Silna kobieta

Beata Zajączkowska


GN 36/2014 |

publikacja 04.09.2014 00:15

– Bohaterką nie czuję się wcale. Silną kobietą – chyba tak – mówi o sobie dr Helena Pyz, która od lat prowadzi Ośrodek Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach. W tym kraju mieszka 70 proc. wszystkich trędowatych na świecie.


– Choć świadomie zrezygnowałam z macierzyństwa, mam… ponad 600 dzieci – mówi Helena Pyz archiwum Instytutu Misyjnego Jeevodaya – Choć świadomie zrezygnowałam z macierzyństwa, mam… ponad 600 dzieci – mówi Helena Pyz

Wszelkie bariery są w naszej głowie – mówi dr Helena Pyz, wspinając się schodek. W domu, gdzie jest gościem, popsuła się winda. Nawet o kulach nie jest w stanie wejść na piętro. Siada więc na schodach i siłą swych mocnych ramion pokonuje przeszkodę. Robi dokładnie to, co ludzie okaleczeni trądem, którzy nie mogą stanąć na własnych nogach. To właśnie im oddała swe życie. Jak mówi, jej praca polega nie na tym, że służy, ale że jest częścią ich społeczności. – Bohaterką nie czuję się wcale. Silną kobietą – chyba tak. Praca lekarza jest dla mnie spełnieniem marzeń o pomaganiu cierpiącym, jakąś spłatą długu: bardzo dużo pomocy potrzebowałam w dzieciństwie, teraz zresztą też! I doświadczałam jej – mówi doktor Helena.

Potrzebują lekarza


Praca wśród trędowatych nie była marzeniem jej życia. Bóg dał jednak natchnienie i siłę. Dr Helena Pyz prowadzi Ośrodek Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w środkowych Indiach. Stygmat choroby uczyła się akceptować od dziecięcych lat. W podstawówce zachorowała na rzadko już dzisiaj spotykaną chorobę Heinego-Medina. Po żmudnej rehabilitacji pozostało porażenie prawej nogi i nieodłączne kule, które ostatnio zastąpił wózek inwalidzki. Długie pobyty w szpitalach sprawiły, że spodobała jej się medycyna i została internistą. Studia skończyła z doskonałym wynikiem, jakby odpowiadając na zapamiętaną z dziecięcych lat zachętę taty: „Inni będą zdobywać medale w sporcie, ty możesz w nauce”.


O tym, że w Jeevodaya trędowaci potrzebują lekarza, usłyszała na imieninach u koleżanki. Opowiadano wówczas o ośrodku kierowanym przez polskiego pallotyna, a jednocześnie lekarza ks. Adama Wiśniewskiego, który sam walczył z rakiem. Po jego śmierci nie było komu przejąć opieki na kilkoma tysiącami trędowatych. Pomyślała wówczas, że w warszawskiej przychodni zawsze będzie miał ją kto zastąpić. Na paszport i wizę do Indii czekała dwa lata. Wyjechała, gdy w Polsce trwały obrady okrągłego stołu. Ktoś jej powiedział: „Jak zobaczysz, że to nie twoje, to wracaj”. I tak minęło już 25 lat. Helena jest misjonarką z Instytutu Prymasa Stefana Wyszyńskiego. I wiara w jej misji ma dla niej podstawowe znaczenie. – Myślę, że nasze czyny muszą im mówić o naszej wierze. Dobrze byłoby, żeby też nasze zachowania, styl życia, mówiły ludziom wokół o naszym związku z Jezusem – wyznaje lekarka pracująca w hinduistycznym państwie. W stanie Ćhattisgarh, gdzie mieszka, na zmianę religii trzeba mieć zgodę władz. Przyjęcie chrztu bez tego kończy się wysoką grzywną lub więzieniem.

Plik dolarów od Prymasa


Początki nie były łatwe. Nieznajomość miejscowego języka, zupełnie inna kultura, podziały kastowe i choroba, o której wiedziała niewiele. Założyciela ośrodka już nie zdążyła poznać, zmarł przed jej przyjazdem. Placówka chyliła się ku upadkowi. Brakowało pieniędzy, a głód zaglądał w oczy. Ks. Adam najtrudniejsze chwile przetrwał dzięki poświęceniu trędowatych, którzy pracowali razem z nim. Na nich postawiła też doktor Helena, która z uporem powtarza niedowiarkom, że nie ma lepszych współpracowników, jak ludzie, którzy przeszli przez trąd. Nie boją się dotknąć chorych i znają realia życia z tą chorobą. Hinduski lekarz czy pielęgniarz nie dotknąłby trędowatych w obawie, że inni pacjenci nie przyjdą się do nich leczyć. Pierwsze, bardzo głodne lata przetrwała razem ze swymi podopiecznymi dzięki wsparciu kard. Józefa Glempa. Gdy wyjeżdżała z Polski, dał jej błogosławieństwo na misje i plik dolarów na czarną godzinę. Te pieniądze pomogły przetrwać.


Po ćwierć wieku życia z trędowatymi uważa, że wciąż największym problemem jest zbyt późne wykrywanie trądu i społeczne odrzucenie. Trąd to w Indiach coś więcej niż choroba. To stygmat, który sprawia, że jeśli nawet należysz do najwyższej kasty, gdy zachorujesz, stajesz się najgorszym, niedotykalnym. Nawet hinduski ksiądz ma często opory, by z takimi ludźmi pracować. Takie obawy miał ks. Abraham, pochodzący z wysoko postawionej rodziny hinduskiej. – Kiedy mój ojciec dowiedział się, że przełożeni wysyłają mnie do 
Jeevodaya, był przerażony – wspomina. – Ja sam się strasznie bałem, ale pojechałem. Kiedy zobaczyłem, że wychodzi mi naprzeciw, opierając się na kulach, dr Helena, i wita mnie z charakterystycznym dla siebie uśmiechem, to pomyślałem: skoro ta niepełnosprawna kobieta z dalekiej Polski przejechała do tych ludzi, jak ja mogę stąd uciec?.... Został i przez lata wspólnie kierowali ośrodkiem.

Jeevodaya znaczy 
„świt życia”


Ksiądz Wiśniewski od samego początku wskazywał, że samo leczenie to zbyt mało, że trzeba tym ludziom stwarzać nowe szanse, pomóc otworzyć im drzwi, które wydają się zamknięte dla kogoś, kto jest trędowaty lub pochodzi z takiej rodziny. – Tę ideę poznawałam na miejscu od świadków pracy ks. Adama, który był przecież lekarzem, i to mnie zafascynowało. Po wyleczeniu choroby, jeśli jest zewnętrzny znak jej przebycia: rany, deformacje, porażenia, były pacjent nie ma najmniejszych szans na normalne życie, jego najbliżsi z reguły też. Stąd pomysł edukacji dzieci z kolonii, tworzenia miejsc pracy dla wyleczonych, pomoc w usamodzielnianiu się młodego pokolenia dotkniętego trądem. Ale jeszcze wcześniej przywracanie im poczucia godności. Nikt ich nie chce, wypędzają ich z domów, wiosek – a my mieszkamy w jednym domu, jemy z tego samego garnka, pracujemy razem, są naszymi braćmi. Oni też mogą pracować i być potrzebni innym – to jest dopiero pełnia rehabilitacji społecznej – mówi dr Pyz.


Trędowaci oraz ich rodziny, nawet jeśli są zdrowe, muszą mieszkać w koloniach. A dzieci uczą się z chorymi rodzicami życia na ulicy, zbierają odpadki, żebrzą, a nawet kradną… W Jeevodaya mają szansę na swój nowy „świt życia”, bo właśnie to w sanskrycie oznacza nazwa ośrodka. Obecnie w uznanej przez państwo i stojącej na bardzo wysokim poziomie szkole, naukę od przedszkola do liceum pobiera ponad 600 dzieci. Są wśród nich coraz częściej dzieci nie tylko z rodzin trędowatych. Wykształcenie to przepustka do lepszego życia. Trąd to choroba odrzucenia, samotności… Szczególnie w społeczeństwie kastowym, takim jak indyjskie. – Nasi pacjenci są na samym dnie. Żeby uchronić przed ostracyzmem całą rodzinę, chorzy często opuszczają dom. Częściej są wypędzani, inaczej cała rodzina musiałaby odejść ze wsi. Kilka przykładów z mojego podwórka. Młodszy brat Jeetrama poprosił go, żeby odszedł, bo przecież żadna kobieta nie przyjdzie do męża, w którego domu jest trędowaty. Inną naszą podopieczną, Mamtę, wypędził brat po śmierci matki, która ją chroniła, nie chciał jej utrzymywać. Już w pierwszej pracy straciła część palców – nie czuła, że kamienie, które nosiła są gorące! Sevti zostawiła z mężem pięcioro dzieci, wiedziała, że to dla ich dobra – opowiada lekarka.

Daję im to, co mam najlepszego


Ośrodek, który prowadzi dr Helena Pyz, jest katolicki, ale zdecydowaną większość uczniów i pracowników stanowią wyznawcy hinduizmu. Codzienna Msza św. i Różaniec gromadzą na modlitwie w miejscowym kościele ludzi różnych religii: katolików, protestantów, hinduistów i muzułmanów. Uczniowie wyjeżdżający na wakacje czy do rodziny przychodzą do doktor Heleny pożegnać się, w hinduskim geście składają ręce jak do modlitwy i chylą przed nią czoło, a ona robi im krzyżyk. Kiedy pytam ją o to, mówi: – Wiedzą, do kogo przychodzą. Daję im to, co mam najlepszego. Co wieczór taki sam znak krzyża robi na czole Patrycji – Savitri, Hinduski, którą przed 16 laty uratowała od śmierci głodowej. Patrycja na szyi nosi krzyżyk, który dostała od swej przyjaciółki, też hinduistki.


– Są dzieci, których nie uratowałam i to powoduje ból, ale nie przekreśla słów Matki Teresy z Kalkuty: „Jeśli uratujesz jedno dziecko, to tak jakbyś uratował cały świat” – mówi polska lekarka, nazywana popularnie Mami, czyli Mamą z Jeevodaya. – Przez te wszystkie lata pomagały mi bardzo słowa z Ewangelii: „Jeżeli zostawisz ojca i matkę to zyskujesz stokroć więcej”. Choć świadomie zrezygnowałam z macierzyństwa, mam… ponad 600 dzieci. Dlatego też kiedy słyszę te wszystkie „ochy” i „achy” na swój temat, jak to się poświęcam i jak jestem wspaniała, to sobie myślę, że to ciężka przesada. Ja zyskuję dużo więcej, niż daję! – dodaje. Lekarka wyznaje też, że jej postępująca niepełnosprawność z czasem stała się darem. – W Indiach jestem szczególnie naznaczona, dla wielu jest nie do pojęcia, że człowiek niepełnosprawny fizycznie może być wykształcony i pełnić ważne role społeczne. A w kontakcie z pacjentami to mi zawsze pomagało, i w Polsce, i tu: oni wiedzą, czy raczej czują, że znam cierpienie, że rozumiem ich lęki, niepewność, ból… – mówi.