publikacja 03.08.2007 11:54
Brak przebaczenia sobie wiąże się często z przekonaniem, że opłakując własne słabości, udowadniamy Bogu swoją skruchę. W rzeczywistości wynika to jednak przede wszystkim z egocentryzmu. Oczekujemy od Boga specjalnego traktowania tylko dlatego, że okazaliśmy się zdolni do zła. List, 11/2006
Kilka lat temu spotkałem mężczyznę, który uznał, że nie jest godzien, by przystąpić do sakramentu pojednania. Codziennie chodził na Mszę św., czytał Pismo Św., jednak jego poczucie winy nie pozwalało mu się wyspowiadać, a raczej przyjąć rozgrzeszenia – bo o swoich grzechach opowiadał dość chętnie. Rzadko mi się zdarza używać mocnych słów wobec osób, których nie znam zbyt dobrze, ale wtedy powiedziałem prosto z mostu: „To jest zwyczajna, obrzydliwa pycha”. Wbrew pozorom, brak przebaczenia sobie jest przejawem próżności.
Zdarza się, że nawet po uzyskaniu przebaczenia w sakramencie pokuty, nadal towarzyszy nam bolesny wstyd z powodu popełnionego grzechu. Dręczy nas pytanie, jak mogliśmy do niego dopuścić. Ciągle na nowo przeżywamy tamtą sytuację. Nie zawsze oznacza to, że nie umiemy sobie przebaczyć. To normalne, że odnajdujemy w swojej przeszłości wydarzenia, które nadal bolą, czasem nawet bardzo mocno. Jeśli jednak pamięć o wyrządzonym niegdyś złu paraliżuje nas w teraźniejszości, jest to znak, że przebaczenia w nas nie ma.
W Ewangelii spotykamy dwóch zdrajców: Judasza i Piotra. Prezentują oni dwie zupełnie różne duchowe postawy. Zgrzeszyłem, wydając krew niewinną – mówił o sobie Judasz (por. Mt 27, 4). Nie potrafił sobie wybaczyć tego, co zrobił. Powiesił się. Piotr również był świadomy swego grzechu. Później jednak trzykrotnie odpowiedział Jezusowi: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham (por. J 21, 15-19). Ważne jest więc to, aby tu i teraz próbować nadać swojemu życiu sens, aby dostrzec w nim wartość, bez względu na to, co wydarzyło się wcześniej.
Wszędobylskie ego
Brak przebaczenia sobie wiąże się często z przekonaniem, że opłakując własne słabości, udowadniamy Bogu swoją skruchę. W rzeczywistości wynika to jednak przede wszystkim z egocentryzmu. Oczekujemy od Boga specjalnego traktowania tylko dlatego, że okazaliśmy się zdolni do zła, o które się nie podejrzewaliśmy. Ucierpiało nasze wyobrażenie o nas samych, nasze ego. Nieważne są ani konsekwencje tego grzechu, ani drugi człowiek, ani Bóg i Jego miłosierdzie. Jestem tylko ja i moja udręka. „Jakim sposobem JA – dobry, rozsądny, opanowany – mogłem coś takiego zrobić?” „Ja” – wszechobecne, wszędobylskie i rozrastające się jak perz w ogródku. Największe kłopoty z przebaczeniem sobie mamy w sferze, której dotyczy szóste przykazanie. W dużo mniejszym stopniu dręczą nas świństwa wyrządzone innym ludziom, obmawianie ich czy niszczenie relacji między nimi. Łatwiej zapominamy o swojej zazdrości niż o nieczystości. To jeszcze jeden powód, by brak przebaczenia sobie wiązać z próżnością. Grzechy, które człowiek popełnia w sferze seksualnej, najmocniej dotykają jego ego, bo dotyczą jego największych i najintymniejszych pragnień. Dlatego właśnie wstyd jest bardziej dojmujący. Jednak warto pamiętać, co mówi św. Tomasz z Akwinu: grzechy popełniane w sferze cielesnej są lżejsze od grzechów w sferze duchowej.
Roman Brandstaetter mawiał, że „Bóg pisze prosto po krzywych liniach naszego życia”. Rzecz w tym, by skupić się na tym, co On pisze, a nie na studiowaniu własnych krzywych linii. One są, takie jakie są, i sami ich nie wyprostujemy. Jeśli będziemy próbować, czeka nas wyłącznie frustracja. Nikt nie podniesie sam siebie do góry, trzymając się za sznurowadła. Jeśli ktoś nie wierzy, niech spróbuje...
Dobra i zła pamięć
Człowiek może być w stosunku do własnej przeszłości albo „apostatą - odstępcą”, albo „konwertytą - nawróconym”. Decyduje tu duchowa postawa człowieka.
Św. Augustyn jest typowym przykładem konwertyty - potrafił dostrzec w swojej przeszłości obecność Boga. W „Wyznaniach” opowiada o tym, jak Bóg prowadził go przez największą ciemność, jak krok po kroku odkrywał przed nim bezsensowność jego działań, wysiłków, niemądre zaangażowania. Augustyn zapragnął nawrócenia, zanim jeszcze potrafił to nazwać. Szukał Boga po omacku, a Ten go do siebie przyciągał, również przez jego błędy.
Są ludzie, którzy w taki sposób się nawracają, że potępiają swoją przeszłość z równą siłą i bezwzględnością, z jaką onegdaj grzeszyli. Przypominają bardziej apostatów niż nawróconych. Kard. J.H. Newman w jednym ze swoich kazań mówi o takich pozornych nawróceniach, które nie przynoszą chwały religii. Z jednej skrajności przechodzą w drugą, nie zmieniając swego serca, a jedynie poglądy. Taki człowiek będzie z nienawiścią odnosił się do wszystkiego, co było treścią jego poprzedniego życia. Dawny rozpustnik stanie się wrogiem wszystkiego co cielesne, były miłośnik modnych nurtów New Age znajdzie diabła w naturalnej medycynie, a niegdysiejszy buddysta potępi wszystko, także to, co w tej filozoii jest dobre i otwarte na spotkanie z chrześcijaństwem.
Odwołam się znowu do św. Tomasza. Według niego zło nie jest bytem samym w sobie. Istnieje tylko dlatego, że istnieje dobro. Każde zło, bez wyjątku, jest deprawacją jakiegoś dobra. Ale to oznacza także, że u korzeni mego zła jest dobro, którego pragnąłem, choć głupio i niemądrze – autentyczne dobro, choć czasem zdeformowane nie do poznania. Zdolność dostrzegania dobra nawet w grzechu jest – moim zdaniem – niezbędna, aby przebaczyć samemu sobie. Grzech sprawia bowiem bardzo często, że przestajemy akceptować w sobie tę sferę, której dotyczyło zło. Ważne jest oddzielenie dobra naturalnego od jego złego wykorzystania. Nożem można kroić chleb i można też zabić, ale ciągle będzie to ten sam nóż. Obawa przed złym zastosowaniem nie może nas powstrzymywać od używania go.
Istnieje zatem dobra pamięć zła. Nie oznacza ona wcale zdolności do zapamiętania jak największej liczby szczegółów, ale umiejętność dostrzeżenia dobra, które było u źródeł popełnionego zła. Można też źle pamiętać rzeczy dobre. Przykładem tego jest odcinanie kuponów od sukcesów życiowych sprzed lat. Przebaczenie sobie wymaga augustynowej pamięci, wymaga powiedzenia sobie: „Nagrzeszyłem, ale w tym wszystkim szukałem Boga i to On w końcu mnie znalazł”.
Przede wszystkim dziękować
Ks. prof. Edward Staniek zalecał często swoim penitentom, aby dziękowali za to, jacy są: za ręce, głowę, nogi, całe ciało, za to wszystko, co jest w nich i wokół nich. To bardzo trudna, ale lecząca praktyka. Wyobrażam sobie, jak trudno jest dziękować Bogu za nadmierny obwód bioder, gdy jest się młodą dziewczyną! Gdy jednak wracamy do przeszłości, ta zdolność do dziękczynienia za to jacy jesteśmy, jest nieoceniona, ponieważ nieprzebaczenie sobie wynika z braku akceptacji siebie, tego, kim i jacy jesteśmy, oraz tego, że nie jesteśmy tacy, jacy być powinniśmy. W jednym z wierszy Josifa Brodskiego odnajdujemy wyznanie człowieka, który próbował w życiu prawie wszystkiego: