Od 20 lat się nie nudziłam

Przemysław Kucharczak

dodane 02.02.2016 06:00

Mówiłam: „Panie, w świecie mi dobrze. Lubię tańczyć, lubię podróże, lubię swoje studia, lubię swoją pracę. Może Ty się mylisz, może dla sąsiadki to powołanie?”.

Siostra Danuta Maria przed rodzinnym domem w Mysłowicach Przemysław Kucharczak /Foto Gość Siostra Danuta Maria przed rodzinnym domem w Mysłowicach

W jednym z najsłynniejszych kościołów na świecie, bazylice Sacré-Coeur w Paryżu, jest klasztor benedyktynek Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jego przeoryszą przez ostatnie osiem lat była… dziołcha z Mysłowic. Teraz zgromadzenie wysyła ją na nową placówkę niedaleko Nicei. Przy tej okazji siostra Danuta Maria Ernst przyjechała na Śląsk na swój pierwszy od 24 lat urlop.

To nie dla mnie

To działo się przed laty na Śląsku. Mała Danka zauważyła zakonnicę. – Czy kiedyś będę tak wyglądać? – zapytała. Na to babcia Danki: – Żeby być tak ubraną, to trzeba rano wstać i być posłuszną. Danka spojrzała na babcię i pomyślała: „To na pewno nie jest dla mnie”. Pan Bóg musiał to słyszeć. Dwadzieścia lat później zaprosił ją do zgromadzenia, w którym co prawda trzeba być posłusznym, ale nie trzeba... bardzo wcześnie wstawać. 

Zanim do tego doszło, dorastająca Danuta poszła z pielgrzymką do Częstochowy. Cała grupa wypowiadała tam akt oddania Pani Jasnogórskiej. – Ale dla mnie to było coś więcej niż powtórzenie tych słów. To tam mnie Matka Boska dopadła... – śmieje się.

Nie oznaczało to jeszcze, że Danka była przekonana co do powołania zakonnego. Owszem, myśl o klasztorze za nią chodziła, ale wcale nie była jej pewna. Nie wykluczała, że może jednak wyjdzie za mąż. Pierwszego kolegę, który się nią interesował, pogoniła babcia, bo jej się nie podobał... Wtedy jednak dziewczyna miała tylko 17 lat. Z innym kolegą chodziła na mecze hokejowe. Potem byli kolejni. Dobry kolega, Niemiec, napisał jej po latach: „Nigdy bym nie pomyślał, że zostaniesz zakonnicą”.

Taniec, góry, kajaki

Poszła na studia, na ekonometrię i statystykę na katowickiej Akademii Ekonomicznej. Był to kierunek związany z raczkującą w latach 80. zeszłego wieku informatyką. – Na salę z komputerami w naszej Akademii wchodziło się w białym fartuchu, a dyski były w takich wielkich szafach – zamrażarkach. W użytku były jeszcze... karty perforowane – wspomina. Zaczęła pracę w instytucie informatycznym w Katowicach.

Myśl o klasztorze przez wszystkie te lata jednak nie odchodziła. – Z tym, że ja Panu Bogu mówiłam: „Panie, w świecie mi dobrze – wspomina. – Lubię tańczyć, lubię podróże, lubię swoje studia i swoją pracę. Może Ty się mylisz, może dla sąsiadki to powołanie?”. Jeździła w góry i na kajaki. Z dwiema przyjaciółkami zjeździła pół Europy: na stopa dojechały do Grecji, w następne urlopy zwiedziły Włochy, Belgię i Holandię. Planowały jeszcze odwiedzić Hiszpanię, ale Dance brakło oszczędności, zdobytych jeszcze w czasie studenckich praktyk informatycznych we Francji. A jej pensja na sfinansowanie podróży była zbyt mała. – Nie ma rady, trzeba zmienić robotę, żeby zarobić na wyjazd – oświadczyła.

Znalazła ogłoszenie: „Spółka polsko-francuska szuka informatyków do pracy we Francji”. Zgłosiła się. – Krótko przedtem uczestniczyłam w rekolekcjach na Jasnej Górze oraz w krypcie katowickiej katedry, gdzie słuchałam ojca Jana Góry. Dominikanie mi się podobali, więc pomyślałam: „Może pójdę zobaczyć u dominikanek?”. Mówiłam ksieni klasztoru w Krakowie, że zastanawiam się, jaką drogę mam w życiu wybrać: zakonną, a może jednak małżeńską? Zapisałam się do nich na rekolekcje. Wtedy jednak wyszła sprawa tego wyjazdu. Ksieni dominikanek mi powiedziała: „We Francji jest pełno różnych klasztorów, w tym nawet nowe zgromadzenia. Na pewno pani coś tam znajdzie”.

Podpisała kontrakt na dwa i pół roku. Zaprzyjaźniła się z francuskimi informatykami; po pracy chodzili całą ekipą na imprezy, jeździli razem na weekendy. Kiedy jednak kontrakt zbliżał się do końca, dziewczyna postanowiła rozejrzeć się – zgodnie z tym, co planowała jeszcze w Polsce – wśród francuskich zgromadzeń zakonnych. Ksiądz z paryskiego ośrodka powołaniowego (później został biskupem) zamyślił się i powiedział: – Pani Polka? W tych naszych klasztorach to są święte kobiety. Ale one są bardzo podeszłe w latach... A potem polecił jej benedyktynki Najświętszego Serca Pana Jezusa na Montmartrze, w bazylice Sacré-Coeur – u których są też młode siostry.

Pan mnie dołapał

– Pomyślałam o benedyktynkach: „Ora et labora to chyba nie dla mnie”. Ale pojechałam. Otwarła siostra ubrana na biało-czarno, podobnie jak dominikanki. To było pierwsze dobre wrażenie... Drugiego doznałam na widok nowoczesnej sztuki w kaplicy, bo ja lubię sztukę. Myślałam, że wokół benedyktynek wszędzie musi być średniowiecze – mówi. Siostra zaprosiła mnie na styczeń, a ja zdecydowanie: „Nie, wtedy to ja będę w górach w Polsce”. Wzięłam jednak książeczkę z regułą zgromadzenia. Zaczęłam ją czytać w Zwardoniu i tam mnie Pan dołapał – śmieje się.

Ujęło ją skoncentrowanie tych sióstr na Najświętszym Sakramencie. – I to, że ofiarujemy się razem z Chrystusem dla zbawienia świata. A ja przecież też się ofiarowałam kiedyś na Jasnej Górze! Był jeszcze punkt o tym, że my, benedyktynki NSPJ, mamy zrealizować w życiu duchową jedność Wschodu i Zachodu. Pomyślałam, że ja jestem ze Wschodu i mogę znaleźć we francuskim klasztorze swoje miejsce. Wróciła do Paryża, poszła znów do sióstr. – Chyba to będzie tu. Ale pewności nie mam – oświadczyła. – Bo pewności się nie ma. Z Panem Bogiem to jest zawsze przygoda – odpowiedziała jej matka przełożona.

Zdecydowała się. W swoje ostatnie wakacje, zamiast zwiedzać Europę, odbyły z przyjaciółką Kasią podróż maluchem po całej Polsce. A potem Kasia odwiozła ją do Paryża, do klasztoru.

Przed obłóczynami matka przełożona wysłała Dankę jeszcze raz do domu. Miała zobaczyć, czy jest w stanie wrócić do Mysłowic i jeszcze raz wyjechać – taki sprawdzian, czy to rzeczywiście powołanie, i czy naprawdę umie kraj opuścić. – Mama żartowała, że z moim charakterem nikt w tym klasztorze więcej niż trzy miesiące ze mną nie wytrzyma. Bo ja rzeczywiście mam charakter... Mówiła, że ona się nie obawia, bo po tych trzech miesiącach pewnie wrócę. Więc mówię: „Panie Boże, ostatecznie to Ty jesteś wszechmogący, nie ja. Jeśli się mylę, znajdziesz sposób, żeby mi to pokazać. A jak potwierdzisz powołanie, to dostosuję się do Twojej woli i zostanę”.

Świat przychodzi do nas

Na obłóczyny przyjechali najbliżsi i cała ekipa Francuzów – informatyków. Prawie nikt z nich nie był wierzący, więc ceremonie i sama decyzja Danki były dla nich dużym zaskoczeniem. – Myśleliśmy, że kogoś poznałaś, bo ostatnio nie jeździłaś z nami na weekendy... Wyglądasz na szczęśliwą – mówili. 

Obawiała się jeszcze, że w mniszym życiu pierwszy rok będzie nowością, w drugim będzie powtórka, a od trzeciego zacznie się nudzić. – Ale od dwudziestu paru lat się nie nudziłam – zapewnia.

Siostry benedyktynki NSPJ w Sacré-Coeur wstają dopiero o godzinie siódmej. W ich dniu przeplata się modlitwa i praca. Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, więc o zaplanowanych godzinach odkładają swoje zajęcia i idą się modlić. Gdy zaczynają śpiewać przed ołtarzem wieczystej adoracji, tłum zwiedzających bazylikę na chwilę zastyga... W ciągu roku przez świątynię przewija się 11 mln turystów. Niewielu z nich jest wierzących, więc to, że w kościele ktoś się modli, i to przed wystawioną białą Hostią, nieodmiennie ich zaskakuje. – Nie wiadomo, co przez ich serca wtedy przechodzi – zastanawia się siostra Danuta Maria. I dodaje: – To jest miejsce narodów. Jeden z biskupów mówił, że Jezus wysłał nas, żeby głosić Ewangelię wszystkim narodom. I że przedtem trzeba było dwa miesiące płynąć na drugi koniec świata, „a wy tutaj siedzicie i cały świat przychodzi do was”.

Wasz Bóg przebacza

Benedyktynki NSPJ codziennie przyjmują ludzi na nocną adorację: przydzielają zgłaszającym się osobom miejsca do spania i ustalają godzinowy grafik trwania przed Panem. Kto wejdzie wieczorem, wyjść może dopiero o szóstej rano. Jest wielu młodych, ale są też na przykład małżonkowie, którzy przychodzą razem przez 40 lat. – Tak było u pana Jeana, informatyka. Po śmierci żony wciąż przychodził, a nam mówił: „Siadam w tym samym miejscu, gdzieśmy z żoną przez lata siadali, i ją tu odnajduję” – relacjonuje siostra Danuta Maria. – To jest miejsce pocieszenia. W tej wielomilionowej metropolii jest dużo samotności, ludzie nie znają swoich sąsiadów. I dużo strachu, zwłaszcza ostatnio – zaznacza. – Wielu ludzi w tym miejscu się zaręcza. Nasz przyjaciel Michael zaręczył się tu ze swoją jasnowłosą narzeczoną w Wielki Piątek. Wyjaśnili, że to jest dzień największej miłości. A pewna dziewczyna, Aline, wychodziła rano sprzed Najświętszego Sakramentu w białej sukni na swój ślub – wspomina.

Siostra Danuta Maria długo prowadziła tam przygotowanie do chrztu dla dorosłych. Widziała wielkie nawrócenia. Nawet wśród muzułmanów, którzy są bardzo wyczuleni na takie znaki jak sny – i rzeczywiście często najpierw w snach spotykają Jezusa. A na dwuletnie przygotowanie do chrztu przychodzą też ludzie z całego świata. – Raz w grupie był m.in. chłopak z Algierii i czarny jak smoła chłopak z centralnej Afryki. Algierczyk z początku mówił na niego „Ten czarny”. Przed chrztem w Wigilię Paschalną ksiądz mu mówi: „Zdecydowałeś się na Chrystusa, teraz musisz się zdecydować na braci, bo wchodzisz w Kościół”. Zaczął chodzić po bazylice, długo, długo krążył. Ale w końcu wrócił – wspomina.

Mówi też o 19-letniej muzułmance, która zgłosiła się, tłumacząc: „Wasz Bóg przebacza, a nasz nie. A ja popełniłam wielki grzech”. Chodziło o aborcję. – Raz w grupie katechumenów spotkali się m.in. doktorant z filozofii i nawrócona w Lourdes kobieta z Nigerii, która nie umiała czytać – opowiada. – Widać było, że ta kobieta miała osobistą więź z Bogiem, przejmująco mówiła o swojej modlitwie. Pan filozof z uczelni wyznał na koniec, że z początku tego nie rozumiał, ale teraz chce prosić Boga o pokorę i prostotę, żeby móc modlić się tak jak ona.

Siostra Danuta Maria ma brata Arka, też informatyka. Z żoną Natalią i trzema córkami nieraz do niej przyjeżdżają. Przy ostatniej wizycie w Paryżu ich najmłodsza Gabrysia jeszcze raczkowała w klasztorze pod stołem. Teraz bliscy będą odwiedzać siostrę w równie pięknym miejscu – na Lazurowym Wybrzeżu, w maryjnym sanktuarium w Laghet.

Tagi:
KOŚCIÓŁ,