Bliżej Boga - klasztor na ambie

Wojciech Bobilewicz

dodane 29.05.2009 08:52

Klasztor założył na początku VI wieku n.e. święty Abuna Aregawi. Jest przedmiotem sporów wśród uczonych, w jaki sposób wniesiono kamienie i inne materiały konstrukcyjne na szczyt amby. Wedle legendy świętego wywindował do góry wąż, który wychylił się z chmury właśnie w momencie, gdy Abuna zastanawiał się, jak na szczycie góry głosić chwałę Bożą.

Bliżej Boga - klasztor na ambie Klasztor Debre Damo (północna Etiopia) jest dostępny tylko dla mężczyzn. Trzeba się do niego wspiąć po 15-metrowej, pionowej skale. Foto: Magdalena Cieliczko.

Pod koniec V wieku n.e. do Etiopii przybyło dziewięciu mnichów z Syrii (lub - jak wolą inne źródła – z Cesarstwa Rzymskiego). Rozpowszechniali religię chrześcijańską w całym Królestwie Aksumskim i to na ich polecenie oraz pod wpływem ich nauk przetłumaczono Biblię ze starogreckiego na gyyz – ojczysty język Królestwa, do dziś używany w kościołach. Etiopski Kościół, który tak naprawdę im zawdzięcza zakorzenienie się chrześcijaństwa w Etiopii, ostatecznie kanonizował Dziewięciu Świętych i ustanowił dla uczczenia każdego z nich święte dni. Owi święci mężowie to: Aba (lub Abuna, czyli Święty lub Ojciec) Alef, Abuna Tsama, Abuna Aftse, Aba Garima, Aba Liqanos, Abuna Guba, Abuna Yemata, Aba Pantelewon oraz ten, którego dzieło interesować mnie będzie przez najbliższe godziny – Abuna Aregawi.

Dotarłem do miejsca, które swe istnienie zawdzięcza temu właśnie świętemu. Tu znajduje się najstarszy w Etiopii kościół owiany legendą oraz tajemniczością: zadziwiający klasztor Debre Damo.

Ten odcięty od świata, jakby przeniesiony żywcem z dawnych wieków przybytek, położony jest na odosobnionej ambie – liczącym 2800 metrów wzgórzu o płaskim, ściętym wierzchołku, mającym około ½ kilometra kwadratowego powierzchni. Prowadzi do niego jedna − stroma i kręta − droga, której pokonanie piechotą zajmuje kilka godzin i jest bardzo wyczerpujące. Myliłby się jednak ten, kto u szczytu drogi liczyłby na znalezienie cienia, ochłody i gościny w klasztornych murach. Po trudach wspinaczki nasz wędrowiec stwierdziłby z niedowierzaniem i znużeniem, że wejście do klasztoru mieści się… piętnaście metrów wyżej, nad idealnie pionową skalną ścianą, a jedynym sposobem dostania się do Debre Damo jest mozolna wspinaczka po dwóch linach – głównej jako poręczy oraz drugiej, asekuracyjnej, którą mnisi podciągają w miarę wchodzenia. Naturalnie sami mnisi (nawet starzy) oraz mieszkańcy wiosek u podnóża klasztoru nie używają tej drugiej liny asekuracyjnej, a wejście zajmuje im niespełna minutę.

Oto my, biali podróżni, nie zmęczeni marszem po stromej drodze, zajechaliśmy wygodnie do samego podnóża klifu. I oto ja, jedyny członek naszej grupy, który z racji płci miał prawo i możliwość wejścia na górę, przeżyłem chwile załamania i zwątpienia: mając lęk wysokości, rozleniwione od bezruchu mięśnie i bolącą ranę na palcu u nogi (która zrobiła mi się jeszcze w Gonderze), musiałem zmierzyć się ze swą słabością i strachem. Gdybym teraz nie wszedł – cóż za wstyd, cóż za upokorzenie! Ale chciałem zobaczyć Debre Damo i cały czas odgrażałem się, że wejdę (choć od niepokoju nie sposób było się uwolnić). Jakże mógłbym się teraz wycofać? Straciłbym twarz, no i okazję obejrzenia jednego z najciekawszych miejsc Etiopii. A więc wszedłem. Dziewczyny na czas mego pobytu na górze zostały u podnóża klifu, bawiąc się i rozmawiając z okolicznymi dziećmi.

