Coś zaczęło się dziać w jego oczach...

Miłosz Kluba

dodane 13.08.2017 05:30

O spotkaniach w więziennej kaplicy z przejęciem opowiadają jedni i drudzy. Osadzeni i wolontariusze, którzy ich odwiedzają.

– Tworzy się tu grono osób, którym można ufać, i pewne jest to, że one nie będą nas ranić – mówi Maciej, jeden z osadzonych, uczestnik spotkań. Miłosz Kluba /Foto Gość – Tworzy się tu grono osób, którym można ufać, i pewne jest to, że one nie będą nas ranić – mówi Maciej, jeden z osadzonych, uczestnik spotkań.

W sobotnie popołudnie wchodzimy do kaplicy w Zakładzie Karnym w małopolskim Nowym Wiśniczu. Tym samym, w którym w czasie stanu wojennego kard. Franciszek Macharski odwiedzał internowanych działaczy krakowskiej Solidarności. Z tym że kardynał Mszę św. odprawiał wtedy na więziennym korytarzu. Teraz osadzonych tutaj, już nie z powodów politycznych, odwiedza pracujący na co dzień w zakopiańskim ośrodku rekolekcyjnym „Górka” jezuita o. Stanisław Majcher wraz z grupą wolontariuszy.

Przychodzące na spotkania z osadzonymi osoby zmieniają się, jedni przychodzą częściej, inni rzadziej. Niektórzy pokonują setki kilometrów, dojeżdżając z Gdańska czy Radomia. Co ich łączy? – Spotkanie z drugim człowiekiem to zawsze przygoda. On wnosi do naszego życia swoje problemy, swoją historię – mówi o. Majcher. Wolontariusze do sprawy podchodzą podobnie.

Różnica spojrzeń

Wielu z nich o. Stanisław „zrekrutował” w Zakopanem, podczas rekolekcji ignacjańskich. – Ojciec zaproponował mi, żebym porozmawiał przez telefon z Jackiem, osadzonym w Dębicy. Pomyślałem: „Czemu nie?”. Utrzymujemy kontakt do tej pory – wspomina Karol, młody aktor z Radomia. To było na początku roku. Teraz, kiedy tylko może, Karol przyjeżdża do Nowego Wiśnicza. – W jakiś sposób czuję się tu potrzebny. Mam poczucie, że tu dzieje się coś ważnego i dla mnie, i dla tych, którzy są tu osadzeni – mówi i dodaje, że to dla niego pierwsza okazja, by podzielić się z innymi ludźmi swoim doświadczeniem życia z Bogiem.

Radek, z wykształcenia prawnik, z zawodu inspektor ochrony środowiska, ma w spotkaniach z więźniami większe doświadczenie. Ma też do pokonania więcej kilometrów. Od kilku lat przyjeżdża do Nowego Wiśnicza (oddalonego o 50 km od Krakowa) z Gdańska. – Jeśli tylko się chce i ma się motywację, to wcale nie jest tak daleko – przekonuje.

Podobnym stażem może się pochwalić Ola, absolwentka resocjalizacji i studentka wokalistyki. Wspominając swoje spotkania z osadzonymi, przyznaje, że w pewnym momencie pojawiły się obawy, czy więźniowie słuchają tego, co ma im do powiedzenia, czy widzą w niej wartościowego człowieka, czy tylko ładną, młodą dziewczynę. Wątpliwości zniknęły, kiedy o. Stanisław, który z osadzonymi spotyka się także na widzeniach i spowiedzi, powiedział jej: „Ola, ty nawet nie wiesz, ile dobra wnosisz w ich życie”. – Łatwo jest modlić się, uwielbiać Boga, mówić świadectwo w swoim środowisku, w którym to jest naturalne, we wspólnocie, w której wszyscy się znamy. Tutaj jest dużo trudniej – mówi Ola. – Ale teraz już wiem, po co tu jestem, i chcę robić to dalej.

– Czuję, że tak trzeba – dodaje Gosia, która wraz z o. Majchrem kilkanaście lat temu tworzyła pierwsze spotkania z osadzonymi, najpierw w Nowym Sączu, potem w Nowym Wiśniczu. – Myślę, że to jest jakieś zaproszenie Pana Boga do tworzenia więzi, relacji, do współpracy, do wrażliwości na człowieka. Jeden przejdzie i powie: „Śmieć”. Ktoś inny spojrzy i powie: „Biedny człowiek”. To różnica spojrzeń, do której uzdalnia nas Chrystus – dodaje.

Jak swoje pierwsze wizyty w więzieniu wspomina trzymający całą grupę razem 79-letni o. Stanisław? – Wchodziłem z tremą, niepokojem. Idę do skazanych, a oni przecież mają różne paragrafy na koncie – opowiada o spotkaniu w Nowym Sączu. Wszystko pękło w czasie rozmowy o ojcostwie, kiedy spojrzał na osadzonego, który siedział naprzeciw jezuity. – Coś zaczęło się dziać w jego oczach – opowiada o. Stanisław. To był początek.

Jesteśmy równi

Po grupie wolontariuszy do kaplicy wchodzą osadzeni. W sumie kilkadziesiąt osób. Podchodzą do przodu, podają rękę każdemu z gości. – Oni są zaskakująco otwarci. Patrzą każdemu w oczy. Za takimi rzeczami tęskni się na co dzień, za taką zwyczajnością, bez oszukiwania się, udawania, przybierania pozy, wchodzenia w rolę – mówi Karol, jeden z wolontariuszy. Nie zawsze jednak więźniom przychodzi to łatwo.

Maksym, 28-letni osadzony, wspomina spotkanie, na którym wśród wolontariuszy był policjant. – Jesteśmy w takim miejscu, w jakim jesteśmy. Policja jest dla nas, że tak powiem, inną grupą społeczną – mówi eufemistycznie. – Zauważyłem, że ludzie nie podają mu ręki, i pomyślałem: „Nie, wszyscy jesteśmy równi”. Podszedłem do niego jak do człowieka i mu tę rękę podałem. Nie patrzyłem na to, jak inni będą mnie oceniać, co będą o mnie mówić. I witam się z nim za każdym razem, kiedy tylko przyjeżdża – opowiada.

Przeniesienie pomysłu spotkań z osadzonymi z Nowego Sącza (tam jest to zwykle adoracja i rozważanie Ewangelii) do Nowego Wiśnicza było pomysłem jednego z więźniów – Rafała. Nie tylko prosił o to o. Stanisława, ale podczas spacerów wypytywał innych osadzonych, czy chcieliby na takie spotkania przychodzić. Dopiero kiedy zebrała się grupa chętnych, sprawa trafiła do dyrekcji więzienia i nabrała ostatecznych kształtów. Oprócz wolontariuszy – przychodzących w różnym składzie – pojawiają się na nich goście, zaproszeni przez o. Majchra. Jednym z nich był Jarosław Gowin, ówczesny minister sprawiedliwości. Jest też czas na wspólny śpiew i modlitwę.

– Kiedyś na zakończenie spotkania odmawialiśmy razem „Ojcze nasz”. Miałem wrażenie, że nigdy ta modlitwa nie wybrzmiała tak bardzo w moim sercu, jak właśnie wtedy, w tym miejscu, pomiędzy nimi – mówi Karol.

W stronę wolności

Podczas spotkania wolontariusze opowiadają o codziennych sprawach. Radek mówi o tym, jak udaje mu się łączyć pracę na kilku etatach, i o tym, że dla niego życie to „droga z Bogiem ku drugiemu człowiekowi”. Ola opowiada o swoim nawróceniu, o modlitwie uwielbienia, podczas której poczuła, że „jej serce znowu zaczyna żyć”. – To jest takie proste, wierzcie mi, wystarczy znaleźć kluczyk, który otworzy twoje serce – przekonuje.

– Trzeba mieć dużo odwagi, żeby tak stanąć i opowiadać o swoich przeżyciach, nie zawsze takich, którymi chcielibyśmy się dzielić z innymi – mówi Piotr, jeden z osadzonych, który przez pół roku przychodził na spotkania z o. Majchrem i wolontariuszami. Chodził, bo rozmawiamy w czasie jego ostatniej wizyty. – W przyszłym tygodniu wychodzę na wolność – mówi. Jego wyrok został skrócony o rok (z 8 lat). Anulowano także grzywnę, którą – jak sam przyznaje – także musiałby odsiedzieć. – Wcześniej nie byłem dobrym człowiekiem. Zasłużyłem na tę karę – mówi, nie kryjąc radości z bliskiego wyjścia z więzienia.

Opowiada, że podczas pobytu w zakładzie karnym miał „lepsze i gorsze czasy”. W jednym z tych trudniejszych okresów trafił na spotkania w kaplicy, które dały mu przede wszystkim wewnętrzny spokój. – Od pewnego czasu przesypiam już całe noce – mówi Piotr. – Cały czas czegoś szukałem. Byłem takim człowiekiem, który bardzo by chciał, ale nie może, nie dowierza. Te spotkania bardzo mi pomogły – dodaje.

Liczy na to, że pomogą mu także na wolności. – Chciałbym dalej iść tą drogą. Wiadomo, że życie po drugiej stronie, na wolności, wszystko weryfikuje, ale jeśli tam też trafię na odpowiednich ludzi, to myślę, że nie będzie źle. Rodzinę mam wspaniałą, mam gdzie wrócić – zapewnia Piotr.

Inny uczestnik spotkań – Maciej – mówi, że mógłby przychodzić na nie codziennie. To niemożliwe, więc między odwiedzinami stara się rozwijać „pod celą”. – Dla mnie te spotkania są kierunkowskazem, w którą stronę mam iść – zaznacza. – Tworzy się tu grono osób, którym można ufać, i pewne jest to, że one nie będą nas ranić – dodaje. Jak tłumaczy, spotkania utwierdzają go w dążeniu do zmiany swojego myślenia i postępowania. – Czasem wraca do mnie to, co robiłem, ale choć jest trudno, wiem, że warto. Upadam jak każdy inny. Upadam, ale jestem szczęśliwy, nie poddaję się, cały czas brnę, bo mam w sobie zalążek charakteru i uczuć. To jest fajne – mówi.

Ojciec Majcher potwierdza, że prawdziwym sprawdzianem jest właśnie wyjście na wolność. Podkreśla, że bardzo twórcze jest dla osadzonych słuchanie o tym, że można żyć inaczej. Jezuita wraz z wolontariuszami stara się pokazać osadzonym, że jedyną możliwością wytrwania jest nawiązanie osobistej relacji z Bogiem i – co nie mniej ważne – odnalezienie nowego środowiska, wspólnoty. – Oni często gubią się, bo otoczenie ciągle widzi w nich skazańców. Brakuje wsparcia, którym może się stać choćby grupa w parafii – mówi o. Stanisław.

Spotkanie kończy modlitwa więźnia: „Panie, utraciłem wolność, ale jestem wolny przed Tobą” – powtarzają osadzeni. Oni wychodzą z kaplicy pierwsi, potem o. Stanisław i grupa wolontariuszy. Kiedy idziemy do drzwi wyjściowych, mija nas grupa osadzonych – niektórzy przed chwilą byli na spotkaniu w kaplicy. – Wy w swoją, a my w swoją stronę – półżartem rzuca o. Stanisław. – My też kiedyś pójdziemy w tamtą stronę – odpowiada jeden z więźniów.