Wzajemnie poddani

ks. Tomasz Jaklewicz

dodane 15.10.2015 06:00

„Żony niechaj będą poddane swym mężom jak Panu”. To zdanie wyrwane z kontekstu drażni. Święty Paweł uczy, że mąż i żona mają być poddani Chrystusowi, a dzięki Niemu poddani wzajemnie sobie. Wielki to ideał. Jan Paweł II uważa małżeństwo za „najpierwotniejszy” sakrament.

Wzajemnie poddani Antonio Canova: „Amor i Psyche”, marmur, 1796–1800, Luwr (Paryż)

Teologia ciała to katechetyczny projekt Jana Pawła II, którego celem jest ukazanie piękna ludzkiej miłości, seksualności, małżeństwa. Papież wielokrotnie wraca do kilku biblijnych tekstów. W słowie Bożym szuka światła. Teologia ciała w gruncie rzeczy jest najpełniejszą, póki co, odpowiedzią Kościoła na rewolucję seksualną. Główna myśl papieskiego nauczania: „mowa ciała” kobiety i mężczyzny może i powinna być miejscem komunikowania, objawiania miłości Boga. Jesteśmy już po dwóch lekcjach. Krótka powtórka. W pierwszej części wróciliśmy zgodnie z sugestią Pana Jezusa „do początku”. Była to próba odczytania Bożego pomysłu na męskość/kobiecość. Biblijni rodzice, Adam i Ewa, przed upadkiem, wolni od wstydu, radujący się sobą jako wzajemnym darem – to symboliczny obraz „Bożego programu”, który miał dać człowiekowi szczęście. Stało się inaczej. Najsłabszym ogniwem pierwotnego Bożego zamysłu okazała się wolność. To z powodu niej pojawił się grzech.

Człowiek odrzucił logikę daru i zastąpił ją logiką żądań, walki o swoje. Układ obdarowania zamienił się w układ przywłaszczania. Konsekwencją grzechu jest pożądliwość, która silnie zakłóca relacje płci, rozbija harmonię ciała i ducha. Sakramentalny i oblubieńczy sens ciała został przesłonięty, osłabiony. Odtąd w sercu człowieka trwa nieustanne zmaganie pożądania z miłością, dawania z wybieraniem siebie. O tym była lekcja druga. Obecna będzie poświęcona niezwykłej biblijnej analogii: miłość mężczyzny i kobiety jest porównana do miłości Boga do ludzi oraz miłości Chrystusa do Kościoła. O tym właśnie mówi słynny tekst św. Pawła o małżeństwie z Listu do Efezjan (5,21-33). Jest on przewidziany do odczytania podczas ślubu, ale dość rzadko bywa wybierany. To fragment wymagający żywej wiary, nieraz źle rozumiany, drażniący współczesną mentalność.

Święty Paweł porównując relację męża do żony do miłości między Chrystusem i Kościołem nie jest nowatorem. Jest kontynuatorem pięknej biblijnej tradycji, która przyrównuje miłość Boga do swojego ludu do miłości oblubieńca do oblubienicy. Skoro Bóg jest miłością (komunią, jednością Osób), to nie można oderwać tej prawdy od doświadczenia ludzkiej miłości, od relacji między mężczyzną i kobietą. Jan Paweł II w wielu katechezach walczy o to, by pokazać całą głębię tego powiązania, by tą prawdą nas zachwycić. Tu nie chodzi tylko o słowną analogię, o metaforę. Miłość, każda miłość, ale zwłaszcza małżeńska, musi mieć związek z Bogiem, z Chrystusem. Miłość Boga pozostaje źródłem i zarazem najwyższym ideałem ludzkiej miłości. Jeśli tego powiązania zabraknie, ludzkiej miłości zabraknie „paliwa”, wypali się w ogniu pożądania. Prędzej czy później stanie się wydmuszką, atrapą, karykaturą miłości, której pragniemy. A przecież szukamy nie nędznej podróbki, ale autentyku.

Najpierwotniejszy sakrament

Żeby zrozumieć tekst św. Pawła do Efezjan, trzeba przypomnieć „oblubieńcze” wątki Starego Testamentu. Słowa „oblubieniec”/„oblubienica” brzmią dziś archaicznie, ale czym je zastąpić? „Kochanek”/„kochanka” kojarzą się z relacją pozamałżeńską. „Mąż”/„żona” brzmią zbyt formalnie. Więc co? „Partner” i „partnerka”? To się kojarzy fatalnie, z zaprzeczeniem sakralnego wymiaru małżeństwa. Co się stało z naszym światem, że nawet w języku brakuje słów, które potrafią wyrazić miłość – gorącą, namiętną, zmysłową, a jednocześnie czystą, Bożą, piękną? Nie mamy wyjścia, musimy trzymać się słów „oblubieniec” i „oblubienica”. Prorocy Starego Testamentu wielokrotnie sięgali do obrazu miłości małżeńskiej. Bóg jest oblubieńcem zakochanym w oblubienicy, którą jest Izrael, naród wybrany. Oblubienica okazuje się często niewierna. Grzech, zwłaszcza grzech bałwochwalstwa (cześć dla obcych bogów), porównywany jest do zdrady małżeńskiej, do niewierności. Oblubieniec (Bóg) nigdy jednak nie przestaje kochać swojej „kobiety”. Dwa przykłady: „Bo małżonkiem twoim jest twój Stworzyciel, któremu na imię – Pan Zastępów... Zaiste, jak niewiastę porzuconą i zgnębioną na duchu, wezwał cię Pan. I jakby do porzuconej żony młodości mówi twój Bóg: Na krótką chwilę porzuciłem ciebie, ale z ogromną miłością cię przygarnę” (Iz 54,5-7). „Bo jak młodzieniec poślubia dziewicę, tak twój Budowniczy ciebie poślubi, i jak oblubieniec weseli się z oblubienicy, tak Bóg twój tobą się rozraduje” (Iz 62,5).


Sednem jest tutaj prawda o tym, jak bardzo kocha nas Bóg. Ta miłość nie jest czymś formalnym, zimnym, oficjalnym. Każdy grzech nie jest tylko złamaniem przepisu. Jest zerwaniem przymierza, czyli bliskiego związku, jest odtrąceniem, podeptaniem, zranieniem miłości. To może zrozumieć tylko ktoś, kto wie, jak boli odrzucona miłość. Rzecz jest w tym, żeby odkryć i uwierzyć, że miłość mężczyzny i kobiety (we wszystkich jej wymiarach: emocji, zmysłów, ducha i ciała) ma głęboki związek z istotą samego Boga, który jest miłością. To dlatego Jan Paweł II nie waha się nazwać małżeństwa „najpierwotniejszym” sakramentem. Najpierwotniejszy, bo zanim powstał Kościół, zanim był chrzest i zanim była Eucharystia (największy, najświętszy sakrament), byli już Adam i Ewa. Ich miłość była od początku! Ludzka miłość jest wpisana w porządek stworzenia, od pierwszej chwili istnienia człowieka. Ona jest pierwszym, najstarszym „sakramentem” (znakiem, obrazem) miłości Boga. Ta prawda zmienia nasze myślenie zarówno o Bogu, jak i o ludzkiej miłości (i o ciele!). Bóg nie jest „tylko” Ojcem, Wielkim Rodzicem. Jest „też” Kochankiem, który kocha namiętnie, z żarem, z pasją. Aby żyć, każdy z nas chce być kochany nie tylko przez ojca i matkę, ale także przez oblubieńca/oblubienicę. Czy nie o tym właśnie mówią prawie cała poezja, sztuka, muzyka? To tęsknota za idealną miłością uzdalnia ludzi zarówno do największych, najszlachetniejszych czynów, jak i do rzeczy najgorszych, czasem wręcz do zbrodni. Ale ostatecznie na dnie tego głodu serca jest tęsknota za Bogiem – Miłością.

Pieśń nad Pieśniami

To zadziwiająca księga. Jest w Biblii, ale nie ma w niej prawie wzmianki o Bogu. To poemat, ballada sławiąca miłość. Namiętną, zmysłową, erotyczną. W tradycji żydowskiej i chrześcijańskiej akcentowano jej sens alegoryczny, czyli widziano w niej jedną wielką metaforę miłości Boga lub Chrystusa. Jan Paweł II podkreśla z mocą, że alegoria nie może przekreślać sensu dosłownego. Pieśń nad Pieśniami to jakby Boża pochwała (wszak to słowo Boże!) piękna ludzkiej miłości.

Ktoś mi powiedział niedawno: niech ksiądz nie pokazuje tego małżonkom, zwłaszcza tym, których pożycie małżeńskie jest w kryzysie. To ich tylko rozdrażni. Pieśń nad Pieśniami wydaje się obrazem zbyt idealnym. To prawda, to wręcz idylla. Czy jednak można mieć pretensje do Boga, że widzi rzeczy po Bożemu, czyli doskonale? Jan Paweł II uważa, że Pieśń na Pieśniami jest poetyckim opisem więzi łączącej Adama i Ewę. To opis ich pierwszej miłości nieskażonej jeszcze grzechem. Innymi słowy, Pieśń nad Pieśniami jest poetyckim zapisem owego „programu początkowego” (patrz: lekcja pierwsza). To erotyka w stanie niezniszczonym przez grzech. To ukazanie idealnej „mowy ciała”, wolnej od fałszu, udawania, podstępu. Relacja oblubieńca i oblubienicy opiera się na wzajemnym obdarowaniu, a nie wydzieraniu sobie czegoś. Tak to powinno być! Że tak nie jest, przekonujemy się o tym boleśnie. Ale przecież wolno, trzeba mieć ideał, za którym się tęskni, którego się szuka.

Z obszernej refleksji papieża nad tą niezwykłą biblijną księgą wybieram jeden motyw, moim zdaniem, arcyciekawy. Oblubieniec mówi w pewnym momencie do swojej ukochanej: „Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico” (Pnp 4,9). Jan Paweł II zastanawia się nad znaczeniem słowa „siostra” w kontekście miłości erotycznej, która zakłada wszak odmienny rodzaj relacji. Papież ponownie wraca do „początku”, czyli do Adama i Ewy. I powiada: oni byli „bratem” i „siostrą” w jedności samego człowieczeństwa. Nie waha się twierdzić, że „poprzez małżeństwo mężczyzna i kobieta stają się w sposób szczególny bratem i siostrą”. Brzmi to zaskakująco. Ale jeśli wgłębić się w tę myśl, znajdziemy tu ważną podpowiedź, zwłaszcza dla mężczyzn. Jeśli w swojej żonie mąż nie zobaczy „siostry” w człowieczeństwie, czyli kogoś bardzo bliskiego, ale bliskością wolną od erotycznego napięcia, wtedy miłość oblubieńcza będzie zawsze narażona na skażenie pożądaniem. Relacja „bratersko-siostrzana” jako fundament prawidłowej relacji oblubieńczej. To nieco szokujące, ale przyznajmy – odkrywcze. Daje do myślenia.

Żony poddane mężowi?

W Nowym Testamencie św. Paweł, znający doskonale żydowską tradycję, odnosi wątek oblubieńczej miłości do Chrystusa i Kościoła. Muszę zacytować dłuższy fragment wywodu apostoła. To przepiękny tekst, niestety sprowadzany często do tego, że żony mają słuchać swoich mężów. Jedni to akcentują, inni tłumaczą, że Paweł żył w innych czasach itd. To nieporozumienie. Spróbujmy spokojnie wczytać się w słowa Apostoła Narodów, zwracając uwagę zwłaszcza na pierwsze zdanie. „Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusowej! Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim. Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany… Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (5,21-32).

Święty Paweł wychodzi od tego, że oboje małżonkowie mają być sobie wzajemnie poddani. Co więcej, „w bojaźni Chrystusowej”! Dla Pawła podstawową formułą życia chrześcijańskiego jest wyrażenie „w Chrystusie”. Także małżeńska miłość ma być przeżywana „w Chrystusie”. Zauważmy, że mąż ma kochać żonę tak, jak Chrystus ukochał Kościół. Czyli ma być gotowy umrzeć z miłości, dać się dla niej ukrzyżować. Ona ma się poddać mężowi, ale przecież nie jego przemocy, panowaniu, pożądaniu, ale ma się „poddać” jego miłości i odwzajemnić darem z siebie. Miłość męża do żony i żony do męża ma moc wzajemnego uświęcania. To jest istota sakramentu małżeństwa. Za wysoko? Za trudne? Niemożliwe? „Tajemnica (gr. mysterion) to wielka (gr. mega)” – odpowiada św. Paweł, świadomy tego, że poprzeczka jest ustawiona bardzo wysoko. Greckie słowo „mysterion” oznacza nie tylko coś zagadkowego, niepojętego. Greckie misteria były pogańskimi obrzędami, które miały ich uczestników prowadzić do jedności z bóstwem. „Mysterion” to słowo tłumaczone także jako sakrament. Małżeństwo to mega-tajemnica i mega-sakrament. Tego chyba nie da się do końca zrozumieć, i chyba nie trzeba. Chodzi o to, aby iść tą drogą. Aby miłość małżeńską, z jej pięknem, ale i bólem, niespełnieniem, rozczarowaniami, kryzysami… widzieć zawsze odniesioną do Chrystusa i Kościoła. We współmałżonku zobaczyć siostrę /brata w człowieczeństwie i w wierze. Zobaczyć Chrystusa.

Tagi:
KOŚCIÓŁ,