Księżna od biedy - św. Elżbieta Węgierska

Franciszek Kucharczak

dodane 05.01.2009 08:10

Elżbieta gorszyła otoczenie. Gdy jej mąż, landgraf Ludwik, wracał do zamku, rzucałamu się na szyję i całowała w usta. Wielokrotnie! Przy ludziach!

Księżna od biedy - św. Elżbieta Węgierska Edmund Blair Leighton, olej na płótnie, 1895, Kolekcja Freda i Sherry Ross, New Jersey Dobroczynność św. Elżbiety Węgierskiej

Siostro, dlaczego tu was, zakonnic, tak mało? – pytają chorzy w należącym do elżbietanek katowickim szpitalu. Właśnie. Każdy życzyłby sobie tak znakomitych pielęgniarek, zawsze dyspozycyjnych, traktujących cierpiących jak samego Pana Jezusa. Dziś, po latach komunizmu, który wygnał zakonnice ze szpitali, personel w habitach to rzadkość. Do tych nielicznych „specjalistek od chorych” należą zgromadzenia elżbietanek. To po ich patronce, świętej Elżbiecie z Turyngii. W tym roku mija 800 lat od jej urodzin.

Mała skandalistka
Utrapienie mieli z Elżbietą na zamku w Wartburgu. Daremnie teściowa, księżna Zofia, próbowała wtłoczyć ją w ramy, w których córce króla Węgier wypadało się mieścić. Starała się o to już od dnia zaręczyn, gdy królewna miała… cztery lata. To wtedy przywieziono ją z Węgier. Została narzeczoną następcy tronu Turyngii, jedenastoletniego Hermana. Chłopak zmarł dwa lata później, a dziewczynkę zaręczono z kolejnym dziedzicem tronu, Ludwikiem. Nowi narzeczeni znali się dobrze z piaskownicy. „Kochana siostrzyczko”, „kochany braciszku” – mówili do siebie.

Ludwik był przekonany, że jego przyszła żona jest kimś wyjątkowym. Nie przeszkadzały mu docinki księżnej Zofii, że Elżbieta chce zaliczać się raczej do sług niż do książąt. Było w tym zresztą coś prawdy, bo panna nie wykazywała żadnej wyniosłości wobec ludzi podlejszego stanu. A jałmużny nie ograniczała do rozdawania pieniędzy z wiszącej u pasa sakiewki. Gdyby jej nie pilnowano, ogołociłaby zamek ze wszystkiego, co wartościowe.

No i jeszcze ta pobożność. Dziewczyna wykorzystywała każdą okazję, żeby wpaść choć na chwilę do kaplicy. Kiedyś wywołała mały skandal w kościele, gdy zdjęła z głowy książęcą koronę i włożyła ją dopiero po wyjściu. – Jakże ja mam stać w obliczu mego Boga i Króla, ubrana w urągającą Mu koronę? – wyjaśniła osłupiałej księżnej.

Po tym incydencie zaczęto rozważać rozwiązanie umowy narzeczeńskiej. Dorastający książę przeciął te spekulacje. – Miłuję ją i małżeństwo z nią cenię bardziej niż wszystko na świecie – powiedział stanowczo.

Ona nas zrujnuje
W 1221 roku Wartburg oglądał ceremonię zaślubin książęcej pary. On miał lat dwadzieścia, ona – czternaście. Wyglądała zachwycająco. Smukła, śniada, pełna zniewalającego wdzięku. Młodzi kochali się bardzo. Rok później urodził się syn Herman. Potem na świat przyjdą jeszcze dwie córki, Zofia i Gertruda.

W tym czasie Elżbieta poznała franciszkanów. Przyszli, wysłani przez żyjącego jeszcze świętego Franciszka. – To droga dla mnie – myślała, słuchając opowiadań braci o doskonałym ubóstwie.
Na razie dawała jałmużnę. Jej hojność przyprawiała zarządców książęcych dóbr o rozpacz. – Nasza pani wszystko, co posiada, rozda na pewno biednym, a nas doprowadzi do nędzy – desperował przed księciem jeden z nich. – Bóg w dwójnasób wynagrodzi miłosierdzie – odpowiadał Ludwik.

Książę doceniał gorliwość żony. Gdy budził się w nocy i zastawał ją klęczącą przy łóżku, brał jej ręce w swoje dłonie i znów zasypiał. Czasem nalegał, żeby się położyła. Elżbieta uważała jednak, że jej grzechy i wady wymagają modlitwy i umartwienia. Dlatego prosiła swoje węgierskie dwórki, Gudę i Izentrudę, żeby budziły ją w nocy, pociągając za palec u nogi. Izentruda kiedyś pomyliła w ciemności nogi i obudziła księcia. Ten zerwał się z łoża, ale gdy zorientował się w sytuacji, skończyło się śmiechem.
 

Elżbieta, gdy tylko mogła, towarzyszyła mu w podróżach. Gdy nie mogła, Ludwik odpłacał jej bezwzględną wiernością. Podczas jednej z wypraw możni sugerowali mu, że z dala od domu mógłby sobie przecież „pofolgować”, jak czynią to inni książęta. – Jeśli moja łaska, panowie, jest wam miła, strzeżcie się powtórzyć to raz jeszcze. Mam żonę i pozostanę jej wierny – uciął ostro.

Wtedy, jak złowrogi cień, pojawił się w życiu Elżbiety ksiądz Konrad z Marburga – wykształcony teolog, surowy asceta, płomienny kaznodzieja. Zdawał się nie znać słabości u siebie i nie rozumieć jej ich u innych. Miał pełnomocnictwa papieskie do głoszenia krucjaty i zwalczania herezji. Ceniono go za bezstronność i bezkompromisowość. Elżbieta dostrzegła w nim danego od Boga kierownika duchowego i spowiednika. Konrad zabrał się ostro do dzieła. Najpierw zakazał jej jeść to, co pochodziło z podatków. Kończyło się to często tak, że Elżbieta piła tylko wodę i zagryzała chlebem. Potem ksiądz Konrad zakazał księżnej udziału w biesiadach u ludzi, których uznał za tyranów i zdzierców. Następnie kolej przyszła na ograniczenie dobroczynności swojej podopiecznej. Mistrz chciał okiełznać jej skłonność do rozrzutnego rozdawania dóbr i wyćwiczyć ją w pokorze.

Umarł świat
Nadszedł rok 1227. Elżbieta oczekiwała trzeciego dziecka. Któregoś dnia natrafiła w kieszeni mężowego ubrania na krzyż z czerwonego sukna. Zrozumiała, że Ludwik wybiera się na krucjatę. Zemdlała. Gdy ją ocucono, zaczęła błagać męża, żeby został. – Pozwól mi jechać. Złożyłem ślub – tłumaczył. Elżbieta opanowała się. – Niech ci Pan pomoże wypełnić Jego wolę. Oddałam Mu ciebie i siebie – powiedziała, tłumiąc łzy. Gdy nadszedł dzień rozstania, Elżbieta nie mogła oderwać się od Ludwika. Czuła, że widzą się po raz ostatni.

Dwa miesiące później Ludwik zmarł na statku u wybrzeży Włoch. Wieść o śmierci ukryto przed Elżbietą, aż doszła do siebie po urodzeniu trzeciego dziecka. Gdy oznajmiono jej, co się stało, księżna zaniosła się szlochem. – Zmarł! Nie żyje! Umarł dla mnie świat i jego radości! – powtarzała w kółko.

Nie chciała pełnić urzędu regentki. Zrzekła się go na rzecz szwagra Henryka. Ten dał posłuch zawistnikom, którzy mieli dość „dziwactw” księżnej. Atmosfera na zamku stała się tak nieznośna, że któregoś dnia Elżbieta opuściła Wartburg. Mówiono, że została wygnana. Jak było naprawdę, nie wiadomo. Dość, że Elżbieta z dziećmi, z Gudą i Izentrudą nocowała w jakimś chlewie w Eisenach. Wieść o tym zrobiła w okolicy ogromne wrażenie. Ale sama księżna pozostała spokojna. Dwórka Guda zaświadczała, że jej pani doznawała już wtedy łaski kontemplacji. Widziała niebo, a w nim Jezusa. – Ponieważ pragniesz ze Mną przebywać, i Ja tego pragnę – usłyszała Jego słowa.

O Elżbietę upomniał się jej wuj, biskup Eckbert z Bambergu. Sprowadził ją do siebie. Gdy z Ziemi Świętej wrócili rycerze Ludwika, przywieźli ze sobą jego kości. Po pogrzebie doszło do pojednania Elżbiety z regentem Henrykiem. Księżna poprosiła szwagra, żeby przeznaczył jej jakieś miejsce z dala od dworu, gdzie mogłaby oddać się modlitwie i dziełom miłosierdzia. Ten z ulgą pozbył się bratowej, „wariatki”. Otrzymała Marburg i okolice. Wyznaczyła zarządców miasta, a sama zamieszkała z dziećmi w małym domku z gliny. Przyjęła habit Trzeciego Zakonu św. Franciszka i złożyła śluby.

Jak cichy sen

W Marburgu mieszkał też ksiądz Konrad, teraz już inkwizytor. Jego ponura gorliwość powszechnie budziła już raczej strach niż szacunek. Elżbieta ponownie poddała się jego kierownictwu. Ten na początek kazał jej oddalić dzieci. Miały wrócić na zamek, bo sposób życia matki nie licował z ich książęcą godnością. Elżbieta zniosła tę rozłąkę, co przypisywała łasce Bożej.

Po czasie Konrad kazał księżnej rozstać się z jej wiernymi przyjaciółkami, Gudą i Izentrudą. W ich miejsce sprowadził prymitywną zakonnicę i szlachciankę – wdowę, którą sam określił jako „bardzo surową i nieprzyjemną”. Oba babsztyle doskonale nadawały się do tresury ascetycznej. Uprzykrzały jej życie najlepiej, jak potrafiły, a gdy księżna zaopiekowała się zakaźnie chorymi, doniosły Konradowi. Ten spoliczkował księżnę, jak to miał w zwyczaju, „dla pokory”. Czasem biczował ją też do krwi.

Ponura duchowość Konrada zderzyła się z rewolucją w średniowiecznej pobożności, jaką przyniósł święty Franciszek. W wyniku tego zderzenia cało wyszła Elżbieta. Nie darmo nosiła habit franciszkański. Gdy w ufundowanym przez siebie szpitalu spełniała najbardziej odrażające posługi, gdy biegała z kubłami i prała szmaty trędowatych, coraz jaśniej widziała, że to jest radość doskonała.

Wycieńczona poczuła w końcu, że nadchodzi śmierć. Wyspowiadała się, przyjęła Komunię. Sam Konrad pojął, że tej kobiecie, którą gnębił, nie dorasta do pięt. „Niech mi Bóg wybaczy” – pisał w liście do papieża, przyznając, że ją prześladował. Ostatnie chwile świętej tak opisał: „Po zmierzchu leżała rozjaśniona i aż do pierwszego piania koguta zdawała się być pogrążona w najgłębszej modlitwie. Radziła też wszystkim gorąco się modlić i odeszła jakby w cichym śnie”.

Był 17 listopada 1231 roku. Nikt nie miał wątpliwości, że zmarła święta. Potwierdzały to liczne cuda. Papież kanonizował Elżbietę cztery lata później. Byłoby szybciej, ale proces kanonizacyjny opóźniła śmierć głównego świadka – Konrada. Zginął zamordowany przez nienawidzących nadgorliwego inkwizytora wrogów.

Po trzech wiekach, gdy Turyngię zaleje fala protestantyzmu, nawet sam Luter, choć odrzucił kult świętych, powie: „Myślę, że Elżbieta jest rzeczywiście święta”.

Tagi: