Sam chleb nie wystarczy

Klaudia Cwołek

publikacja 16.06.2016 05:50

Maria Demidowicz opowiada o charyzmacie Brata Alberta, godności każdego człowieka i pomocy osobom bezdomnym.

Maria Demidowicz Klaudia Cwołek /Foto Gość Maria Demidowicz

Klaudia Cwołek: Brat Albert mówił, żeby być dobrym jak chleb. Wtedy chleb był często na wagę złota.

Maria Demidowicz: Teraz są inne czasy. Kiedyś, jak dawało się chleb, to się życie ratowało. Obecnie zapewnienie ludziom chleba to naprawdę nie jest wielki wysiłek. Można to osiągnąć bardzo szybko, wystarczy dobra organizacja. Natomiast skuteczna pomoc osobom w dłuższej perspektywie z różnymi deficytami w sferze funkcjonowania psycho-społecznego wymaga dużego wysiłku i zatrudnienia specjalistycznej kadry. Najtrudniejsze jest upodmiotowienie człowieka i podniesienie poczucia jego godności. Bo bezdomność to nie tylko brak dachu nad głową, ale brak relacji, brak miłości między ludźmi, samotność, nieraz choroby psychiczne. A my w naszych czasach coraz bardziej jesteśmy zabiegani i przestajemy dostrzegać drugiego człowieka.

Jest taki pęd do zaistnienia, do pokazania się, jakaś nowa moda, że wszystko ma być tylko piękne, bez problemów, bez jakichkolwiek ułomności, bo to burzy estetykę. Pewnie, że jest przyjemnie, gdy ktoś jest czysty, ubrany, pachnący, wtedy dobrze się go odbiera. Jednak trzeba pamiętać, że zewnętrzny wygląd człowieka nie jest wyznacznikiem jego wartości. Tak czynił św. Brat Albert, który zmarł 100 lat temu. Już w tamtych czasach, gdy chleb był na wagę złota i życia, nie poprzestawał na karmieniu głodnych ludzi. Po zabezpieczeniu elementarnych potrzeb człowieka, tj. chleba i dachu nad głową, szukał dla niego dalszych rozwiązań, które umożliwią mu samodzielne funkcjonowanie społeczne. W wielu wypadkach indywidualizował pomoc. Zakładał warsztaty rękodzielnicze o różnych specjalnościach: tkalnie, szwalnie, piekarnie. Tam zatrudniał bezdomnych i stwarzał im warunki do godnego życia. Brat Albert był prekursorem profilowania pomocy, bo uważał, że nie da się wszystkim pomóc w jednym miejscu i w jeden sposób. Tych, których się dało, wyprowadzał na prostą. A tym, którym trzeba było zapewnić stałą opiekę, też starał się taką stworzyć. Brat Albert był charyzmatycznym społecznikiem i warto także od tej strony na niego popatrzeć. Miał swój styl, przy czym nie rezygnował ze wsparcia środowiska i władz.

Jak to wygląda w działalności waszego stowarzyszenia?

W naszych czasach warunki są już inne. Nasze stowarzyszenie, inaczej niż zakony albertynów i albertynek – duchowej rodziny Brata Alberta, tworzą osoby świeckie, które zaangażowały się w pomoc potrzebującym, zainspirowane ideą św. Brata Alberta. Jednak musimy korzystać ze środków publicznych, a to jest uwarunkowane przestrzeganiem przepisów prawnych i tworzonych na ich bazie procedur. Wiele osób jest otwartych na pomoc, ale stawiane wymogi i rozbudowana biurokracja skutecznie zniechęcają do podejmowania działań. W naszym mieście pomoc osobom bezdomnym jest dosyć dobrze zorganizowana, powiedziałabym nawet, że wzorcowo. Na przestrzeni lat, przy współpracy wielu instytucji działających w obszarze pomocy społecznej, wypracowaliśmy modelowy system kompleksowego wsparcia osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej. Wspólnie staramy się jak najlepiej rozwiązywać problemy naszych braci i sióstr w potrzebie.

O osobach bezdomnych świadomie mówi Pani „siostry i bracia”, choć w języku współczesnych procedur są waszymi klientami.

To tak ewangelicznie. Święty Brat Albert był niesamowicie ciepłym człowiekiem, lubił dużo rozmawiać, był nawet gawędziarzem. Wytwarzał specyficzny klimat wokół swojego dzieła i umiał nawiązywać dobre relacje z różnymi osobami, zarówno z kręgów arystokratycznych, jak i z nędzarzami, jak ich wtedy określano. Potrafił też rozmawiać z duchowieństwem, które nie zawsze było mu przychylne i niektórzy kontestowali sposób prowadzenia przez niego dzieła pomocy. Ale mimo to umiał stworzyć dobrą płaszczyznę współpracy. My, po latach, w naszej działalności nie jesteśmy wcale odkrywczy. Wiemy, że wystarczy czerpać z jego wzorców. On widział w drugim człowieku znieważone oblicze Pana Jezusa, które namalował. Na jego obrazie „Ecce Homo”, który możemy podziwiać w sanktuarium w Krakowie, możemy wszystko wyczytać. Jeżeli jesteśmy wyznawcami Chrystusa, to mamy miłować bliźniego swego jak siebie samego – to tyle i aż tyle.

W Zabrzu postrzegani jesteście jako prężna organizacja, ale czy nie jest może czasami tak, że ludzie zwalniają się z pomocy ubogim, mówiąc: idź do „Brata Alberta”?

Słyszałam takie opinie, że jak w „Bracie Albercie” ci nie pomogą, to już nigdzie nie pomogą. Ale nie wszystkim udaje się pomóc. My staramy się stworzyć jak najlepsze warunki, ale ostatecznie zależy to od osobistej decyzji osoby, czy pomoc przyjmie. To jest jak z wiarą. Albo przyjmuję Pana Boga, jestem na Niego otwarta i proszę, żeby mną kierował, albo udaję, że Go przyjmuję. I kiedy zaczyna się ode mnie wymagać przestrzegania podstawowych zasad, wtedy zgłaszam jakieś „ale”.

Niestety, niektóre osoby mają takie dysfunkcje w swojej osobowości, że bardzo trudno jest im pomóc, czasem jest to wręcz niemożliwe. Nie wystarczy dobre serce, do tego potrzebne są także wiedza i profesjonalizm osób bezpośrednio pracujących z mieszkańcami naszych domów. Dlatego zatrudnieni są u nas specjaliści, dla których praca jest czymś więcej niż tylko wykonywaniem swojego zawodu. Zespół terapeutyczny pracuje pod superwizją, czyli merytorycznym nadzorem certyfikowanego psychoterapeuty. Dzięki temu wypracowuje coraz to skuteczniejsze formy pomocy. To jest bardzo ważne, bo do nas trafiają różne przypadki – i osoby z chorobami psychicznymi, i z upośledzeniami, i niewydolne społecznie, życiowo bezradne. Ważne, żeby to rozróżniać.

Na początku naszej działalności nie mieliśmy do tego narzędzi, teraz jest o wiele lepiej. Najtrudniej jest zorganizować opiekę mądrą, która by ludzi podnosiła, a nie osaczała czy uzależniała. Chcemy żeby nasza pomoc nie była tylko dla pomocy i „przechowywania” ludzi w naszym środowisku przez lata. Chodzi o to, żeby osoby, którym pomagamy, odzyskały poczucie godności, brały odpowiedzialność za siebie, swoich bliskich i stawały się niezależne. 

Maria Demidowicz jest prezesem Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta – Koło Zabrzańskie od 15 lat. Z wykształcenia ekonomistka. Ma męża i dwoje dorosłych dzieci oraz dwoje wnucząt. O TPBA dowiedziała się od Kazimierza Kordka, dawnego wiceprzewodniczącego zarządu koła w Zabrzu, gdy pracowała w Zabrzańskich Wodociągach. Jego postawa zachęciła ją do bliższego poznania organizacji. Wkrótce dołączyła do grona członków i działaczy koła.

20 lat TPBA w Zabrzu

Z okazji rocznicy 19 czerwca o 11.30 w kościele św. Wojciecha na os. Kopernika bp Gerard Kusz będzie przewodniczył Mszy Świętej. Tego samego dnia o 14.00 odbędzie się piknik trzeźwościowy w „Przytulisku” przy ul. Kochanowskiego 26 dla wszystkich chętnych. W ramach obchodów odbędą się też konferencja i koncert jubileuszowy. Przygotowywana jest także okolicznościowa publikacja.

Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta

Koło zabrzańskie obchodzi w tym roku 20 lat działalności. Prowadzi w mieście Ośrodek Wsparcia dla Kobiet w Rokitnicy (ul. Ofiar Katynia 48), Mieszkania Readaptacyjne w Biskupicach (ul. Bytomska), Dom św. Brata Alberta „Przytulisko” (ul. Kochanowskiego 26) oraz Punkt Dobroczynny (ul. 3 Maja 34). Towarzystwo zajmuje się pomocą osobom bezdomnym i wykluczonym społecznie w usamodzielnieniu się i powrocie do społeczeństwa. Więcej: www.bratalbert.e-zabrze.pl.