Światło dla wszystkich

Joanna Bątkiewicz-Brożek

GN 09/2014 |

publikacja 27.02.2014 00:15

Z Marią Teresą i Ruggero Badano, rodzicami błogosławionej Chiary Luce Badano rozmawia Joanna Bątkiewicz-Brożek.

Maria Teresa i Ruggero Badano. Ich córkę Chiara Lubich nazywała Chiara Luce, co po włosku oznacza „jasne światło” józef wolny /gn Maria Teresa i Ruggero Badano. Ich córkę Chiara Lubich nazywała Chiara Luce, co po włosku oznacza „jasne światło”

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Myślałam, że zastanę Państwa zmęczonych – kilkanaście spotkań w ciągu trzech dni w Polsce. A tu uśmiechy, pełnia energii.

Maria Teresa: Trochę zmęczenia jest. Ruggero: Od beatyfikacji Chiary, czyli od 2010 roku, to nasza 40. podróż. Dopiero!

Gdzie byliście dotąd?

MT: Przejechaliśmy Włochy, byliśmy w Pradze, potem Paryż, Lyon i niemal cała Francja. Następnie Słowacja, Niemcy, Belgia, Szwajcaria, Holandia oraz Światowe Dni Młodzieży w Madrycie i w Rio de Janeiro. Chiara jest ich patronką. R: Nie pojechaliśmy jeszcze do Sassello. (śmiech) Śmieję się, bo tam mieszkamy i tam odwiedzają nas tysiące ludzi.

Nie dziwią Państwa te tłumy chcące słuchać o bł. Chiarze, modlić się do niej?

MT: Byliśmy zaskoczeni napływem olbrzymiej ilości ludzi do Sassello. Jedni przyjeżdżali z intencjami, inni dziękować za łaski, jakie otrzymali za wstawiennictwem naszej córki. Zadziwiająca była liczba młodych, mnóstwo się nawróciło. To dawało radość, siłę, było dla nas światłem. Ale nie rozumieliśmy, co się dzieje. Po upływie miesiąca od utraty Chiary odbywał się zjazd Ruchu Focolare, do którego należymy. Po wahaniach uznałam, że jadę. Kiedy dotarłam do Castel Gandolfo, miałam wrażenie, że wszędzie widzę Chiarę. Rozpaczliwie jej szukałam. I czułam pustkę. Bo z jej odejściem jakby coś ze mnie zniknęło. Jakby odebrano mi macierzyństwo. Nie wiedziałam, kim jestem, co mam robić. Opowiedziałam o tym w czasie spowiedzi. Ksiądz był z zagranicy, mówił po włosku. Odpowiedział mi: „Myśli pani, że Chiara odeszła, nie pozostawiwszy pani innych dzieci?”. Pomyślałam – cóż on mówi, mam swoje lata, z zajściem w ciążę z Chiarą miałam problemy, jakie dzieci? Ale uwierzyłam księdzu. Nie minął tydzień, kiedy do naszych drzwi zapukali pierwsi młodzi ludzie.

I nie przypuszczała Pani, że córka niebawem zostanie ogłoszona błogosławioną?

MT: Oczywiście, że nie, choć wielokrotnie z Ruggero zastanawiając się nad tym, dochodziliśmy do wniosku, że jeśli warunkiem świętości, do której każdy z nas jest wezwany, jest wypełnianie chwila po chwili woli Boga, to tak właśnie żyła Chiara. Pewnego dnia zadzwonił do nas biskup z prośbą o spotkanie. „Dotarły do mnie głosy, że Chiara piękne rzeczy robi z nieba” – powiedział. Odparłam, że nie trzeba od razu tego rozgłaszać. Biskup na to: „Mnie musicie opowiedzieć”.

Wokół działy się cuda. Jakie?

MT: Pierwsza historia dotyczy matki pięciorga dzieci. Zostawił ją mąż, a jedna z córek zaczęła brać narkotyki i zaszła w ciążę. Chłopak też był narkomanem. Uczyłam tę dziewczynę religii w szkole. Jej mama zaczęła modlić się do Chiary o wyzwolenie córki z nałogu. W dniu pogrzebu Chiary, pamiętam, unosiła się gęsta mgła, było szaro i posępnie. I kiedy wyszliśmy za trumną z ciałem naszej córki z kościoła, tuż przy dzwonnicy zobaczyłam tę mamę. Padła na kolana przed trumną i wtedy rozbłysło słońce, potężne światło. Kobieta krzyknęła: Chiara weszła do raju! I raz jeszcze poprosiła ją o łaskę dla córki. Po dwóch miesiącach dziewczyna wróciła do domu.

To była skomplikowana historia, dostała się do gazet.

MT: Tak, bo chłopak chciał wymusić aborcję u dziewczyny i więził ją kilka tygodni w komórce – nikt nie wiedział gdzie. Kiedy policja ją znalazła, dziewczyna leżała obolała na podłodze. Uratowano ją, ale lekarze nie dawali szans dziecku. Dziś ma piękną córeczkę. Pojechała na odwyk, przestała się spotykać z chłopakiem, bo ten groził jej zabiciem. Jej mama nadal się modliła do Chiary. Finał jest piękny, bo dziś oboje są wyleczeni z narkotyków, wybaczyli sobie i są szczęśliwym małżeństwem, mają też syna. Ta matka była pierwszym świadkiem na procesie beatyfikacyjnym Chiary.

Czy zanim cierpienie waszej córki zaczęło przynosić owoce, jako zwykli rodzice śmiertelnie chorego dziecka stawialiście sobie, Bogu, pytania: „dlaczego to wszystko?”, „czemu moje dziecko?”.

MT: Nigdy. Kiedy lekarze poinformowali nas o nowotworze kości u Chiary, razem z Ruggero świadomie powiedzieliśmy nasze „tak” Bogu. Ból był palący, nie do zniesienia. Ale trzymaliśmy się Boga, zaufaliśmy Mu. Kto wie, czy właśnie nie przez to nasze „tak” Bóg otwarł drogę do tylu łask.

Nigdy nie mieliście żalu do Niego, że zabrał wam tak wyczekiwaną córkę?

MT: Nigdy. Trzymaliśmy się tego, co mówi założycielka Focolare Chiara Lubich: kiedy dzieje się coś trudnego, nie zamartwiaj się, ale zajmij się tym. Tak więc opiekowaliśmy się Chiarą, jeździliśmy na operacje, chemioterapię.

Chiara też przyjęła wieść o chorobie bez żalu?

MT: Na początku nie wiedziała, co jej jest. Bolał ją bark, źle się czuła, z trudem chodziła. Pewnego dnia kuzynka zapytała ją: „Chiara, co ci jest?”. Chiara na to: „Nie wiem. Ale to coś bardzo poważnego, bo moja mama nie mówi, że »to nic, że przejdzie«”. Gdy Chiara była mała, kiedy upadła, mówiłam jej, że to nic, że przejdzie. Tym razem milczałam.

Kiedy jej Pani powiedziała prawdę?

MT: Nie ja, a ordynator szpitala Reggina Margerita. R: To było w Turynie, szpital dziecięcy dla dzieci do 12. roku życia. Chiara miała wtedy 17 lat. MT: Profesor zrobił wyjątek. Mówił, że Chiara chwyciła go za serce. Wykonał pierwszą operację. Po 20 dniach mieliśmy zadecydować, co dalej. I wtedy jej powiedział, że niedługo wypadną jej włosy. Poradził, by je obcięła. Nie chciała, bo przywiązywała wagę do wyglądu, stroju, fryzur. I pamiętam, jak po pierwszej chemioterapii zastałam ją z włosami w dłoni. Stała przed lustrem: „Mamo, zaczyna się. Za każdym puklem włosów, który wyciągam, powtarzam: »Dla Ciebie Jezu«. Zrobię jednak, jak radził profesor”. Chciała, żebym była przy obcinaniu włosów. R: Nawet wtedy nie była smutna, uśmiechała się!

Chiara zaakceptowała chorobę i nieuchronność szybkiej śmierci w ciągu 25 minut. Skąd ten czas?

MT: Byliśmy w Turynie. Chiara poszła z tatą do lekarza. Ja leżałam w łóżku z chorą nogą i wyglądałam przez okno wychodzące na ogromny ogród. Bałam się, jak córka przyjmie ten straszny werdykt. Czas dłużył się jak wieczność. Po dwóch godzinach ujrzałam Chiarę kilka kroków przed ojcem. Miała na sobie zielony płaszcz, ręce w kieszeniach, wzrok wbity w ziemię. Powłóczyła nogami, jakby chciała odroczyć czas spotkania ze mną. Jej twarz była ponura. Kiedy otwarłam drzwi i zapytałam, jak poszło, nie odrywając wzroku od ziemi odparła: „Teraz nic nie mów, nic nie mów”. I rzuciła się na łóżko. Zamknęła oczy. Jej twarz się zmieniała: to była walka wewnętrzna, by powiedzieć „tak” Jezusowi. Tyle już razy dotąd mówiła Mu „tak” we wspólnocie, w radości. Teraz musiała to zrobić w cierpieniu. I nie dawała rady. Cisza, jaka unosiła się w tym pokoju, była nie do zniesienia. Chciałam ją przerwać, ale musiałam uszanować prośbę Chiary. Zerkałam w milczeniu na wiszący nad łóżkiem zegar. Wybijał kolejne minuty. 25 minut – liczyłam. Nagle Chiara otwarła oczy, uśmiechnęła się: „Teraz możesz mówić”. Ale nie musiałam. Zrozumiałam, że udało jej się ból zamienić w miłość.

Jak Pani sobie z bólem radziła?

MT: W sercu powtarzałam: „Jezu, ileż razy ona jeszcze będzie musiała powiedzieć Ci kolejne »tak«”? Ale od tego momentu Chiara trwała przy Bogu, Ewangelii. A czas, o który pani pytała, nazywamy dziś „25 minut Chiary dla Jezusa”. Nasze „tak” dla krzyża powiedzieliśmy Jezusowi jeszcze przed Chiarą – jak wspomniałam. Kiedy odwiedził nas potem ksiądz, pytałam go o te 25 minut. Coś się w tym czasie niezwykłego wydarzyło między Bogiem a naszą córką. A on odparł: Chiara powiedziała „tak” dzięki waszemu „tak”, dzięki waszej zgodzie na krzyż. Powtarzam to rodzicom, których dzieci cierpią na śmiertelne choroby. Bywa, że niektóre z nich czują się odrzucone, przez brak zgody rodziców na tę sytuację. Dziecko przyjmie nawet cierpienie, kiedy poczuje akceptację rodziców.

Chiara prosiła o uszycie białej sukni na swój pogrzeb. Zaskoczyła Państwa i tym razem?

Ruggero: Mnie tak. MT: Mnie nie, bo tłumaczyła mi, że musi się przygotować do zaślubin z Jezusem. A pogrzeb ma być świętem. „Bądź szczęśliwa, mamo, bo ja jestem” – powiedziała mi i zamknęła na zawsze oczy.

Panie Badano, choć minęło ponad 20 lat, widzę łzy w Pana oczach…

R: Jestem zawsze wzruszony. W sercu są nadal żywe obrazy, wspomnienia.

Co Pan pamięta?

R: Jako kierowca ciężarówki spędzałem mało czasu w domu. Kiedy wracałem, siadałem przy łóżku Chiary, brałem ją za rękę, a drugą kładłem na jej unieruchomionych nogach. Wtedy mniej ją bolało. Było w Chiarze coś szczególnego: radość, pokój. Chciało się przy niej ciągle być. Wie pani, że czasem zakradałem się pod drzwi i podglądałem przez dziurkę od klucza. Dla mnie w takim cierpieniu, bez środków uśmierzających, ten uśmiech był niemożliwy. Mówiłem do żony: Chiara uśmiecha się pewnie tylko kiedy wchodzimy, żeby nas nie martwić. Tymczasem przez dziurkę od klucza widziałem, że cały czas jest pogodna i szczęśliwa! „Jeśli chce tego Jezus, ja także” – powtarzała mi, gdy ją bolało.

Modli się Pan do córki?

R: Tak. (łzy) MT: Modlimy się i czujemy jej obecność. Ale jak się czasem pokłócimy, jak wszyscy normalni ludzie, to mniej ją czujemy, prawda Ruggero? (śmiech)

Na koniec banalnie: jak to jest mieć błogosławioną córkę?

MT: W czasie procesu beatyfikacyjnego, przesłuchań, powtarzano nam: to nie jest już wasza córka, należy do Kościoła. Bolało mnie to, nie rozumiałam tego. W czasie ceremonii beatyfikacji, kiedy podnosiła się zasłona, z całych sił poczułam, jakbym po raz drugi rodziła Chiarę. Ale tym razem dla nieba, dla Kościoła, dla wszystkich. Teraz jest nasza.