publikacja 21.04.2009 09:42
Lało jak z cebra. Przemoczony Papież spojrzał w niebo i zaintonował: „Nie lij dyscu, nie lij”. I nagle nad potężnym lwowskim osiedlem Sichów rozbłysło słońce. Po ośmiu latach ludzie na tym 250-tysięcznym blokowisku pamiętają tę piosenkę.
Trzysta tysięcy młodych z niepokojem zadarło głowy do góry. Nad Lwowem kłębiły się czarne chmury. – Drodzy przyjaciele! Papież was kocha i patrzy na was jako na stróżów nowego poranka nadziei! – wolał Jan Paweł II. Stał na lwowskim blokowisku Sichów. Otaczał go las potężnych szarych bloków. Zrobiło się chłodno. Nagle lunęło. – Deszcz pada, to i dzieci będą rosły – zażartował przemoczony Papież. Popatrzył w niebo i zaintonował: „Nie lij dyscu, nie lij, bo cię tu nie trzeba”. Młodych zamurowało. Rimskij papa w takim repertuarze? I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Zza ciemnych chmur wyszło słońce.
Płakaliśmy jak bobry
Tę „deszczową piosenkę” ludzie na Sichowie wspominają do dziś. Ogromna większość z nich kościoły i cerkwie omija szerokim łukiem. Jak na dłoni widać, jakie spustoszenie uczynił tu komunizm. Ale 8 lat temu w czasie papieskiej pielgrzymki obok siebie stali zgodnie grekokatolicy, katolicy, prawosławni. Młodziutka Marta Dzierżanowska czytała wtedy modlitwę wiernych. Odwiedzamy ją w jednym z wysokościowców. – Modliłam się wtedy za młodzież. Niesamowite przeżycie. Gdy Papież przyjechał, ludzie płakali jak bobry… Ks. Jacek Kocur przyjechał do Lwowa ze Śląska miesiąc po Papieżu. Od lat myślał o pracy na Wschodzie. Zastał osiedle przebudzone. Ludzie jeszcze żywo dyskutowali o wizycie Papieża. Przemieniła to osiedle. Na chwilę.
W starej leśniczówce Potockich ks. Jacek urządził niewielką kaplicę. Patronuje jej sam Michał Archanioł. Od razu zapełniła się ludźmi. Teraz ks. Jacek buduje dla tutejszych katolików kościół. Nie pyta o narodowość. A zresztą jej określenie jest tu niezwykle trudne. Są Polacy, którzy mówią tylko po ukraińsku i Ukraińcy śpiewający jak z nut polskie pieśni. – Najlepiej tę sytuację oddaje telefon, który ostatnio odebrałem – opowiada ks. Jacek. – Słyszę męski głos: Czy pochowa ksiądz mojego ojca? Tak – odpowiadam – A kiedy pogrzeb? – Nie wiem, bo tata jeszcze żyje. I facet zaczyna opowiadać po ukraińsku: Jesteśmy Polakami. Mój 90-letni ojciec chce być pochowany w naszym obrządku. – Czy tata się spowiadał? – Nie, nigdy. – A przyjmował Komunię? – Nie... On nigdy nie był w kościele. A jednak ten człowiek był przekonany, że musi mieć katolicki pogrzeb!
Siostry odmawiają z maluchami Różaniec. Po ukraińsku. – Do 2011 mamy już komplet w ochronce. Ledwo się maluch rodzi, a rodzice już go do nas zapisują – uśmiecha się ks. Jacek. Do siedzącej przy prezbiterium zakonnicy przytula się dwoje dzieci. Brat z siostrą. Ich rodzice wyjechali do Stanów i zostawili dzieci schorowanej babci. Czy jeszcze je zobaczą? Wrócą zza oceanu? Bóg raczy wiedzieć… – Dzieci, które przez cały dzień uczą się i bawią z siostrami, wracają do domów i katechizują rodziców – śmieje się ks. Jacek. – Kiedyś podszedł do mnie jeden z ojców: Aleście to dziecko wychowali! Teraz przed każdym posiłkiem musimy się w domu modlić. Dotąd modliliśmy się jedynie raz w roku – śmiał się.
Lwowska fala
Zaczyna się katecheza dorosłych. Niebawem przyjmą chrzest. W salce Jurij i jego syn Władek uczą się katechizmu. – Jeden z przygotowujących się do chrztu mężczyzn westchnął kiedyś: Księże, proszę zrozumieć. Nam jest bardzo ciężko wierzyć. Tyle razy nas już w życiu oszukano… – opowiada ks. Kocur. – Moje zada-nie? Nie zniechęcać tych ludzi. Pielęgnować ich wiarę. Tu, na Wschodzie, rzadko widzimy owoce swej pracy. Proboszcz jednej z podkarpackich parafii aż 12 lat czekał na to, by pierwsza rodzina przyszła do kościoła ochrzcić dziecko. Sporo księży zauważyło, że tu ludzie do kościołów napływają na zasadzie fali. Jest przy-pływ – jakiś człowiek chodzi do kościoła przez dwa miesiące dzień w dzień. A potem, w czasie odpływu nie widzisz go przez dłuuugie miesiące. Oj, nie jest to wesoła lwowska fala. „Robię swoje”, czekając na ten przypływ – opowiada ks. Jacek. – Praca na Ukrainie uczy cierpliwości. Sichów to osiedle, na którym trzeba dziesiątki tysięcy ludzi przyciągnąć do Boga. Dlatego zacząłem odprawiać Msze również po ukraińsku. To rzecz nie do pomyślenia w wielu wioskach. Tam, gdy księża przechodzili na ukraiński, wywoływali ogromne protesty polskich nacjonalistów.
Przyjechaliśmy do lwowskiej parafii w dniu eksperymentu. Maluchy z tutejszej ochronki są przejęte. Po raz pierwszy w życiu mają zostać w przedszkolu na noc. – Kto będzie płakał za mamą? – pyta siostra. Nikt się nie zgłasza, udają twardzieli. Siostra parzy im na dobranoc melisę. Dzieci są tak podekscytowane, że nie wiadomo, czy zasną. Mamy nocować w sąsiednim pokoiku. Czy zmrużymy oczy? Na szczęście, gdy po godzince wchodzimy do ochronki, dzieciaki śpią jak susły. Widać, że czują się tu jak w domu. Czy tak samo będą się czuły w kościele, który stanie kilkanaście metrów dalej? Na blokowisku, na którym sam Rimskij Papa piosenką rozegnał czarne chmury?
***
Chcesz wspomóc budowę lwowskiego kościoła? Wpłać pieniądze na konto:
Parafia NMP Wodzisław Śląski,
ul. Kościelna 1
21 10202472 0000640201252675