Ksiądz Jerzy i stan wojenny

WIARA.PL |

dodane 19.10.2016 05:00

 - W czynieniu dobra był zaskakujący - komentował jego zachowanie ksiądz proboszcz Bogucki. Fragment książki Mileny Kindziuk "Cuda księdza Jerzego" publikujemy za zgodą wydawnictwa Znak.

Ksiądz Jerzy i stan wojenny Henryk Przondziono /Foto Gość  W czynieniu dobra był zaskakujący - komentował jego zachowanie ksiądz proboszcz Bogucki

Odtąd wypadki toczyły się coraz szybciej. Przyszło najgorsze - stan wojenny, który wypowiedział narodowi generał Wojciech Jaruzelski. Była niedziela, 13 grudnia 1981 roku.

Ksiądz Jerzy obudził się o świcie. Włączył radio. W zadumie wysłuchał porannego komunikatu. I się przeraził.  - Czy to możliwe, by władza naprawdę wypowiedziała wojnę swemu narodowi? - pytał sam siebie. Odruchowo podniósł słuchawkę, by zadzwonić do Okopów, gdyż nocował akurat u niego brat, który miał tego dnia wracać do domu. Ale telefony w całej Polsce już wyłączono. Nie było możliwości skontaktowania się nawet z pogotowiem. 

Ksiądz Jerzy i stan wojenny   www.znak.com.pl Milena Kindziuk: "Cuda ks. Jerzego" Czym prędzej więc wybiegł z pokoju i zapukał do mieszkania księdza Marcina Wójtowicza, wikariusza w parafii św. Stanisława Kostki. Obudził go.  - Słuchaj, Marcin, źle się dzieje, wprowadzono stan wojenny - oznajmił zdenerwowanym głosem. Wiedział, że grozi mu niebezpieczeństwo. I że musi stąd zniknąć. Poprosił, by ksiądz Wójtowicz odwiózł jego brata na dworzec kolejowy.  - Zanim jednak wyszedł z mojego pokoju, poprosił mnie o spowiedź. Wyspowiadałem go, a potem odwiozłem jego brata - relacjonuje ksiądz Wójtowicz.

Kiedy wrócił z dworca, księdza Jerzego nie było już na plebanii. Parafianie ukryli go u jednej z rodzin, gdzie mógł być bezpieczny. O ósmej dwóch mężczyzn przyszło rozmawiać z księdzem Jerzym. Weszli do kościoła i zapytali proboszcza Boguckiego, gdzie jest obywatel Popiełuszko.  - We właściwy sobie sposób odprawiłem jednak natrętów - wspominał ksiądz Bogucki.  - Gdyby go wówczas zastali, z pewnością zostałby internowany - dodaje ksiądz Wójtowicz.

W parafii św. Stanisława Kostki wprowadzenie stanu wojennego zbiegło się z nawiedzeniem obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej. Zgodnie z wcześniejszym planem, wieczorem trzeba było procesyjnie odprowadzić obraz do następnej parafii: Dzieciątka Jezus. Szkopuł w tym, że władze zabroniły zgromadzeń liturgicznych. Ale proboszcz Bogucki nie stracił zimnej krwi. Oznajmił stanowczo, że procesja się odbędzie. Na taką decyzję czekał ksiądz Jerzy. I ludzie, którzy tłumnie przybyli pod kościół. Ostatecznie, w ciszy i skupieniu, z modlitwą na ustach przeniesiono obraz w wyznaczone miejsce.

Już wtedy jednak ksiądz Jerzy czuł się coraz bardziej przygnębiony. Wydawało mu się przez moment, że na stałe zagościły nad Polakami czarne chmury. Słyszał, że już o północy zatrzymano ponad trzy tysiące ludzi i aresztowano blisko dziesięć tysięcy działaczy związkowych, których przewieziono do zakładów karnych. Powaliła go z nóg wiadomość o wprowadzeniu godziny milicyjnej, czyli zakazie opuszczania domu od 22.00 do 6.00. I o tym, że Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” został zdelegalizowany.

Kolejne dni były do siebie podobne. W mieście stały opancerzone wozy i czołgi, żołnierze grzali się przy piecach koksowych, gdyż mróz tej zimy był wyjątkowo srogi. Milicjanci i zomowcy budzili przerażenie pistoletami maszynowymi i gumowymi pałkami, które stanowiły element wyposażenia bojowego. Brutalnie rozpraszano wszelkie demonstracje i strajki, ostro pacyfikowano zakłady pracy. Ginęli ludzie. Ksiądz Jerzy był wstrząśnięty. Ujęły go słowa Ojca Świętego, który 18 grudnia 1981 roku zwrócił się z apelem do generała Jaruzelskiego: "Nie można dalej rozlewać polskiej krwi, nie może ta krew obciążać sumień i plamić rąk Rodaków. Zwracam się do Pańskiego sumienia, Generale, do sumień wszystkich tych ludzi, od których zależy w tej chwili decyzja".

Księdzu Popiełuszce zdawało się, że serca Polaków są bardziej zbolałe niż kiedykolwiek. Dlatego gdy tylko dowiedział się, że kardynał Glemp powołał w Warszawie Komitet Prymasowski Pomocy Internowanym i Uwięzionym, od razu zaangażował się w jego działalność.  - Pamiętam, jak ksiądz Jerzy przemierzał kościelny korytarz pełen paczek przeznaczonych dla więźniów. Jego przyjścia do kościoła św. Marcina były dla nas radością, bo wiedzieliśmy, że idzie za tym konkretna pomoc - wspomina Maja Komorowska, aktorka.