Najpierw wszedł Mafi. Zrobił to szybko i sprawnie, niewiele gorzej od mnichów. Teraz moja kolej.

Na dole kilku pomocników-przewodników pomagało mi przygotować się do wspinaczki. Jeden wziął ode mnie torbę z aparatem i okulary, drugi okręcił mi wokół tułowia śmierdzącą linę asekuracyjną, zrobioną chyba z niewyprawionej koziej lub oślej skóry. Serce biło mi szybko, ale teraz na pewno nie zrezygnuję. Mocno chwyciłem grubą, chropowatą, skręconą z kilku szerokich rzemieni linę „poręczy” i zacząłem się wspinać. Pierwsza próba się nie udała. Wszedłem jakieś półtora metra i zeskoczyłem.

Ponowiłem próbę. Tym razem zwinnie, szybko i sprawnie doszedłem mniej więcej do jednej trzeciej wysokości, gdy… odpadłem od skały! Uratowała mnie tylko asekuracyjna lina, trzymana mocno przez mnichów na górze (nawet teraz, gdy piszę o tym po tak długim czasie, dłonie robią mi się mokre, znów przeżywam na nowo tamte chwile). W końcu udało mi się złapać równowagę i wspiąć się dalej. Tym razem czubkami obutych w adidasy stóp starałem się chwytać drobnych szczelin, wycięć i zagłębień w skale. Nie pomagał mi w tym opuchnięty, bolący palec. W dodatku nie sądziłem, że długotrwały brak treningu tak mi się da we znaki – bolały mnie już barki i bicepsy, nie znajdowałem już siły, by wspinać się dalej. Wreszcie dotarłem do znajdującej się w dwóch trzecich wysokości od podstawy półki skalnej i tam, zdyszany, odpocząłem chwilę. Nie chciałem patrzeć w górę, wiedzieć, ile jeszcze mam do wejścia. Ale nie mogłem też tak tu sterczeć. Zebrałem się w sobie i podciągnąłem ostatnie kilka metrów. I oto przyszedł moment najtrudniejszy. Lina „nośna” była przywiązana do grubego kołka nade mną. Wejście zaś do klasztoru znajdowało się po mojej lewej ręce. Oznacza to, że aby wgramolić się do niego, zmuszony byłem na pół sekundy puścić główną linę (i znów spociły mi się dłonie…). Wolałem nie myśleć o piętnastu metrach przepaści pode mną. Szybkim ruchem chwyciłem się progu, podciągnąłem, wczołgałem swe ciężkie cielsko i… jest! Wszedłem! Byłem tak zmęczony, a jednocześnie zaskoczony i rozentuzjazmowany, że zapomniałem nawet wychylić się znad 15-metrowego nawisu skalnego, aby pomachać dziewczynom. Poza tym ból palca nie ustawał. Zdjąłem czym prędzej buty (bez których nie byłoby mowy o wejściu na klif) – tu chodzi się boso – i zacząłem zwiedzanie. Na spokojnych, uduchowionych i ascetycznych twarzach mnichów pojawił się życzliwy uśmiech.

Pisałem już o tym, że klasztor założył na początku VI wieku n.e. święty Abuna Aregawi. Jest przedmiotem sporów wśród uczonych, w jaki sposób wniesiono kamienie i inne materiały konstrukcyjne na szczyt amby. Wedle legendy – a przecież „w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy” – świętego wywindował do góry wąż, który wychylił się z chmury właśnie w momencie, gdy Abuna zastanawiał się, jak na szczycie góry głosić chwałę Bożą.

Jakkolwiek było, historycy i archeolodzy zgodni są co do tego, że wybudowany na szczycie kościół pod wezwaniem Świętego Abuny – w istocie jeden z dwóch – jest najstarszy w Etiopii. Wbrew oczekiwaniom nie ma on ani okrągłej, ani ośmiokątnej formy, lecz jest prostokątny. Warstwy kamiennych murów przeplatają się tu z niezwykle dobrze zachowanymi drewnianymi belkowaniami. Najbardziej jednak urzeka wnętrze kościoła: przepiękny drewniany sufit składa się z kasetonów, z których każdy przedstawia jedno z dzikich zwierząt Afryki: słonia, lwa, gazelę, żyrafę itp.

Czas i tu odcisnął swe piętno, jak w tylu innych świątyniach w tym kraju. Zwietrzałe mury, wytarte freski, popękane drewno. A jednak – właściwie nawet tym bardziej – odczuwa się tu atmosferę natchnionego spokoju, uświęconej ciszy. Może to kwestia świadomości, że stajemy w murach spełniającego wciąż swą funkcję zabytku wczesnej historii Etiopii i etiopskiego chrześcijaństwa. Świadomości, że budynek ten stał już w czasach, gdy na terenie współczesnej Polski panowały struktury plemienne i nikomu nawet się nie śniło o chrystianizacji. Wreszcie – świadomości, że od co najmniej 1400 lat sposób życia mnichów, ich modlitwy i religijne śpiewy nie zmieniły się niemal w ogóle. Samo już przebywanie w tych murach pozwala przenieść się mentalnie o kilka stuleci wstecz i wyobrazić sobie jak – z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością – wyglądało to miejsce 200, 500 czy 1000 lat temu.

A może to odizolowanie Debre Damo od świata, jego położenie na wysokiej skale sprawia, że klasztor stanowi idealną pustelnię, sprzyjającą medytacji i jest bliżej Boga? Otoczony jak okiem sięgnąć surowym, choć pięknym krajobrazem – rdzawo-brunatnymi, żółtymi i szarymi skałami rzucającymi cienie w głębokiej, odległej dolinie – jest wyspą i oazą spokoju, którą wszakże osiągnąć można jedynie po ciężkim wysiłku wspinaczki i walki z własnymi słabościami.

Dla pozostających w niełasce i zdetronizowanych cesarzy amby północnej Etiopii na pewno były wszystkim, tylko nie spokojną przystanią. Zazwyczaj cały świat zesłanego na ambę władcy ograniczał się odtąd do ułamka kilometra kwadratowego na wierzchołku. Nie trzeba było więzów, okowów czy krat, by w ten sposób skutecznie odsunąć od władzy niewygodnych konkurentów czy pretendentów do tronu. Odtąd byli oni odcięci od świata, a świat zapominał o nich. Majestatyczne góry skutecznie powstrzymywały ich władcze zapędy.

Ci jednak, którzy znaleźli się tu z własnej woli, nie potrzebują niczego więcej. Wędrując po szczycie amby i przy okazji podziwiając widoki, miałem okazję się przekonać, jak niewiele im wystarcza.

Weszliśmy najpierw na wieżę dzwonnicy drugiego kościoła klasztornego, wybudowanego rzekomo w miejscu, z którego Abuna Aregawi na obłoku wzleciał ku niebu. Bryła tego kościoła – niemal równie stara – sprawia wrażenie dużo nowocześniejszej.

W wieży znajdują się dwa dzwony. Pierwszy, młodszy, pochodzący „zaledwie” z XVI wieku, służy do wzywania na codzienne modlitwy, trwające po kilka godzin. Drugi jest o kilka wieków starszy i używa się go wyłącznie wtedy, gdy umiera jeden z mnichów. Nie dane mi było posłuchać żadnego z nich, zamiast dźwięku mogłem jedynie podziwiać ludwisarski kunszt rzemieślników. Niewielkie dzwony, odlane z wielką precyzją, zaopatrzone są w biblijne inskrypcje w języku gyyz.

Oprowadzono mnie po przykościelnym terenie. Przewodnicy pokazali, w jaki sposób mnisi wykorzystują zebraną w specjalnie wykutych zbiornikach deszczówkę, która stanowi tu jedyne źródło wody pitnej. Najwyraźniej mnisie żołądki przyzwyczaiły się już do drobnoustrojów, które nas, „białasów”, mogłyby przyprawić o ostry nieżyt; czerpią bowiem ze zbiorników, a jeden z nich przy mnie nabrał wody rękami i pił bezpośrednio ze sztucznego stawu.

