publikacja 30.04.2018 06:00
Gdy na dworcu kobieta zapytała, czy mam ogień, odpowiedziałem: „Jasne! Duch Święty jest we mnie”.
Łukasz Czechyra /Foto Gość
Wychowałem się na krakowskim Podgórzu. Sporo czasu spędzałem na ulicy. To była naturalna ucieczka. Miałem bardzo niską samoocenę, nie myślałem o sobie dobrze. Potwierdzenia swojej wartości szukałem wśród kumpli na ulicy.
Po maturze mieliśmy z dziewczyną zamieszkać razem. Wspólnota wyjeżdżała na rekolekcje. Pojechałem, by się z nimi pożegnać. Na wyjeździe usłyszałem o. Piotrka Dąbka, franciszkanina. Głosił Słowo z takim ogniem, że zachwyciłem się tym. Chciałem żyć tak jak on. Spalać się dla Boga. Pierwszy raz od dwóch lat poszedłem do szczerej spowiedzi. Poczułem się lekki. Kamień spadł mi z serca. W kaplicy powiedziałem: „Nie mam już siły, teraz walcz Ty. Widzę, ile osób krzywdzę, w jakim kłamstwie żyję. Oddaję się Tobie”. To była modlitwa, która zmieniła moje życie. Od czterech lat jestem wolny.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł