Podziwiam jego radykalizm

WIARA.PL |

dodane 17.06.2017 06:00

Streszczeniem całej Ewangelii jest przykazanie „Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem”. Podstawowym powołaniem jest wzajemność. To dotyczy wszystkich.

Podziwiam jego radykalizm Henryk Przondziono / Foto Gość Faceci, którzy mają za sobą serię strat, upokarzających porażek, dostali nową motywację. Postanowiliśmy raz na jakiś czas wyruszać w drogę, która będzie bardzo wymagająca. Na zdjęciu: uczestnicy pielgrzymki do sanktuarium św.Teresy w Lisieux

Podziwiam jego radykalizm   www.wdrodze.pl Małgorzata Bilska: "Nic na pokaz. Fenomen brata Alberta"; wydawnictwo "W drodze", 2017

Fragment książki Małgorzaty Bilskiej: "Nic na pokaz. Fenomen brata Alberta" publikujemy za zgodą wydawnictwa "W drodze".

 

Małgorzata Bilska: Na czym polega wspólnotowość życia w Betlejem?

Ks. Mirosław Tosza: Na byciu razem. Jak się mówi o pomocy bezdomnym, pojawiają się stereotypowe role. Podział na potrzebujących i tych, którzy pomagają. Bezdomni są wtedy bezimienną grupą, która znajduje się w trudnym położeniu i trzeba ją wesprzeć. Kiedyś byliśmy w pięciu na spotkaniu w duszpasterstwie akademickim „Beczka”, u dominikanów w Krakowie. Ktoś mnie zapytał: A jak ci bezdomni do was trafiają? Bezdomni? Ich zapytajcie. Obok mnie siedzi Kazek, Andrzej… Potrafią mówić, mają imiona, mają swoje historie.

Wcześniej byłem we wspólnocie Wiara i Światło Jeana Vaniera. Od początku chciałem, żeby w Betlejem była wymiana darów zamiast podziału na dawców i biorców. Streszczeniem całej Ewangelii jest przykazanie „Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was umiłowałem”. Podstawowym powołaniem jest wzajemność. To dotyczy wszystkich. Bezdomni nie są powołani tylko do tego, żeby brać, ale żeby dawać. Chodziło mi o stworzenie wspólnoty, w której może nastąpić wymiana, nie tylko ruch w jednym kierunku.

Wzorem miłości bliźniego nie jest Samarytanin? Jego relacja z człowiekiem w potrzebie była jednostronna.

Podstawowym wezwaniem dla chrześcijan jest przeżywanie miłości wzajemnej, która ma promieniować i wyrażać się także w miłości samarytańskiej. Z przypowieści nie wiemy, co wydarzyło się między nimi od chwili, gdy Samarytanin wsadził Żyda na bydlę i zawiózł do gospody. Może działo się coś jeszcze?

Co zrobić, jeśli ktoś unika relacji, bojąc się Innego?

Czy w Chrystusie był strach przed Samarytanką, z którą rozmawiał przy studni? Przed trędowatym? Myślę, że widział w nim nie trędowatego, tylko konkretnego człowieka, który jest trędowaty. Szufladkujemy. Nazywamy kogoś bezdomnym, trędowatym, ateistą… Nie widzimy go w pełni. Chrystus nie miał lęku przed obcymi dlatego, że wiedział, co się kryje we wnętrzu człowieka, w sensie dobrym i złym. My często patrzymy tylko na to, co na zewnątrz.

Samarytanka to moja ulubiona postać – niemoralna konkubina, której jako pierwszej Jezus objawił największą prawdę, że jest Mesjaszem. Brat Albert kochał wykluczonych. W tym przestępców, narkomanów, alkoholików, oszustów i kłamców.

Przyjmując ludzi do domu, kierujemy się roztropnością, nie jesteśmy bezkrytyczni. Robimy podstawowe rozeznanie. Jeżeli się okaże, że dana osoba ma skłonności psychopatyczne, to raczej nie będzie żyć we wspólnocie. Najpierw komuś proponujemy, żeby przez pięć dni przychodził tu pracować. To często zdrowy człowiek, któremu się skomplikowało życie, rozwiódł się, nie ma pracy, uzależnił się czy wyszedł z więzienia. Mieszka w noclegowni lub na klatce schodowej. Pyta: Czy jest u was miejsce dla mnie? Mówimy: Jest, ale nie wiemy, czy dla ciebie. Przyjdź do pracy. Zjesz z nami śniadanie, popracujesz do trzynastej jako wolontariusz. Zjesz obiad, wykąpiesz się, dostaniesz kanapki i wrócisz tam, skąd przyszedłeś. Pokażesz, że naprawdę ci na tym zależy, coś z siebie dasz. W imię wzajemności wniesiesz podarowane nam przez tydzień zaangażowanie.

Oczywiście jeśli ktoś jest chory, w kiepskim stanie psychicznym, to od razu przyjmiemy. Chcemy jednak przełamać przekonanie panujące wśród ludzi bezdomnych, że instytucje muszą im pomagać. My zapraszamy do życia wspólnotowego na warunkach wzajemności. Nie ma klasycznego podziału biorca-dawca.

Tworzenie relacji ma charakter dwutorowy? Miłość i wymagania?

Nie ma jednego bez drugiego, jeżeli pomocy nie redukujemy do wymiaru socjalnego: dachu nad głową, jedzenia, ubrania. W naszym domu stwarzamy przestrzeń, w której można odnaleźć siebie. Dojść do ładu ze sobą, rozejrzeć się w obecnej sytuacji, coś zaplanować. Stawiamy pewne warunki.

Jakie?

Pierwszym jest gotowość do wzajemności, która się wyraża w podjęciu pracy, od rana do godziny szesnastej. Utrzymujemy się z pracy własnych rąk, z definicji nie korzystamy z możliwości stałego dotowania wspólnoty. Łatwo nie jest, ale to by nas ograniczało. Zostawiamy trochę miejsca dla Opatrzności, żeby wszystkiego sobą i pieniędzmi „pomocowymi” nie wypełnić. Jeśli ktoś pracuje na zewnątrz, dokłada się z tego, co zarobi.

Świadomie używam sformułowania „dom”. Nie jesteśmy ośrodkiem, przytuliskiem, noclegownią. Staramy się, żeby relacje były takie, jak w domu. Dorośli muszą się sami utrzymać. Drugi warunek to zachowanie abstynencji. Są osoby uzależnione, często po terapiach czy w trakcie terapii. Jeżeli ktoś „zapije”, ponosi konsekwencje, musi opuścić dom. Może wrócić po odbytej terapii. Jeśli to się zdarza po raz drugi, może się starać dopiero po roku. Takie są ustalenia, choć zawsze rozpatrujemy sprawę indywidualnie. Pytamy nie tylko „co się stało?”, ale również „dlaczego?”.

Według Jacka Hajnosa główną przyczyną bezdomności jest brak relacji. Co to znaczy, że bezdomność jest kwestią mentalności?

Wielu „domnych” ma w sobie egzystencjalny niepokój, bo im się wydaje, że mają czegoś za mało. Nie dość duże mieszkanie, nie dość duże zarobki, nie dość dużo przestrzeni na rozrywkę. Myślą, że jak to wszystko zdobędą, będą szczęśliwi. Można mieć dom, żonę i dzieci, ale żyć kompletnie poza relacjami. One mogą być chore… W domu można być bardziej samotnym niż na ulicy. Żyć obok siebie. Jak mówił cynicznie Machiavelli, bardziej się żałuje ojcowizny niż ojca. Jacek pokazał, że problem bezdomności nie dotyka tylko wąskiej grupy ludzi, którzy fizycznie nie mają gdzie mieszkać, ale jest pojęciem dużo szerszym.

Relacja miłości, przyjaźni, wszystko zmieni? Przecież czasem impuls do walki o siebie wynika z przekory, z nagłej eksplozji złości. Tłumiona, niszczy człowieka od środka. Kiedy wybuchnie, skierowana na dobry cel, bywa znakomitą siłą nośną. Choćby dlatego, że niweluje paraliżujący strach przed porażką.

Dotykamy poczucia sensu. Odpowiedzi na pytanie: Po co żyję? „Po co” zakłada też – dla kogo. To jest czynnik motywujący do tego, żeby się w ogóle starać. A propos relacji. Mieliśmy kiedyś klasyczną rozmowę, w której ja się wściekłem, niezbyt konstruktywnie. Chodziło o to, że część osób nie garnęła się do pracy. Obijali boki. Powiedziałem, że to już skandal, że nikt nie będzie niańczyć dorosłych chłopów i na nich pracować. Mnie to nie cieszy i szkoda na to życia, zajmę się czymś innym. Czas najwyższy, żeby wzięli wędki, a nie czekali na gotowe ryby. Na co jeden mi mówi: Jak ja bym taką wędkę dostał do ręki, tobym ją sprzedał i kupił flaszkę. Rybę bym dostał i miałbym zagrychę. Ponieważ to powiedział trochę dowcipnie, a trochę serio, poprosiłem, żeby rozwinął myśl. Usłyszałem: Dla kogo ja mam łowić?

To „dla kogo” jest kluczowe, ale nie działa w sposób automatyczny. Niektórzy nasi bezdomni mają córki, synów, wnuki, które o nich zabiegają. Jednego chłopaka mama z bratem przywieźli spod granicy niemieckiej. Kochali go, walczyli o niego i starali się mu pomóc na wszelkie możliwe sposoby. To nie jest tak, że nikt go nie chciał. Rozpił się, dom poszedł pod młotek, ale to nie był człowiek pozbawiony relacji. Na tym etapie, na jakim się znalazł, do tworzenia relacji nie był za bardzo zdolny. Bezdomność to kwestia uzależnień, schematów i zwyczajów, które są bardzo głęboko w człowieku. Co będzie bodźcem wyzwalającym, że pojawi się w nim złość? To tajemnica. Po tylu latach nie mam uniwersalnej rady. Punkt złości, to mi się jednak po męsku podoba.

Czyli czasem tak bywa?

Był gość, który wykańczał się na oddziale intensywnej terapii medycznej. Wszyscy w rodzinie byli pewni, że wreszcie pozbędą się kłopotu. Wnuczka z drugiej klasy przyszła się pożegnać i powiedziała: Dziadek, ja bym bardzo chciała, żebyś był na mojej pierwszej komunii. On się wtedy tak konstruktywnie wściekł, że postanowił, że nie umrze, wbrew wszystkim. Miał zapaść i wyszedł z tego. Później mieszkał u nas. Wyprowadził się, planuje ślub. To było dziesięć lat temu. Wcześniej był na kilku terapiach, ksiądz mu pomagał, rodzina mu tłukła do głowy – nic nie działało. Pomogło dziecko… Nie wiemy, w którym momencie dobra wściekłość się w kimś obudzi.

Brat Albert mówił, że trzeba być dobrym jak chleb. Dostępny na stole do krojenia. Jak to rozumieć?

Mnie Brat Albert kojarzy się ze zdaniem: „Skąpy jest ten, kto nie jest jak On”. Chrystus stał się chlebem w Eucharystii, wydał samego siebie dla nas. Przed „Wykonało się” powiedział „Pragnę”. To nie dotyczy napoju. On czegoś potrzebuje, umiera jako potrzebujący. Jak się to zestawi z powiedzeniem Brata Alberta, widać, że u niego wszystko się brało z kontemplacji Chrystusa. Pomaganie bez tego odczyta się w krzywym zwierciadle. Mnie w pomaganiu nie chodzi o to, że się od ludzi niczego nie oczekuje, tylko o braterstwo.

Odkryciem były słowa Jana Pawła II o wyobraźni miłosierdzia. Liczy się nie tyle skuteczność, co zdolność bycia bratem dla cierpiącego człowieka. Gest pomocy nie może być odbierany jako poniżająca jałmużna, lecz świadectwo braterskiej wspólnoty dóbr. Świadomość braterskiej wspólnoty jest kluczowa. Jako ksiądz cały czas muszę się pilnować, bo na dzień dobry startuję z przewagą. Człowiek, który nie ma domu, nie ma co jeść, nie ma pieniędzy, zgodzi się na wszystkie warunki, jakie mu postawię. Chyba, że będą absurdalne. Mogę temu nadać szlif świętości, podpiąć pod wielkie idee. A tak naprawdę traktować go z góry. Czasem jedziemy do parafii i mówią – ks. Mirek mieszka z bezdomnymi, on jest jak drugi Brat Albert. Stał się jednym z nich. Jak widzę, że proboszcz ma poczucie humoru, to w czasie kazania mówię: Bardzo dziękuję, że ksiądz proboszcz tak myśli, ale po pierwsze, nasi mieszkańcy nie są aż tak strasznie biedni, przez nikogo niekochani. Aż tak źle nie jest. Po drugie, nie jestem jednym z nich. Takie mówienie jest nieuczciwe. Mam całkiem ładne mieszkanie, o wiele bardziej przestronne od przyjaciół, którzy tu mieszkają. To moje czwarte lokum, wcześniej mieszkałem w takim samym pokoiku jak nasi domownicy. Z różnych powodów potrzebuję więcej przestrzeni. Na przykład przyjmuję wielu gości, odbywają się spotkania. Jeśli się znudzę, wypalę zawodowo, pójdę do biskupa i powiem: Księże biskupie, już dość długo się tym zajmuję, jakby ksiądz biskup mógłby mnie wysłać na parafię… Wyśle mnie, będę miał z czego żyć i gdzie mieszkać. Oni nie mają tego luksusu. Męczyło mnie to przez wiele lat. Czy nie powinienem pójść w radykalne ubóstwo, tak jak Brat Albert?

Wyrzec się własności?

Tak, żyć jak nasi mieszkańcy, nie mieć samochodu. Podziwiam Brata Alberta za radykalizm. Miał do zostawienia dużo więcej, sławę, karierę. To jest indywidualne powołanie – nie moje. A może trzeba by mieć trochę więcej wiary i oddania? Staramy się, żeby nasz dom był gustownym, pięknym miejscem. Zdobimy go mozaikami. Żartujemy z chłopakami, że robimy taki dom, że jakby nam ktoś kazał go opuścić w dziesięć minut, a ktoś inny przyszedł i nie wiedział, co tu było wcześniej, to ostatnie, co by mu wpadło do głowy, to dom bezdomnych.

Jest tu mnóstwo kolorów. Na ścianach, na podłogach; radosne witraże ze słonecznikami w oknach. Krzywe kominki i inne rzeczy w stylu Friedensreicha Hundertwassera, stuletnie kafelki „z odzysku”. W ogrodzie – alpaki i rasowe, piękne owce na cienkich nóżkach. Czemu to służy?

Byłem w wielu domach dla ludzi bezdomnych, w noclegowniach. Są szarobure. Niechętnie się do nich wraca. W domu musi się dobrze mieszkać, nie chcemy, żeby stał się instytucją. Jesteśmy z niego dumni. Nie chcemy też być jakimś luksusowym gettem dla bezdomnych, zapraszamy dorosłych, dzieci. Wyświetlamy filmy, organizujemy koncerty, spotkania. To, co proponujemy, jest dobrej jakości.

Chcemy być środowiskiem. Wracając do relacji. Żeby wyjść z bezdomności, trzeba opuścić „stare śmieci”. Ktoś albo nie ma możliwości powrotu do dawnego domu, albo ma, ale wtedy stary świat znów pociągnie go na dno. W procesie usamodzielniania się potrzebuje ludzi, z którymi będzie żyć. Po wyjściu z „luksusowego getta” byłby sam. Wykorzystujemy więc czas mieszkania we wspólnocie na budowanie relacji przyjaźni, nawiązywanie znajomości.

Pomagacie też bezdomnym doraźnie?

Codziennie pod dom przychodzi piętnaście osób, którym wydajemy pieczywo, warzywa. Nie prowadzimy jadłodajni. Tworzymy środowisko. Dużo osób przychodzi na mszę świętą, po której zapraszamy na kawę, herbatę. Od maja do września wypasamy owce w pięknym, rekreacyjnym miejscu. O godzinie piętnastej w każdą niedzielę jest tam polowa msza, przychodzą całe rodziny, nawet ci, którzy nie chodzą do kościoła. Nasi mieszkańcy podają do stołu, rozmawiają z ludźmi, palą ognisko. Przez samą fizyczną bliskość nie tworzy się jeszcze relacja. Tworzą się natomiast znajomości. Będąc gospodarzami, nie jesteśmy już tylko dla siebie.

Z wyprawy traktorkami do Lisieux pod patronatem Davida Lyncha powstaje film dokumentalny. Brat Albert zrezygnował ze sztuki, wy tam zmierzacie?

Jest też projekt artystyczny Hundertwasser*. Nie wszyscy się tym fascynują. Nie budujemy wyidealizowanego świata1, w którym wszyscy jesteśmy pasjonatami Friedensreicha Hundertwassera i Davida Lyncha. Sam uważam, że jego filmy są nieźle pokręcone, poza kilkoma, które lubię, np. Dzikość serca, Miasteczko Twin Peaks. Surrealizm z kinem drogi, świetne. Resztę obejrzałem, żeby być w temacie, jak reżyser do nas przyjedzie. Prosta historia jest najbardziej nielynchowskim filmem Lyncha. Linearnym – z początkiem, środkiem i końcem. Przede wszystkim to piękna, inspirująca opowieść o pojednaniu i przebaczeniu. Ona nas zachęciła do drogi.

Zanim wyruszyliśmy traktorami, wcześniej podróżowaliśmy na rowerach. Taka forma narodziła się zaraz po śmierci Jana Pawła II. Ktoś z mieszkańców wyraził żal, że nigdy nie spotkał się z papieżem, bo jak był w Polsce, to on pił, a jak wytrzeźwiał, to papież umarł. Chciałby choć raz w życiu pojechać na jego grób. W 2005 roku pojechaliśmy na pielgrzymkę rowerową do Rzymu. Chłopaków dużo wysiłku kosztowało te siedemnaście dni, bo wcześniej prowadzili mocno niesportowy tryb życia. Odkryłem, że większość uczestników zupełnie inaczej funkcjonuje po powrocie. Coś osiągnęli. Mieli zdjęcia, którymi się chwalili. To miało być jednorazowe wydarzenie, ale jak zobaczyłem owoce, rok później pojechaliśmy do Izraela. Przejechaliśmy całą drogę z naszego Betlejem do Betlejem, m.in. przez Syrię, w intencji pokoju. Faceci, którzy mają za sobą serię strat, upokarzających porażek, dostali nową motywację. Postanowiliśmy raz na jakiś czas wyruszać w drogę, która będzie bardzo wymagająca. Byliśmy w Grecji. Szlakiem św. Pawła na rowerach. W 2011 roku czterech z nas pobiegło maraton.

Zaczęli wierzyć w siebie?

To daje ogromny impuls do działania, zastrzyk. Dla wielu zwykłych ludzi byłoby to nie do osiągnięcia, więc rodzi się poczucie dumy.

Uświadomiłam sobie właśnie, że Adam Chmielowski – artysta był często z siebie niezadowolony. Jako Brat Albert musiał być dumny, bo dokonał rzeczy niemożliwych! Łączy was też rys karmelitański, patronką domu jest św. Teresa z Lisieux…

Teresa uczy nas życia wspólnotowego i modlitwy w ciszy. Cisza, medytacja, tak samo jest potrzebna domnym, jak i bezdomnym. Ludzie tu są po przejściach, mają potargane nerwy… Czasem się kłócimy. Łaskę życia wspólnotowego zawdzięczamy wierności adoracji. W noc z czwartku na piątek czuwamy w ciszy przed Najświętszym Sakramentem. To jeden z najbardziej wzruszających momentów. Ubodzy przed Ubogim… Modlą się. To On ich zmienia, spotkanie z Nim.

Jest z nami Marek, który przyszedł po czternastu latach więzienia. Wychowywał się w objazdowym wesołym miasteczku. Później dom dziecka, poprawczak. Nawrócił się w więzieniu dzięki klaryskom. Po wyjściu pojechał do nich, namówiły go na siedmiomiesięczną terapię pogłębioną. Kiedyś zobaczyłem, że co wieczór chodzi po placu i gada przez telefon, prawie pół godziny. Mówię – nie ma kontaktu z rodziną, no jakaś mafia, pewnie go szantażują! Zapytałem go o to. A Marek: Bo my odmawiamy różaniec z siostrami. Nie wierzyłem… Okazało się, że codziennie dzwoni inna siostra i razem odmawiają różaniec, one za klauzurą, on przez telefon. Czasem leje, Marek chodzi po placu, w kapturze. Szczęka mi opadła z wrażenia, bo mnie się nie chce różańca odmówić… Jeśli ta chałupa się trzyma, to dzięki modlitwie. To jest odwrócenie ról, bo to nie my ich ciągniemy do Boga, tylko oni – nas.

Zwornikiem domu nie jest charyzmatyczny ksiądz, tylko ukryte źródła, o których nie wiemy. Kiedyś niebo to wszystko odsłoni…

***

Ks. Mirosław Tosza – absolwent Technikum Górniczego i górnik z rocznym stażem pracy; ksiądz od 1994 roku; założyciel, budowniczy i animator Wspólnoty Betlejem w Jaworznie – domu, w którym od siedemnastu lat mieszka z osobami bezdomnymi, ubogimi i chorymi; kapelan – wolontariusz w hospicjum dziecięcym w Katowicach; organizator pieszych i rowerowych pielgrzymek osób bezdomnych i ich przyjaciół do Watykanu, Ziemi Świętej, Grecji i Francji. W 2016 roku, Roku Miłosierdzia, pielgrzymował – wraz z czterema mieszkańcami Betlejem – Drogą Pojednania z Jaworzna do Lisieux we Francji na traktorkach do koszenia trawy, zainspirowany filmem Prosta historia Davida Lyncha, który objął wyprawę honorowym patronatem i zlecił nakręcenie z niej filmu dokumentalnego. Rekolekcjonista, zafascynowany „małą drogą dziecięctwa duchowego” – św. Teresy od Dzieciątka Jezus (karmelitanki bosej jak św. Rafał Kalinowski), prywatnie jej serdeczny przyjaciel. Miłośnik książek Ryszarda Kapuścińskiego i piłkarskiej Ligi Mistrzów. W Roku Brata Alberta (2017) otrzymał Nagrodę im. księdza Józefa Tischnera w kategorii Inicjatywy duszpasterskie i społeczne współtworzące „polski kształt dialogu Kościoła i świata”. Nagroda została wręczona podczas Dni Tischnerowskich.

* Informacje na temat architekta i projektu można znaleźć na stronie wspólnoty betlejem.org/hundertwasser.

Tagi:
KOŚCIÓŁ,