Ksiądz Popiełuszko często pojawiał się na Starym Mieście i skręcał w ulicę Piwną, gdzie była siedziba Komitetu. Gdy wpadał tam, z pamięci recytował listę ludzi, którzy potrzebowali pomocy. Tym bardziej że wśród internowanych znalazło się wielu jego znajomych, robotników i działaczy opozycyjnych. Ksiądz Jerzy odwiedzał też internowanych w więzieniach. W zakładzie karnym w Białołęce spotkał go kiedyś ksiądz Jan Sikorski. Tak wspomina tę chwilę:  - Ksiądz Popiełuszko zjawił się z całym naręczem różnych posłannictw. Pamiętam, że podszedł do mnie na korytarzu i zaczął wymieniać nazwiska ludzi, którym trzeba pomóc: dostarczyć lekarstwa albo ubrania. Widziałem, jak bardzo się o nich troszczy. Zaskoczyła mnie jego wielka troska o więźniów. I to wcale nie o wielkich działaczy, którzy też tam wtedy byli, ale o zwykłego człowieka.

Punkt pomocy powstał również na Żoliborzu, w... mieszkaniu księdza Jerzego. Ludzie garnęli się tam o każdej porze, a on, jak zawsze wyczulony na wszelkie niedole, przejmował się ich losem i starał się pomóc. Częstował herbatą, kanapkami. „Zauważyłem, że nieraz siedzę w domu, chociaż mógłbym gdzieś wyjechać, bo mi szkoda, że może pod moją nieobecność ktoś będzie potrzebował pomocy” - notował później w swoich Zapiskach.

Opłatki dla zomowców

Dość nietypowo ksiądz Popiełuszko spędził pierwsze święta stanu wojennego. Zresztą już wigilia była specyficzna. Ksiądz Teofil Bogucki, jako proboszcz, zapraszał na nią nie tylko wszystkich kapłanów, którzy mieszkali na plebanii, ale również starszych i chorych parafian. Jeden z pokoi w mieszkaniu proboszcza zamieniał się w ogromną jadalnię. Siostry zakonne kładły na stole biały obrus, pod nim leżało sianko, na środku stał talerz z opłatkiem. Gdy wybiła osiemnasta, zaczynała się wieczerza. Jednak tym razem, 24 grudnia 1981 roku, panowała na niej smutna atmosfera. Radosną wieść Bożego Narodzenia skutecznie przyćmiewały czołgi na ulicach. Także ksiądz Jerzy był na wieczerzy jakiś nieswój. Niby się uśmiechał, do każdego podchodził z życzeniami, ale widać było wyraźnie, że myślami jest zupełnie gdzie indziej. I nagle wszystkich zaskoczył. 

 - Zupełnie nieoczekiwanie, gdzieś w połowie wieczerzy, wstał od stołu - wspomina siostra Justyna Uryga. Do dziś pamięta, że bez jednego słowa wziął do ręki garść opłatków, schował je do torby i wyszedł z mieszkania proboszcza. 

Na dworze było zimno, siarczysty mróz. Ale na nim zdawało się to nie robić wrażenia. Spojrzał przed siebie i pewnym krokiem ruszył w kierunku posterunku wojskowego na Żoliborzu. Gdy się zbliżał, zobaczył przed nim kręcących się zmarzniętych żołnierzy. Bez wahania podszedł do nich. I zaczął rozdawać im opłatki. Reakcje były różne. Nie wszyscy się z tego cieszyli. Byli i tacy, co na widok księdza po prostu odwracali się plecami. Ale zdarzało się, że wyciągali po te opłatki ręce. I dziękowali mu, że do nich w ten dzień przyszedł.

Potem ksiądz Jerzy wrócił na plebanię. Nie wszedł już jednak do pokoju proboszcza, tylko od razu poszedł do siebie. Chciał choć przez chwilę pobyć sam. Potem się przebrał i wyszedł do kościoła, by o północy odprawić pasterkę. Cieszył się, że przybyło na nią dużo ludzi.

Na Żoliborzu zaś szybko rozeszła się wieść, że ksiądz Jerzy spędził wigilię na posterunku żołnierskim. W pierwszy dzień świąt zresztą prosił ludzi z ambony, by przynosili żołnierzom gorące potrawy. Parafianie dziwili się, ale posiłkami częstowali. Nie chcieli odmawiać „swojemu” księdzu. Za bardzo go szanowali.

Do takich „wyskoków” przyzwyczaili się później bliscy znajomi księdza Jerzego. Choć nie zawsze wiedzieli, jak mają na nie reagować. Kiedyś ksiądz Popiełuszko powiedział do grupy przyjaciół, wskazując jeden z samochodów milicyjnych:  - Słuchajcie, ci chłopcy siedzą tam i marzną już od paru godzin. Zanieście im trochę kawy. Zapadło milczenie. Nikt nie ruszał się z miejsca. Wszyscy myśleli, że ksiądz Jerzy żartuje. W końcu sam poprosił jednego z kolegów, by poczęstował żołnierzy kawą.

Do wielu sam podchodził. Rozmawiał z nimi. A zdarzało się, że i spowiadał. Choć byli i tacy, co go wyśmiewali. A on cierpliwie tłumaczył im wtedy:  - To nie wasza wina, że tu stoicie.  - W czynieniu dobra był zaskakujący - komentował jego zachowanie ksiądz proboszcz Bogucki.

Tagi:
KOŚCIÓŁ,