W prosty sposób mnisi zaopatrują się we wszystkie niezbędne do życia produkty, a te, których nie uda im się pozyskać czy wyhodować (na ściętym wierzchołku góry znajdują się niewielkie poletka uprawne oraz kilka kóz, kury etc.) otrzymują od mieszkańców okolicznych wiosek.

Z tymi zwierzętami domowymi w Debre Damo jest ciekawa rzecz. Otóż pod żadnym pozorem w klasztorze nie może przebywać nie tylko kobieta, ale także żadne zwierzę płci żeńskiej. Jak powiedzieli mi przewodnicy, jest jednak pewien wyjątek, a nawet dwa. Mnisi nie widzą nic zdrożnego w hodowli kur i trzymaniu kotek. Nie wiem, czym akurat te zwierzęta zasłużyły sobie na tak wyjątkowe potraktowanie, ale – o ile wierzyć słowom przewodników – tak właśnie jest.

W niedostępnej oazie spokoju spędziłem jeszcze troszkę czasu. Stanąłem na krawędzi amby, niemal nad przepaścią, i w pewnej chwili poczułem, że mam ochotę zamienić się w orła czy kondora, rozpostrzeć skrzydła i lecieć, wolny, nad tym przepięknym krajobrazem. A potem szybko wróciła rzeczywistość i świadomość, że trzeba zejść po linach na dół – co sprawiło, że żołądek leciuchno zwinął mi się w kłębek i podszedł do gardła.

Zanim jednak z bijącym z niepewności sercem zacząłem schodzić do cierpliwie czekających pań, rzuciłem jeszcze jedno spojrzenie i nagle ogarnęła mnie myśl: zaraz, zaraz, w jaki sposób – zanim jeszcze na górze znaleźli się mnisi z linami – przetransportowano na szczyt góry wszystkie te materiały budowlane: kamienie, drewno, cegłę, zwierzęta i rośliny, święte obrazy, dzwony itd.? Jeśli transportowano to wszystko na plecach, bez użycia lin, za oparcia dla dłoni i stóp mając jedynie niewielkie zagłębienia w skale, to jaką sprawnością musiał się wykazać każdy z tych ludzi, ile wysiłku i determinacji włożył w stworzenie Debre Damo!

Koniec przyjemnych dywagacji. Za chwilę znów czule objąłem linę nośną i – opasany liną asekuracyjną – rozpocząłem zejście 15 metrów w dół. Podszedłem do wyjścia, pożegnałem się z mnichami, zostawiając im zwyczajowo niewielki datek. Przede mną już tylko próg i zwisająca w dół lina. Podążyłem wzrokiem za nią, a serce zaczęło łomotać. Znów trzeba zejść pierwszy metr czy półtora bez trzymanki i dopiero wtedy złapać się głównej liny. Wreszcie mi się to udało – po wielu wahaniach i rozważaniach, czy w ogóle zdołam zejść. Chciałem szybko zjechać w dół, odbijając się nogami od skały – to najszybszy sposób na zejście. Jeden z przewodników-pomocników uparł się jednak, by mi pomóc. Zamiast przyspieszyć moje zejście, tylko je spowolnił, co sprawiło, że tym bardziej się lękałem, choć – na szczęście – coraz mniej, w miarę jak zbliżaliśmy się do dolnego odcinka liny.

W końcu stanąłem o własnych siłach na nogach, ponownie 15 metrów pod klasztorem. Podzieliłem się pierwszymi wrażeniami z dziewczynami, które zajęte były podziwianiem widoków i zabawianiem miejscowych dzieci.

Po szybkim schłodzeniu ciała i emocji zimną oranżadą wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy w stronę naszego kolejnego celu – Lalibeli. Przedtem zwiedziliśmy jeszcze jeden z kilkudziesięciu wykutych w skale kościołów prowincji Tigre – Abraha we Atsbeha.

***
Powyższy tekst pochodzi z książki "Trzy filiżanki Etiopii" Wojciecha Bobilewicza, wydanej nakładem oficyny Sorus.

Tagi: