr Kopyto.

Założenie obozu jest klarowne: młodzież pośród tatrzańskich szczytów poznaje ideę działalności duszpasterstw akademickich. Jeśli tylko im się spodoba, mogą dołączyć do nich, odnaleźć swoje miejsce. Biały Dunajec dla wielu już okazał się wspaniałym startem w wartościowe środowisko, które łączy to, co dla młodości naturalne, czyli werwę, zapał, aktywność i szaleństwo, z tym, co dla człowieka najważniejsze – pogłębianiem relacji z Bogiem. – Jesteśmy narzędziem do zachęcenia studentów, by dołączyli do duszpasterstw akademickich – podsumowuje szef obozu.

Bóg w Tatrach - pomysł ponadczasowy   Maciej rajfur /FOTO GOŚĆ Młodzi nie oszczędzali się. Pokonywali najbardziej ambitne trasy tatrzańskie. Tutaj w drodze na Świnicę (2301 m n.p.m.). Przynieś, podaj, ugotuj

Jak jest w Białym Dunajcu? Najlepiej, o dziwo, spytać tych, którzy znaleźli się tam po raz pierwszy. Czyli maturzystów. – Wybrałem opcję losowego przydzielania do chaty i akurat trafiłem do franciszkańskiego duszpasterstwa „Porcjunkula”, podobnie jak przed laty moja siostra – mówi Szymon Opałka. Podoba mu się organizacja wyjść górskich, ponieważ panuje różnorodność, każdy może znaleźć trasę dla siebie. – Myślałem na początku, że trzeba będzie chodzić codziennie całą grupą, a tutaj mieliśmy duży wybór tras – opowiada.

Kilka razy uczestniczył w innych wyjazdach wspólnotowych, więc zdawał sobie sprawę, że mimo katolickiego charakteru wydarzenia nie będzie się tutaj ciągle modlił. – Nie po to przyjechaliśmy w Tatry, żeby cały czas siedzieć w kościele – mówi wrocławski maturzysta. Jednym z przełomowych dla niego momentów był… dyżur kuchenny. – W chacie ustalamy kto i kiedy przyrządza obiad, więc każdy ma szansę się wykazać gastronomicznie. Dla mnie to było wyzwanie, bo w kuchni nigdy nie siedziałem. Razem z koleżanką w tandemie przygotowaliśmy dla grupy placki ziemniaczane i zupę pomidorową. W sumie… koleżanka gotowała, a ja byłem taki: „przynieś, podaj, pozamiataj”. Nosiłem garnki, przenosiłem różne rzeczy. Ale nie zatruliśmy nikogo, odzew po spożyciu był pozytywny – śmieje się S. Opałka.

Bóg na szlaku

– Pochodzę z Lubina, Wrocław jest dla mnie obcym miastem, a po wakacjach przyjeżdżam tam na studia, więc pomyślałam, że dobrze by było w nowym miejscu znaleźć sobie duszpasterstwo, jakąś wspólnotę i poznać nowych ludzi, rówieśników, wśród których będę się czuła dobrze – uzasadnia Dominika Toporowska. Wcześniej, w Lubinie, angażowała się w oratorium św. Jana Bosco i dlatego do Białego Dunajca udała się razem z salezjańskim duszpasterstwem „Most”. Jak przyznaje, najbardziej na obozie dotykały ją wyjścia w góry.

– Budujemy swoją wrażliwość na naturę, ale i drugiego człowieka, kolegę, koleżankę obok. Sytuacje kryzysowe podczas wędrówek hartują nas, uczą nawiązywać kontakt, jednoczyć się w momencie niekoniecznie wygodnym, bo działa zmęczenie. Pomagamy wtedy sobie, a to nas zespala. Moim zdaniem przeżywamy wówczas najbardziej wartościowe momenty – opisuje maturzystka. O

bóz stał się dla niej silnym doświadczeniem Boga w naturze, we wspólnej modlitwie, w Eucharystii i w drugim człowieku. Nie spodziewała się aż takich poważnych wyjść w góry. Okazało się, że w dobrym tempie zdobyła kilka wymagających tatrzańskich szczytów. A co zaskoczyło jej rówieśnika z mostowej chaty? – W każdym duszpasterstwie mogłem poczuć się jak w domu. Siostra polecała mi SDA „Most”, ale praktycznie w każdej chacie człowiek spotykał się z otwartością i życzliwością – wspomina Maksymilian Kozyra.

Śladem matczynych wspomnień

Ciekawym przypadkiem uczestnika obozu jest Julia Jancelewicz. Jej mama jako studentka DA „Wawrzyny” jeździła na białodunajeckie obozy pod koniec lat 80. – Zawsze, gdy jechaliśmy w góry, wspominała przy mnie, jak było, którym szlakiem chodziła i z kim. Zatem wyrastając na opowieściach o legendarnym obozie, w końcu postanowiłam przyjechać i zobaczyć, jak to jest – opowiada studentka trzeciego roku leśnictwa, ale w… Poznaniu. W Białym Dunajcu wylosowała chatę duszpasterstwa z Góry Świętej Anny.

– Myślę, że trafiłam bardzo dobrze, bo tam byli ludzie, którzy zjechali się z różnych miejsc i nie widują się tak często jak członkowie innych duszpasterstw. Dlatego są bardzo otwarci na ludzi z różnych stron i środowisk – mówi Julia. Przyznaje, że dużo opisów ze wspomnień mamy pokrywa się z jej doświadczeniami: organizacja, wyjścia na szlaki z tzw. turystycznymi, wspólne posiłki. – Wtedy mama ze swoimi rówieśnikami wędrowała po Tatrach z ks. Stanisławem Orzechowskim „Orzechem”, który odprawiał Mszę św. w górach. Ja myślałam, że obóz sprowadzi się do górskiej turystyki i modlitwy, ale tam dzieje się wiele więcej, np. są zajęcia sportowe czy rozrywkowe. Uwierzyłam mamie, pojechałam, sprawdziłam i nie żałuję. Przeżyłam wspaniałą przygodę – podsumowuje studentka.