Stacja Lourdes

Dominika Szczawińska-Ziemba

GOSC.PL |

publikacja 18.06.2015 06:00

400 pielgrzymów z archidiecezji katowickiej, 2700 km, 36 godzin w pociągu. Start w Katowicach, finał – u Maryi w Lourdes. Dlaczego wybrali kolej? Bo inaczej wielu chorych i niepełnosprawnych nigdy by tam nie dotarło.

Komunia św. w pociągu.  Księża dotarli z Panem Jezusem do każdego przedziału i do każdego chorego. Roman Koszowski Komunia św. w pociągu. Księża dotarli z Panem Jezusem do każdego przedziału i do każdego chorego.

Minęła piąta rano. Katowicki dworzec opuściliśmy grubo po północy. Do pierwszego punktu programu zostały ponad trzy godziny. Na korytarzu ruch. Lekarze czujnie wychylają się z przedziałów. W końcu lista osób chorych, potrzebujących pomocy, zażywających leki jest długa.

– „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana” – rozlega się po austriackiej ziemi, gdzie akurat znalazł się nasz wędrujący kościół. – „Ziemia się trzęsie” – śpiewają odprawiający Mszę św. księża, z trudem łapiąc równowagę. Dla wielu droga do tego szalonego pociągu była długa. Wolontariusze, żeby być z chorymi, sami kupili bilet na pielgrzymkę, wzięli urlopy, zostawili na tydzień rodziny. Pielęgniarka Halina Morcinek ze wzruszeniem wyciąga z torby plik kartek. Wiezie listy do Matki Bożej od swoich chorych.

Miejsce schadzek i zaganiania świń

Lourdes – to miejsce, które rocznie odwiedza prawie 6 mln osób. Nie wszyscy są pielgrzymami. Tu często prowadzi ciekawość. Dokładnie tak samo jak w 1858 r., gdy Zjawa – bo tak na początku Bernadetta Soubirous nazywała Maryję – pokazała się po raz pierwszy. Grota Massabielska z czasów objawień to zakazane peryferia – miejsce schadzek i zaganiania świń. Najlepsza lokalizacja na cud uzdrowienia, oczyszczenia i przemiany życia. Również dziś.

Poszła fama, że mała coś widzi, że w Massabiell dzieją się dziwne rzeczy. Od kilku dni nawet lokalna policja nie spuszcza jej z oka. Intryguje również uczonych, sceptyków i teologów. W czynnej do dziś kawiarence w centrum miasteczka spotyka się towarzystwo i dyskutuje o tym, że „to coś”, jak Bernadetta nazywała Maryję, nie może być Świętą Dziewicą. Maryja powinna przecież mówić po hebrajsku, a przynajmniej po łacinie. Kapitalna jest odpowiedź Bernadetty, która zapytała: „Czy Bóg nie jest w stanie nauczyć Świętej Dziewicy mojego dialektu?”.

– Niewiele wiedziałam o objawieniach – mówi pani Irena, stojąc w kolejce do kąpieli w wodzie z cudownego źródła. Do Lourdes przyjechała z dwiema siostrami. – W domu mieliśmy obraz lurdzkiej groty, bo nasza mama trafiła tu w 1945 r. razem z Polonusami, których wojna zagnała za zachód Europy – opowiada. To miejsce kojarzyło im się tak wyjątkowo, cudownie, ale teraz, kiedy poznały historię objawień, kąpiel w kamiennych wannach nabrała dla nich nowego znaczenia. – Bernadetta na polecenie Maryi kopała w błocie dziurę, była cała brudna, aż wreszcie popłynęła czysta woda. Może i z nas jakieś błoto, brud się odlepi... – mówią siostry.

Kiedy rozmawiamy nad brzegiem rzeki Gave, historia 14-letniej góralki przestaje brzmieć jak słodka hagiograficzna czytanka. – Tu, przy grocie, jakbyśmy lepiej rozumieli słowo Boże, bardziej widzieli potrzebę nawrócenia, moc modlitwy – mówią pielgrzymi ze Śląska.

Miał być roślinką

– Czy wiele osób doświadcza tu cudów? – pytam ks. Przemysława Kościanka ze Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, który w Lourdes pracuje w duszpasterstwie młodzieży. – Bóg działa tu wielkie rzeczy. Prawdziwość uzdrowień fizycznych badają specjalne komisje, lekarze obserwują nagłe zwroty choroby. Ale najwięcej cudów dokonuje się w sercach i w głowach przyjeżdżających tu ludzi – mówi. Ks. Przemek na co dzień oprowadza po miasteczku francuską młodzież. – W ich domach już nie praktykuje się wiary, tylko od 3 do 5 proc. Francuzów chodzi do kościoła. Młodzież z liceum katolickiego pyta mnie, dlaczego wierzę w Boga. Ale najbardziej porusza ich widok chorych. Kiedy mogą tu, przy grocie, im pomagać, poznawać trudne historie, coś wtedy się w nich dzieje. Potem opowiadają o tym ze łzami.

Mama Agaty śmieje się do swojej córki. – Ja już za nią nie nadążam...

Agata jest upośledzona umysłowo, jej chory kręgosłup przytrzymują tytanowe pręty. – Nie odpuszcza żadnej modlitwy, nawet na kawę trudno się wybrać. – Liczycie na uzdrowienie? – Jej już pomógł ten wyjazd. Minęła depresja. I schudła troszkę – wylicza mama.

Rodzice Dawida, który z ogromnym skupieniem uczestniczy w wieczornej procesji, ze łzami w oczach opowiadają, że nie poznają syna. On taki normalnie nie jest. Tu jakby się zmienił. Chłopiec ma padaczkę. Porusza się na wózku. – Miał być roślinką – relacjonuje wyroki lekarzy mama. – A teraz i siedzi, i chodzić daje radę. Wierzymy, że ta pielgrzymka mu pomoże – wyznają. Dawid wypowiada tylko kilka słów, ale jego twarz mówi wiele. – My tyle miłości mamy od niego – uśmiecha się tata Dawida.

Lourdes ma też swoje podziemia. Mało kto spodziewa się, że parę metrów pod główną aleją znajduje się ogromna bazylika Piusa X. Zmieści 25 tys. osób. A modlitw, intencji? – pytam metropolitę katowickiego, który dotarł do śląskich pielgrzymów, by wspólnie modlić się w tym wyjątkowym miejscu. Abp Wiktor Skworc uśmiecha się: Lista spraw, którą tu przywozimy jest długa... Przy Grocie Massabielskiej ze wzruszeniem zawierzył wszystkie te sprawy Matce Bożej.

Dwanaście mlaśnięć

Dochodzi północ. Lourdes pożegnaliśmy ponad 20 godzin temu. Dyskusjom w pociągowej sali konferencyjnej nie ma końca. Około 3.00 pociąg ma wjechać na dworzec w Katowicach. – Spokojnie i z radością przeżyjmy ostatnie godziny podróży – ks. Roman Chromy, dyrektor Wydziału Duszpasterstwa Ogólnego archidiecezji katowickiej przekazuje przez megafon ostatnie informacje. Wraz z księżmi Wojciechem Bartoszkiem, krajowym duszpasterzem Apostolstwa Chorych i Krzysztofem Tabathem, duszpasterzem służby zdrowia, jest pomysłodawcą i głównym organizatorem pielgrzymki chorych i niepełnosprawnych archidiecezji katowickiej.

Nie kryją wzruszenia i radości. Wśród odgłosów coraz głośniej turkocącego po torach pociągu mieszają się skrajne emocje – od radości po zdenerwowanie i zmęczenie. Nikt nie ukrywa, że sił brak.

– Czy poznałaś te wspaniałe bliźniaczki – pyta mnie ks. Krzysztof i prowadzi do wagonu, gdzie jadą chorzy najbardziej potrzebujący opieki. Krysia – uśmiechnięta blondynka – pokazuje mi zdjęcie swojej siostry sprzed 10 lat. Teraz dopiero odnajduję podobieństwo między dwiema kobietami. – Halinka zadławiła się. Była w śpiączce.

Na co dzień nie wychodzą z domu, teraz przemierzyły ponad 5 tys. kilometrów. – My rozumiemy się bez słów – mówi pani Krystyna. – Siostra wymawia tylko kilka sylab i uśmiecha się albo głośno woła, gdy ją coś boli – dodaje. To Krysia nauczyła ją przełykać, komunikować się prostymi znakami. Jest z siostrą 24 godziny na dobę. Również teraz w pociągu, gdzie przekonują mnie, jak bardzo są szczęśliwe.

– Myśmy od początku wiedzieli, że to jest dar od Boga, takie dziecko – mówi mama Marcinka. Patrzę ze zdziwieniem na mamę tulącą chorego chłopca. – Marcin najbardziej uwielbia modlitwę „Ojcze nasz” – wyjaśnia. – I kiedy mama mówi: „bądź wola Twoja”, Marcin się uśmiecha, więc my nie piszemy intencji, bo wiemy, że wszystko, co Pan Bóg dla nas ma, jest dobre.

Minęła 3.30. Peron czwarty pełen ludzi. To taka nocna Godzina Miłosierdzia – mówi ktoś uspakajającym głosem. – I co teraz? – pytam chwilę przed wyjściem z pociągu – Kolejna pielgrzymka? – Teraz apostolstwo – brzmi nieco dziwna odpowiedź. – Tu mnie przekonali, że choroba może być misją, że to takie powołanie. To się da ofiarować za innych – mówi pani Helena z Tychów.

Wygląda na to, że po tej śląskiej pielgrzymce Apostolstwo Chorych pomnoży swoje szeregi. Bo modlitwa czyni cuda.

TAGI: