GOSC.PL |
publikacja 22.10.2015 06:00
Uciekła z domu nocą, bo ojciec zmuszał ją do małżeństwa. Chciała oddać się tylko Bogu. Miała trudne życie, ale w sercu nosiła szczęście. „Wszystko dla Serca Jezusowego” – powtarzała w każdej sytuacji. Matka Klara Szczęsna, współzałożycielka zgromadzenia sercanek, trafia właśnie na ołtarze.
miłosz kluba /foto gość
Matka Klara Szczęsna (1863–1916) będzie ogłoszona błogosławioną 27 września br. w sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie
Biskup Sebastian Pelczar, dziś święty, zwracał się bez ogródek do Klary Szczęsnej: „Widzę, że Wielebna Matka jest zachłanna nie tylko na łaski Boże, ale także na nowe domy”. Był rok 1911, zgromadzenie sióstr Serca Jezusowego było jeszcze bardzo młode. Ale średniego wzrostu, o łagodnych rysach zakonnica była zdeterminowana. Chciała, by zakon rozszerzał misję, by oprócz służących i chorych, którymi opiekowały się siostry, zajął się osobami starszymi, samotnymi, towarzyszył im do śmierci. Do tego potrzebne były nowe budynki, środki. Szczęsna jednak od dzieciństwa nie liczyła się ze słowem „przeszkoda”. Jeśli czuła, że taka jest wola Boga, dążyła do wyznaczonego przez Niego celu ze znanym tylko świętym uporem.
Jako nastolatka była urocza, miała długie, jasnokasztanowe lśniące włosy i błękitne oczy. Skromna i pracowita. Chłopcy oglądali się za nią, wielu biło się o jej rękę. Ale jej wybranek miał na imię Jezus. I nic ani nikt, nawet silny ojciec, nie był w stanie jej powstrzymać. Nie miała łatwego życia: od ucieczki z domu po nękające ją przez całe niemal życie choroby płuc, serca, wreszcie nowotwór. Kontekst polityczny czasów, w których żyła, też był trudny. Po upadku powstania styczniowego władze prowadziły restrykcyjną politykę wobec Kościoła, wiele zakonów i klasztorów Królestwa Polskiego było przez zaborców rosyjskich zamykanych (wbrew temu właśnie wtedy powstaje 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których wyłania się aż 16 zgromadzeń zakonnych!). Władze prześladowały także matkę Klarę.
Ciekawe, że świadkowie mówią dziś o jej lękliwym i introwertycznym usposobieniu. A przecież musiała być kobietą silną i zdecydowaną. W swoim sercu, mimo trudnych doświadczeń, nosiła szczęście. Jej akumulatory ładował sam Bóg. Każdą decyzję podejmowała po konsultacji z Nim, nie z ludźmi. I choć mówi się, że była pierwszą sercanką, to ona sama nazwałaby się pierwszą, ale u stóp chorych, wykluczonych i sponiewieranych kobiet i starców. Mówiła o sobie „licha sługa”, tak zresztą podpisywała wszystkie listy. Obok św. Klary i św. Franciszka czciła św. Józefa. I to on właśnie nawiedził ją tuż przed śmiercią, w samo południe 7 lutego 1916 roku. Miała 53 lata, a przez 22 była przełożoną zgromadzenia. Biskup Pelczar był jego głową, a matka Klara sercem.
Wbrew wszystkiemu
Cieszki, 18 lipca 1863 roku. Tu na świat przychodzi Ludwika (imię Klara przyjmie dopiero w zakonie). Rodzice przyszłej błogosławionej są ludźmi prostymi. Ojciec Antoni pracuje w gorzelni, a potem w folwarku. Matka Franciszka zajmuje się piątką dzieci (jedno z nich umiera), pomaga na roli. O dzieciństwie Ludwiki tak naprawdę niewiele wiadomo. A z jej życia zakonnego znamy jedynie strzępy z relacji jej współsióstr. Bo błogosławiona nie prowadziła zapisków duchowych i autobiograficznych.
