Boże ciasto

ks. Tomasz Lis, Marta Woynarowska, Andrzej Capiga

dodane 02.03.2015 06:00

Różnymi ścieżkami powołanie zawiodło ich za klasztorną furtę. Odkrywali je stopniowo, krok po kroku, albo dzięki błyskawicy, która oświetliła przyszłą drogę życia.

Siostry klaryski do Sandomierza powróciły po 800 latach.  Na zdjęciu s. Maria ks. Tomasz Lis /Foto Gość Siostry klaryski do Sandomierza powróciły po 800 latach. Na zdjęciu s. Maria

Decyzja o wyborze życia zakonnego jest zawsze poprzedzona pytaniem do Pana Boga, dlaczego obdarza łaską powołania i pozwala ten dar odczytać – mówi o. Wojciech Ożóg, dominikanin, pracujący obecnie w tarnobrzeskiej parafii pw. Wniebowzięcia NMP.

Przeżywany Rok Życia Konsekrowanego skłania nie tylko tych, których Chrystus powołał do zakonnej posługi, ale również wiernych świeckich, do zastanowienia i do lepszego poznania charyzmatu bycia i służenia Bogu i bliźnim w klasztorze.

Modlitwa to ich praca

Pierwsze, co uderza po przekroczeniu zakonnej furty u klarysek, to cisza. Siostra zaprasza do malutkiego pokoju i prosi, aby czekać. Mija czas. Słychać dzwonek kończący modlitwy. – Normalnie powinniśmy rozmawiać przez kratę, która jest symbolem naszego opuszczenia świata, by służyć Chrystusowi za klauzurą, jednak ze względu na to, że nasz klasztor jest w budowie, nie mamy jeszcze odpowiednio przygotowanej rozmównicy – rozpoczyna z uśmiechem, ale bardzo wyciszonym głosem rozmowę s. Maria Czech.

Historia tego zakonu w Sandomierzu zatoczyła duże, bo prawie 800-letnie koło. W 1245 r. w kaplicy Kazimierzowskiego zamku habit klaryski przyjęła polska księżniczka Salomea. Z siostrami przybyłymi z czeskiego konwentu w Pradze założyła pierwszą polską wspólnotę klarysek. Obłóczyn pierwszej polskiej ksieni klarysek dokonał obecny wtedy w mieście biskup krakowski Jan Prandota Odrowąż. Do Sandomierza siostry wróciły ze Skaryszewa przed 7 laty i zamieszkały w prowizorycznym klasztorze. Dziś są już samodzielnym klasztorem z przełożoną, która nosi historyczny tytuł ksieni. – W naszym charyzmacie zakonu klauzurowego istotne są trzy elementy: umiłowanie kontemplacji, ewangeliczne ubóstwo oraz wierność Ewangelii według wzoru św. Franciszka i św. Klary z Asyżu. Usuwając się w samotność, nie uciekamy przed światem i ludźmi, ale chcemy odejść od tego, co nie jest Bogiem, a co może stanowić przeszkodę na drodze do Boga – wyjaśnia s. Maria.

Podczas rozmowy ujmuje wielka pogoda i radość siostry. – Ktoś może pomyśleć, że nasza codzienność jest monotonna, bo każdy dzień jest do siebie podobny – opowiada. – Jednak tę monotonność ożywia pełna miłości więź z Chrystusem. Jeśli ona jest żywa, to każdy dzień jest świeży tą właśnie miłością.

Siostry wstają wcześnie rano, bo już o 4.45. Ich dzień wypełnia przede wszystkim modlitwa, na którą przeznaczają ponad 7 godzin. – Dziś ocenia się ludzi po ich efektywności, oczekuje się na spektakularne efekty. Naszą pracą jest modlitwa, której się nie zważy ani nie policzy. Jej efekt jest znany tylko Bogu. Oczywiście wykonujemy także inne prace, jak w każdej wspólnocie czy rodzinie, czy też realizujemy drobne zamówienia krawieckie lub hafciarskie dla parafii – dodaje s. Maria.

Dobrowolnie rezygnują z radia i telewizji, ale mają kontakt ze światem poprzez stronę internetową, przez którą napływa do nich wiele próśb o modlitwę. Także wyjście poza mury klasztorne może być związane tylko z ważną sprawą zdrowotną, administracyjną lub rodzinną. – Św. Jan Paweł II bardzo trafnie ujął sens i istotę powołania do życia w zakonie kontemplacyjnym, mówiąc, że „za klauzurą nie ogląda się ludzi. Za klauzurą się miłuje. Tą miłością, jaką Chrystus umiłował: aż do końca. Ta miłość jest ewangelicznym »kwasem«; zaczynem, który »całe ciasto przemienia«, przemienia w chleb potrzebny do życia codziennego” – podsumowuje sandomierska klaryska.

Sto dwudziesty pierwszy

– Moja odpowiedź na wezwanie Pana Jezusa rodzinnie nie była niczym umotywowana – mówi o. Wojciech Ożóg OP. – Moi rodzice nie byli regularnie praktykującymi katolikami. Pana Boga odkryłem, kiedy zostałem ministrantem. A zostałem nim nie dlatego, że bardzo tego chciałem, tylko ksiądz tak mi nakazał.

Okazało się, że służba przy ołtarzu bardzo wciągnęła przyszłego dominikanina. Poznał wtedy siostry posługujące w zakrystii, które go polubiły, bo chętnie im pomagał.

– Kiedyś s. Hiacynta zaczęła wspominać swoją pracę w Krakowie oraz Msze św., na które chodziła do kościoła ojców dominikanów – opowiada o. Wojciech. – Tam spotykała braci studiujących w krakowskim klasztorze, którzy stawali koło ołtarza. Pamiętała, że było ich sporo, tak ok. 120. I pomyślałem wtedy nagle, że mogę być tym 121., chociaż o dominikanach nic nie wiedziałem. Ale to była taka chwilowa myśl zrodzona w głowie chłopaka z I klasy technikum. I na tym się skończyło. Za jakiś czas podczas wycieczki do Krakowa z ciekawości poszedłem zwiedzić kościół dominikanów. Spotkałem wówczas ojca, który – jak się okazało – uczył się w sąsiedniej szkole w moich rodzinnych Gliwicach. Nawiązała się między nami nić przyjaźni. Ale wszystko pozostało w zawieszeniu aż do IV klasy. Wiedziałem, że chcę iść do zakonu, ale do jakiego? Napisałem wówczas list do nowicjatu dominikanów, bo uznałem, że najwyższy czas rozeznać się lepiej w swoim wyborze. Odpisał mi o. Jerzy. Był to list kurtuazyjny, zawierający pewne zdawkowe sformułowania. Ot, korespondencja, jaką wysyła się do wielu osób. Ale było w nim coś, co mnie uderzyło. Poprosił bowiem, bym w przyszłości, nadając listy, podpisywał je symbolem ułatwiającym mu porządkowanie korespondencji. A brzmiał on „S 121”. I to był taki dar od Boga. Nie wierzę w numerologię, ale jednak czasami Pan posługuje się takimi symbolami...

Nie był to jednak argument, który przeważył o decyzji wstąpienia do zakonu. Zresztą przyszły dominikanin musiał stoczyć małą batalię z rodzicami, zdecydowanie przeciwnymi wyborowi syna. Mimo wszystko postanowił zrealizować swój zamiar. – Pojechałem na jedne, drugie rekolekcje. Gdzieś po drodze w tym czasie moja dominikańska miłość zamieniła się w cysterską, potem byli bazylianie, służyłem bowiem do Mszy grekokatolickich odprawianych w moim parafialnym kościele. Ale to była, jak się okazało, chwilowa fascynacja. Powróciłem do dominikanów. I w V klasie technikum postanowiłem złożyć dokumenty do nowicjatu dominikańskiego – mówi o. Wojciech. – By jeszcze upewnić się w wyborze, w Wigilię, wystawiając Pana Boga na próbę, poprosiłem o znak, bym usłyszał tego dnia, co mam robić dalej. Poszedłem służyć na Pasterkę, po której mój proboszcz wypowiedział błogosławieństwo: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”. I to było to, czego wówczas potrzebowałem – dodaje.

Charyzmat dominikanów to głoszenie słowa Bożego wszędzie i na wszelkie sposoby, ale także dzielenie się z innymi owocami własnej kontemplacji. – W historii naszego zakonu mieliśmy wielkich teologów, jak choćby św. Tomasza z Akwinu, wielkich filozofów, przyrodników, ale również braci, którzy wybrali żywot pustelniczy – zaznacza zakonnik. – Wszyscy oni głosili Dobrą Nowinę na swój własny sposób, tak jak i my czynimy to dzisiaj. Mnie, jak na razie, przełożeni dają realizować to powołanie w klasztorach parafialnych, gdzie posługuję lokalnej wspólnocie wiernych. Tak było w Rzeszowie, Tarnobrzegu, Pradze, Ustroniu czy wreszcie na Węgrzech. – Odkryłem, że moja posługa ma wymiar parafialny, czyli że mój dominikański charyzmat może realizować się także poprzez posługę parafialną; że powinienem oddać wszystkie swoje siły i całą radość na służbę ludziom, do których posłał mnie Pan. Święty Dominik nigdy nie był uniwersyteckim intelektualistą, szedł swego rodzaju opłotkami tego świata, kierował się do zwykłych ludzi. Pracował w małych miastach, głosił słowo Boże na placach, w karczmach. Widział bowiem, że świat zgubił smak Pana Boga i konieczne jest jego odzyskanie – podkreśla o. Wojciech.

Jezus jak tato dla mamy

– Kiedy nocuję w rodzinnym domu, dzieci mojego brata czekają, by opowiedzieć im bajkę. Pewnego razu zjawiłam się zbyt późno i Łucja zasnęła. Nieco starsza Julka zgodziła się, aby nie było bajki… Po chwili jednak zapytała szeptem: „Ciociu, a co ty byś teraz robiła, gdybyś nie była w zakonie?” – „O! Zaczęło się… – pomyślałam. – Kończy się czas bajek i wchodzimy w poważne tematy…”. „Pewnie miałabym męża i dzieci... – odpowiedziałam głośno – a tak, to mam Was!” – dodałam, by utrafić w jej oczekiwania. Ale Julka drążyła dalej: „Ale właściwie dlaczego poszłaś do zakonu?”. Gdy opowiedziałam, że poznałam Pana Jezusa i stał się dla mnie tak „jedyny”, jak ich tato dla mamy, dziewczynka podniosła się na łokciu, popatrzyła mi uważnie w oczy i zapytała: „Serio?” – tak ciepło o swoim powołaniu opowiada pochodząca z Dąbrówki k. Ulanowa s. Dawida Ryll, sekretarka generalna i rzecznik prasowy Zgromadzenia Sióstr św. Michała Archanioła, a zarazem poetka i członkini Związku Literatów Polskich.

Po tej szczerej rozmowie z dziewczynką s. Dawida sama zadała sobie pytanie, czy nadal tak „serio” traktuje Jezusa jak wtedy, gdy podejmowała decyzję życia.

– Kolejność była rzeczywiście taka: fascynacja Jezusem (od dziecka), podziw dla tego, co czynił i co mówił (z zapartym tchem słuchałam w kościele Ewangelii i opowieści księdza na lekcjach religii), szukanie kontaktu z Nim w bardzo osobistych rozmowach (głównie pośród pól i łąk), odkrycie, że przychodzi bardzo „namacalnie” w Komunii św., i pragnienie przyjmowania Go (od VII klasy szkoły podstawowej niemal codziennie). Potem szukanie sposobu, by być jeszcze bliżej Niego w codziennym życiu i nie utracić Go w wyniku własnych słabości, błędów, pokus tego świata… W tym czasie poznałam już siostry zakonne, ale nie przychodziło mi na myśl, by być jedną z nich. Pan Bóg jednak przygotowywał mnie do takiej decyzji, powoli odsłaniał tajniki swojej woli względem mnie – opowiada michalitka.

Siostra Dawida przyznaje, że w liceum spotykała się z chłopakami, chodziła na dyskoteki, nie ominęła chyba żadnej „prywatki”, na którą była zaproszona, a jednocześnie dreptała uparcie do kościoła, czytała Biblię, omawiała z Jezusem swoje relacje z ludźmi. Powoli zacierały się w niej dziewczęce marzenia o własnej rodzinie, kochającym mężu, gromadce dzieci i… leśniczówce. – Odkryłam, że znajomość z siostrami zakonnymi nie jest przypadkiem. I że w zakonie jest miejsce, gdzie Jezus chce być bliżej mnie i gdzie mi ułatwi – jak myślałam wówczas – wchodzenie w wieczność, w rzeczywistość nieba podczas ziemskiej wędrówki – dodaje siostra.

Co dziś, po ponad 30 latach spędzonych w zakonie, powiedziałaby młodym ludziom? – Bycie w klasztorze ma sens, gdy się idzie ze względu na Niego. To nie dzieła charytatywne są najbardziej istotne. I nie wysokie miejsce w tzw. hierarchii zakonnej uszczęśliwia. To Jezus jest życiem i szczęściem. Z Nim „jarzmo jest słodkie i brzemię lekkie”. Nie wierzysz? Przyjdź i zobacz… – zachęca s. Dawida Ryll.

Tagi:
KOŚCIÓŁ,