Subiektywnym okiem pielgrzyma

Andrzej Macura

Wszystko zostało powiedziane? Pewnie tak. Wydaje mi się jednak, że nad tym co wydarzyło się dziś w Piekarach warto zatrzymać się ciut dłużej.

Subiektywnym okiem pielgrzyma

Męska pielgrzymka do Piekar... Z tego się nie da zdać relacji. Tam trzeba być. Jasne, można przeczytać albo posłuchać kto co powiedział. Kamera obejmie swym beznamiętnym okiem szczyt piekarskiego wzgórza i pokaże stojących bliżej. Ale nie sięgnie na opłotki. Do tych, którzy stoją czy siedzą daleko, zasłonięci drzewami. Na trawie, na kocach, na krzesełkach. Część przy swoich rowerach. Nie pokaże tych urzekających scen, gdy dziadek dumny jak paw wita się ze swoim przybyłym wraz z ojcem wnukiem. Dumny, bo może się przed kolegami pochwalić – patrzcie, ten dzieciak przyszedł do Piekar, więc staje się mężczyzną. Nie pokaże spotkań ze znajomymi, z których przemija niewypowiedziane „dobrze że jesteś”. Niewypowiedziane, bo przecież mężczyźni takich rzeczy nie mówią. Nie pokaże tej spokojnej atmosfery pikniku, który, gdy tylko rozpoczyna się modlitwa, przechodzi w pobożne skupienie w sposób tak naturalny, że już wiadomo, iż ci mężczyźni w większości nie są tam po raz pierwszy, drugi ani nawet trzeci.  To tradycja pielęgnowana od lat, wyrosła z prostej i małomównej męskiej pobożności. No i żadna relacja nie odda atmosfery w piekarskiej bazylice, pełnej tych, którzy przyszli choć na chwilę się pomodlić... A najdziwniejsze, że niekoniecznie przybywają do Piekar ci, o których można by pomyśleć, że są najpobożniejszą częścią parafii. Ta pielgrzymka łamie takie stereotypy...

Ilu ludzi przychodzi? Na moje oko w tym roku było ich bardzo dużo. Bo zazwyczaj za mną i bardziej w prawo od miejsca gdzie najczęściej stoję – nieopodal kalwaryjskiego Wieczernika – ludzi już nie tak wielu ;-). Tym razem stały tam tłumy. Ciasno musiało być też na szczycie kalwaryjskiego wzgórza, bo w tym roku pojawiło się też spore grono polityków ;-). W tym sam prezydent. Ale spokojnie, to nic nadzwyczajnego. Co roku różni się pojawiają. Jedni przemykają tylko w chronionych kolumnach i się pojawiają, inni – jak parę lat temu Jerzy Buzek, który zniknął gdzieś ochroniarzom w tłumie, żeby sobie podyskutować  - są nieco odważniejsi. Jedno jest zawsze takie samo: inaczej niż na co dzień, w Piekarach politycy głosu nie mają. Jak wszyscy wierni – słuchają biskupów. Tak było i tym razem.

A w tym roku było czego politykom słuchać.  Zwłaszcza to, co mówił arcybiskup Skworc wydawało mi się bardzo ważne. Nie przywitania oczywiście ;). Apelowi o to, by w imię dobra wspólnego nie palić w piecach byle czym (problem smogu) towarzyszył apel by zadbać, aby ludzie byle czym palić nie byli zmuszeni. Ważnym wydawało mi się też  przypomnienie, jak wielkim problemem ciągle jest w naszym społeczeństwie nadużywanie alkoholu. Apel do samorządowców, by jednak na otwieranie aż tylu punktów jego sprzedaży nie zezwalali był chyba ważnym przypomnieniem, że nie tylko doraźny zysk się liczy. Najważniejszym jednak wydawało mi się wezwanie, by zwrócić ludziom niedzielę. Bo wolna niedziela pozwala budować rodzinne więzi. A mocna rodzina...  No wiadomo. Dbają o to w wielu krajach Europy. A my pozwoliliśmy zrobić z naszego kraju wielkie targowisko. I pozwalając na nieograniczony handel w niedzielę zabieramy mężom żony, a dzieciom matki....

W tym kontekście moją szczególną uwagę przykuło mocne stwierdzenie Arcybiskupa dotyczące fali zalewającej Europę imigracji. Pozwolę sobie zacytować.

Bracia, musimy sobie jednak szczerze powiedzieć, że największe zagrożenie nie przychodzi z zewnątrz. Najpoważniejszym zagrożeniem jest słabość Europy i Europejczyków spowodowana „utratą pamięci i dziedzictwa chrześcijańskiego; co wywołuje u wielu Europejczyków / Polaków również, wrażenie, że żyją bez duchowego zaplecza, niczym spadkobiercy, którzy roztrwonili dziedzictwo, majątek, pozostawiony im przez przodków. A w zamian otrzymali w nad-obfitości wytwory kultury materialnej, królestwo rzeczy, skutecznie odcinające sytych od życiodajnego źródła, jakim jest chrześcijaństwo.

Największe zagrożenie nie przychodzi z zewnątrz! Jest w nas i dochodzi do głosu, kiedy porzucamy własną tożsamość, relację z Jezusem i Kościołem, Dekalog i normy moralne; żyjemy jakby Boga nie było. Kiedy sami laicyzujemy życie aż do tego stopnia, że już nie istnieje sacrum - nic świętego; ani życie nie jest święte; ani niedziela nie jest dniem świętym; ani małżeństwo i rodzina! W jakimś sensie człowiek XXI bierze odwet za wygnanie z raju; wypędza Boga z tego „raju”, który sam tworzy na ziemi. To przede wszystkim raj wolnego wyboru, gdzie nie obowiązują żadne zakazy!

No właśnie. Nieraz w kontekście dyskusji nad przyjmowaniem imigrantów zastanawiałem się, czego my właściwie chcemy przed nimi bronić. Gdybyśmy byli mocni duchowo, ideologia wojującego islamu nie miałaby w konfrontacji z naszą cywilizacją szans...

Ciekawa była też homilia arcybiskupa Józefa Kupnego, metropolity wrocławskiego.  Nota bene, jako pochodzącego z archidiecezji katowickiej, do niedawna stałego bywalca piekarskich pielgrzymek. Podobnie jak abp Skworc zwrócił on uwagę na potrzebę wolnej niedzieli. Bardzo istotne powtórzenie. Pokazuje, że sprawa zakazu handlu w niedzielę to nie żaden margines. Ja jednak zwróciłem w owej homilii uwagę na co innego. Nawiązując do Dziejów Apostolskich, z których pochodziło pierwsze czytanie tej niedzieli, Arcybiskup zwracał uwagę, że chrześcijanie powinni zarówno wpatrywać się w niebo, jak i twardo stąpać po ziemi. I choć obie postawy uznał za równie ważne zauważył, że dziś chyba bardziej brakuje nam tego wpatrywania się w niebo...  No cóż, często mam bardzo podobne odczucia. Także gdy idzie o wolną od handlu i innych niepotrzebnych prac niedzielę. Boga nakazującego czcić dzień święty warto słuchać. Także gdy w grę wchodzą pieniądze.

Tak, przemówień hierarchów można sobie było w mediach posłuchać albo i przeczytać co powiedzieli w internecie. Ale piekarski pielgrzym musi się tam jakoś zjawić. No i potem jeszcze wrócić do domu. Samochodem, autobusem, rowerem.... Albo – ciągle całkiem wielu – na piechotę. Budujący jest ten widok rzesz rankiem na wszystkim co się da (kołach przyczepionych do różnych pojazdów  i nogach) ciągnących do Piekar, a potem z tych Piekar wychodzących. „Coście wyszli oglądać” – chciałoby się podobnie jak Jezus zapytać. No właśnie. Co sprawia, że tylu mężczyzn, narażając się na spore niewygody ciągnie co roku do Piekar? Nie mogę odpowiadać za innych. Konkluzja jest jednak dość oczywista: laicyzacja może i czyni w Polsce postępy, ale i Duch wieje kędy chce. Nie musimy się bać, że my, chrześcijanie jesteśmy gatunkiem ginącym...