Wiemy, że nie chodziła do szkoły, bo te przyparafialne były wówczas zamknięte. Uczyła się od wędrownych nauczycieli. Jej rodzina często się przeprowadzała w poszukiwaniu pracy. Dzieci musiały włączyć się w utrzymanie jej. Dlatego Ludwika szybko przyuczona została do zawodu krawcowej. Trudny i przełomowy jest dla dziewczynki rok 1875. Ma wtedy 12 lat i umiera jej mama. Tęskni i cierpi z powodu jej ;braku. Prawie codziennie jest przed obrazem w sanktuarium w Żurominie. Tu ;często modliła się z mamą. Tu też szuka jej obecności. I tu znajduje drugą matkę – oddaje się całkowicie Matce Bożej. Wylewa przed Nią łzy, szczególnie kiedy już po czterech miesiącach po odejściu mamy ojciec Ludwiki żeni się po raz drugi z 18-letnią kobietą. Relacja Ludwiki z Antoniną, młodą macochą, nie układa się. Ojciec też nie ułatwia życia córce – przyrzeka jej rękę bogatemu człowiekowi. Ludwika jest w skrajnej rozpaczy. Zwierza się tacie, że w ukryciu złożyła ślub dziewictwa i oddania Bogu. Błaga go na kolanach, żeby jej nie zmuszał do małżeństwa. Ten jednak reaguje gwałtownie, krzyczy, niewykluczone, że bije. W odwecie za „kaprys” córki wyznacza datę ślubu młodych.
Nastolatka nie widzi innego wyjścia i ucieka nocą z domu. Przez 35 km brnie przez pola i las, w ;zimnie i strachu. Nad ranem dociera do Mławy. Tu trop się urywa, nie wiadomo, jak sobie radzi, do kogo puka i kto pomaga jej stanąć na nogi. Ukrywa się i nie daje znaku życia o sobie. Prawdopodobnie utrzymuje się jako krawcowa. Wszystko wskazuje na to, że jej duchowe życie rozkwita właśnie w czasie przymusowego wygnania.
Mija sześć lat. Ludwika wstępuje pewnego dnia do kościoła. Rekolekcje prowadzi tu wtedy bł. Honorat Koźmiński. Ludwika zachwyca się ideą służby najuboższym i służącym, ubóstwem świętych Klary i Franciszka, o których mówi rekolekcjonista. Nie czeka długo i puka do założonego przez błogosławionego kapucyna nowego Zgromadzenia Sług Jezusa. Tamten dzień zapamiętała ówczesna przełożona, matka Motylowska. Ona otworzyła Szczęsnej drzwi klasztoru: „W tym czasie przyjechała na rekolekcje z Mławy biedna panienka, zajmująca się szyciem, Ludwika Szczęsna. Z całą prostotą oświadczyła pragnienie służenia Bogu, wszystkie fraszki światowe służące do próżności spaliła i okazała gotowość pojechania ze mną, nawet nie dopytując, gdzie ją zawiozę. Podobała mi się niezmiernie jej szczerość, męstwo w zerwaniu ze światem i oddanie się Bogu...”.
Ludwika wstępuje do nowicjatu 8 grudnia 1886 roku (uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP). Szyje ubrania dla służących i dla sióstr. Jest skromna, ujmująca, cicha. Po dwóch latach składa śluby zakonne, prywatne, bo Zgromadzenie Sług Jezusa nie jest jeszcze wtedy oficjalnie zatwierdzone przez Kościół. Potem trafia do Lublina już jako przełożona. Władze jednak odkrywają tajną placówkę, przeszukują budynek, nękają siostry. Szczęsna, na polecenie Koźmińskiego, musi uciekać, przenosi się z miejsca na miejsce, co źle wpływa na jej kondycję fizyczną. Trafia do Krakowa, pod zabór austriacki.
Urzędujący tu ks. Sebastian Pelczar potrzebuje osób takich jak Ludwika – oddanych, z sercem do pracy dla służących. Młoda jeszcze zakonnica „wpada mu w oko”, duchowny widzi w niej silny potencjał. Szybko powstaje tu nowe zgromadzenie. Ludwika, podobnie jak ks. Pelczar, widzi potrzebę opieki nad chorymi i kobietami pracującymi w fabrykach. 2 lipca 1894 r. otrzymuje habit służebnicy Najświętszego Serca Jezusowego (to jedyny zabór, gdzie stroje zakonne nie są zakazane) i imię zakonne Klara.
Wszystko dla Serca Jezusa
„Matka nie podawała ręki księżom, a gdy oni podawali, wtedy nawet młodego kapłana całowała w rękę z pełnym uszanowaniem” – relacjonuje w świeżo wydanej książce o błogosławionej s. Weronika Żmudzińska. „Cicha i delikatna w mowie szła korytarzem cichutko, że nie było słychać przy otwieraniu i zamykaniu drzwi ani kiedy weszła i wyszła”. Matka Klara Szczęsna najlepiej czuła się w samotności, zamknięta w celi klasztornej. Zatapiała się w modlitwie, pościła i umartwiała ciało. Nosiła wokół bioder kolczasty drut i biczowała się metalowymi łańcuchami (po Soborze Watykańskim II praktyk tych zakazano). Była wpatrzona w św. Klarę z Asyżu. Dlatego też zgromadzenie sercanek buduje głównie na duchowości franciszkańskiej. Święty Franciszek jest dla sercanek, jak mówią, wzorem zaparcia się, św. Klara – umartwienia i umiłowania ubóstwa. Sercanki wpatrują się też w św. Elżbietę, wzór pokory i litości nad biednymi.
„Wszędzie, gdzie będziesz, rozszerzaj nabożeństwo do Serca Jezusowego” – mówi pewnego dnia s. Klarze jej spowiednik Antoni Najszowski. Jest rok 1893. Zakonnica odczytuje to jako nakaz z nieba. Serce Jezusa staje się niejako centrum życia Szczęsnej. Codziennie przez godzinę, od 14.00 do 15.00, matka Klara adoruje Serce Jezusa. Niekoniecznie modlitwą, ale myślą, tym, co robi w danej chwili. To praktyka, jaką zasugerował sam Jezus. Przekazał ją św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień we francuskim Paray-le-Monial (w latach 1673–1689 Małgorzata miała przed Najświętszym Sakramentem 80 wizji i objawień. Jezus pokazał jej swoje Serce na tronie z płomieni). Polskie sercanki przejęły od francuskich sióstr wizytek tzw. zegar Straży Honorowej Najświętszego Serca Jezusa (m.in. dzięki polskim zakonnicom nasz kraj, po Francji, stał się drugą stolicą kultu Serca Jezusowego!). W domu generalnym zgromadzenia w Krakowie do dziś siostry przechowują zegar Straży Honorowej – ten sam, który powstał za czasów matki Klary Szczęsnej. Są na nim ręczne wpisy na dyżury przy Sercu Jezusowym. Zakonnice przyjęły też do swoich zwyczajów nawiązujące do kultu Serca zwroty. Na dzień dobry, zamiast „Szczęść Boże”, mówią: „Chwała Sercu Jezusowemu”. W odpowiedzi z kolei: „Chwała na wieki”.
Formalne założenie zgromadzenia sercanek ma miejsce 15 kwietnia 1894 roku, w dzień opieki św. Józefa. To o tyle ciekawy szczegół, że właśnie św. Józef nawiedza matkę Klarę w dniu jej śmierci. Niesie jej ulgę. Nowa błogosławiona bowiem odchodzi w wielkim cierpieniu. Jest chora na nowotwór żołądka, ale umiera zakażona ciężką chorobą od jednego z pacjentów, którym zajmuje się mimo własnych dolegliwości. Z relacji świadków wynika, że nawet w bólach i kiedy była bardzo słaba, Szczęsna pochylała się nad chorymi. Nawet kiedy siostry musiały podtrzymywać ją w drodze na szpitalne korytarze. Zawsze uśmiechnięta i zadowolona. Widziała w chorych twarz Chrystusa i to dawało jej siłę.
W medytacji o miłości do drugiego człowieka matka Klara zanotowała: „Jezus sam jest najpotężniejszą dla nas pobudką do kochania bliźniego, bo On go miłuje. On nakazuje go kochać, On sam jest w bliźnim, abyśmy Go tam kochali. Jeżeli Żłóbek, Kalwaria, Ołtarz mówią ci tak wymownie o miłości Jezusa do ciebie, czyż nie mówią o miłości Jego do drugich? O jakże byś kochał bliźniego, gdybyś poszukał jego zasługi w Sercu Boga!”.
Trudne, ale wyzwalające.