Spowiedź pisarza

Paul Badde

GN 49/2013 |

publikacja 05.12.2013 00:15

Od dziennikarza w gazecie nazywającej Pawła VI „pigułkowym Pawełkiem”, po odkrywcę Manoppello, który inspirował Benedykta XVI. Paul Badde w książce „Ziemia Boga w 20 tajemnicach” ujawnia nieznane dotąd fakty ze swojej biografii. I tłumaczy, dlaczego ma kręćka na punkcie Jerozolimy.

Spowiedź pisarza Roman Koszowski /GN

W lutym 1979 roku z dnia na dzień nagle wylądowałem w redakcji magazynu satyrycznego „Pardon”, aby wraz z Albertem Christianem Sellnerem zająć się działem teologii i pornografii, przy czym nigdy się do końca nie wyjaśniło, który z nas dwóch za co odpowiada. Albert miał włosy długie jak mały aniołek. Wkroczyliśmy na pokład akurat w ostatnim roku wydawania czasopisma. Interes właśnie spływał w otchłań wraz z wezbranym potokiem, ale myśmy tego nie zauważali. Zresztą nie pierwszy, nie ostatni raz. Albert pochodził z Amberga w Górnym Palatynacie, a ja z Schaag, którego nie ma na żadnej mapie. Obydwaj jeszcze chwilę przedtem byliśmy bezrobotni po latach zaliczania studiów na rozmaitych uniwersytetach. Trudno się dziwić, że posada w fantastycznym mieście Frankfurcie dla nas obu była czymś wymarzonym.

Nie ma nic gorszego od rozwodnionego martini

Frankfurt nad Menem był wówczas czymś w rodzaju Berlina dawnej Bundesrepubliki – mały Manhattan, gdzie czytałem ukochane „Moje ostatnie tchnienie” Luisa Buñuela. W tej spowiedzi życia wielkiego anarchisty szczególnie podobało mi się miejsce, w którym opowiadał o swoim ulubionym koktajlu: „Ażeby w barze wprawić się w stan marzycielski i pozostać w nim, niezbędny jest angielski gin. Moim zaś ulubionym trunkiem jest martini dry. Jest to w zasadzie gin i tylko kilka kropel wermutu, najlepiej Noilly-Prat. Prawdziwi znawcy, którzy lubią swoje martini wypić jako zupełnie dry, twierdzą nawet, że Noilly-Prat należy dodać do ginu dopiero, kiedy muśnie go promień słońca. W Ameryce powiadają, że dobre martini dry jest niczym niepokalane poczęcie. Jak wiadomo, według św. Tomasza z Akwinu zapładniająca moc Ducha Świętego przeniknęła błonę dziewiczą Dziewicy Maryi jak promień słońca przenikający szklaną szybę bez jej naruszenia. Tak samo jest z Noilly-Prat. Ja to uważam za lekką przesadę. W każdym razie należy użyć bardzo zimnego i twardego lodu, żeby nie puścił wody. Nie ma nic gorszego od rozwodnionego martini”. Ja tymczasem oczywiście wiem, że jest coś gorszego od rozwodnionego martini. Ale wróćmy do naszego biurka w „Pardon”. Centralną postacią smaganą biczem satyry był u nas w tamtych latach „pigułkowy Pawełek”, jak Pawła VI nazwał genialny rysownik Hans Traxler. A nazwał, bo ten papież na rok przed festiwalem wolnej miłości w amerykańskiej miejscowości Woodstock ponowił z Rzymu próbę powstrzymania triumfalnego pochodu pigułki antykoncepcyjnej. Papież w interpretacji Traxlera był zatem awanturniczym „popsujzabawą” w czasach, kiedy zabawa była jedyną wartością, jaka bez szkód ostała się wobec wielkiej rewolucji kulturalnej, przynajmniej jako zasada.

Pobożny dziwoląg. Co gorzej – katolik

W 1979 roku Europa znajdowała się w pewnej niszy dziejów świata. Kto urodził się u kresu wielkiej rzezi wojennej, miał właśnie 34 lata. Ja miałem 31. Była to kulminacja rewolucji seksualnej. Nikt jeszcze nie słyszał słowa „AIDS”, a gdyby nawet, nie wiedziałby, co to jest. Ja wprawdzie nie zapomniałem wszystkiego, czego mnie nauczyli moi rodzice, ale wielu sprawom pozwoliłem słodko usnąć. W redakcji uchodziłem za pobożnego dziwoląga, a nawet gorzej – za katolika. Nie miałem nic przeciwko temu. Wprawdzie w życiu nie dostałbym tej roboty, gdybym się przyznał do tego podczas rozmowy rekrutacyjnej, ale teraz już tę posadę miałem. Musiałem nakarmić rodzinę, a poza tym miałem piekielny ubaw. Jeszcze lepszy humor miał sam Bóg, bo po 15 latach od naszych wspólnych przygód sprawił, że właśnie od mojego kolegi Alberta Christiana Sellnera wyszła inicjatywa książki, która pozwoliła kardynałowi Ratzingerowi święcić pierwszy wielki sukces światowy. Do przeprowadzenia tej idei potrzebował bohatera w rodzaju Petera Seewalda, którego legendarna rozmowa z Josephem Ratzingerem „Sól ziemi” w 1996 roku zepchnęła ze szczytu listy przebojów „Salt of the Earth” Rolling Stonesów z roku 1968. Ale sam pomysł pochodził od Alberta.

Zakręcony

Ziemia Święta od dziesięcioleci była moją pasją, moją wariacką miłością, amour fou – jak by powiedzieli Francuzi. Jest życie przed Jerozolimą i życie po Jerozolimie – tak mawiałem przyjaciołom, żeby im wyjaśnić, dlaczego jestem taki zwariowany na punkcie tego miasta, czyli knatschjeck, jak by to ujęli w Kolonii. Jakoś się z tego nie wyzwoliłem. To był „syndrom jerozolimski”. Napisałem o tej podróży wiele artykułów i relacji, moje pierwsze cztery książki krążyły wokół Jerozolimy niczym orły nad gniazdem. Studiowałem dzieje Ziemi Świętej, czytając wszystko, co mi wpadło w ręce. Korzystałem z każdej sposobności, żeby tam wrócić, każdy pretekst był dobry. Mapy Dolnej Nadrenii tak dobrze nie znałem. W każdym razie wpadłem i zakochałem się w tym wąskim pasie ziemi między morzem i pustynią, tak jak inni mężczyźni zadurzają się w zagadkowej kobiecie. Zakochałem się też w szerzej rozumianej Ziemi Świętej, a więc nie tylko w Izraelu i Palestynie, ale i w Jordanii, Syrii, Egipcie i Libanie, we wszystkich krainach, po których stąpał Jezus, aż do prastarej Chaldei w dzisiejszym Iraku, skąd Abraham wyruszył kiedyś do Ziemi Obiecanej. Dziś też tam bym chciał być. Ale wtedy pewnego razu – w Roku Jubileuszowym 2000 – obudziłem się tam już nie jako podróżny, tylko jako obywatel miasta. Oto nagle nie mieszkałem już na Thierschplatz w Monachium, tylko dwie minuty drogi od Bramy Damasceńskiej. Nikt by tego nie nazwał cudem. Było to jednak cudowne, przynajmniej dla mnie i dla Ellen u mego boku, która nagle miała dzielić ze mną moją starą miłość. Mieszkać w Jerozolimie i jechać do Jerozolimy – to nie była różnica jak między dniem i nocą. To nie było jak niebo i ziemia. To nie było też jak odwrócona luneta czy co by tam jeszcze mogło komuś przyjść do głowy, kiedy chce opisać zupełnie inne spojrzenie na to samo miejsce. Często budziłem się wcześnie i wychodziłem na ulicę Heleny HaMalka, patrzyłem w górę na niebo usiane gwiazdami i nie mogłem pojąć, że ja tu nagle MIESZKAM, o kwadrans od Golgoty, że wsłuchuję się w śpiew słowików i muezinów. Wszystko się kompletnie zmieniło, także i moja miłość do Jerozolimy. Z dnia na dzień rosła i rosła.

Najbardziej wystrzałowe miejsce świata

Inaczej niż dawniej, gdy jako reporter odbywałem w to miejsce samotne przeważnie podróże, nie wyruszaliśmy z Elen wypchanym portfelem, kartonem papierosów ani torbą podróżną pełną przewodników – lepiej i gorzej opracowanych. Jechaliśmy z różańcem w przegródce na papierosy między siedzeniami kierowcy i pasażera naszego audi. Zbliżyć się do Ziemi Świętej w modlitwie, a nie tylko w gadaninie – to było na wyciągnięcie ręki. Nigdy na to wcześniej nie wpadłem. Dlatego kiedyś wreszcie musiałem o tym napisać. Mogłem coś uczynić, i nawet zrobiłem, żeby tej książki nie napisać. Ale dla dziennikarza nie ma bardziej „wystrzałowej” okolicy niż Ziemia Święta. Tutaj eksplodują nie tylko bomby w samobójczych zamachach, ale także słowa w rękach sprawozdawców łatwo wybuchają jak ręczne granaty. Największym ze wszystkich tabu zachodniej nowoczesności – tego doświadczyliśmy na tym polu minowym – jest modlący się człowiek. Oczywiście z pozbawioną emocji miną moich brytyjskich kolegów (stiff upper lip) można opowiadać o podejrzanych – jak zawsze – w meczecie, o błagających pod Ścianą Płaczu, o modlitwach rosyjskich babć w mroku starej cerkwi, tylko o własnym doświadczeniu mówić nie wypada. Od kiedy ludzie chodzą na dwóch nogach, zawsze się modlili. W ostatnim jednak stuleciu w Europie komuś, kto modli się publicznie (a nie jest papieżem), już niemal szykuje się miękką, wyściełaną izolatkę, ewentualnie kwituje się jego postawę uśmiechem politowania. Modlitwa uchodzi za obciach, nie modlić się – to postawa oświecona i inteligentna, a opowiadać o modlitwie – to coś obscenicznego.

A przynajmniej jest to równie nienowoczesne jak u nazistów albo Sowietów. Bezrefleksyjnie trzymamy się tej części światopoglądu grup operacyjnych SS i enkawudzistów strzelających w tył głowy. Nie jest żadnym problemem zrelacjonować szczegółowo wizytę w burdelu. Opowiedzieć z detalami parkową przygodę z chłopaczkiem? Ależ proszę bardzo! Ale na temat dialogu z Bogiem dżentelmeni milczą z taką samą powściągliwością, jak gdyby to miało być coś jak rozmowa biednej matki ze zmarłym ojcem albo gadanie do ściany. Osobiście też wolałbym uniknąć opowieści o tym, bo wierzącym z mojego pokolenia ciekawsze wydawało się odgrywanie rewolucji (ale z prawdziwymi trupami), pielgrzymowanie do Indii, śpiewanie „Hare Kryszna” i przebieranie się w czerwone szaty, przechodzenie na islam albo na judaizm, zmienianie sobie płci w Tangerze. Można pozwolić zazdrosnemu mężowi zastrzelić się w łóżku jego żony, ale – wielkie nieba! – nie uchodzi dać się nakryć niczym własna babka na starych szlakach pielgrzymich z różańcem w ręku. Ja się za tę książkę nie zabrałem. To ona zabrała się za mnie.