Asado bez opłatka i kolędy

Agnieszka Napiórkowska; GN 51-52/2012 Łowicz

publikacja 26.12.2012 07:00

– Święta Bożego Narodzenia trwają u nas jeden dzień. W zeszłym roku w Pasterce, odprawianej późnym popołudniem, uczestniczyło 10 osób. Jedynymi znakami Bożego Narodzenia były mała, plastikowa choinka i mikroskopijny żłóbek – mówi ks. Adam Kwaśniak, łowicki misjonarz.

 Od 17 grudnia 2011 r. w Cholila istnieje parafia Niepokalanego Poczęcia NMP.. ks. Adam Kwaśniak Od 17 grudnia 2011 r. w Cholila istnieje parafia Niepokalanego Poczęcia NMP..

Od 17 grudnia 2011 r. w Cholila w prowincji Chubut, w dalekiej Patagonii Argentyńskiej, proboszczem parafii Niepokalanego Poczęcia NMP jest ks. Adam Kwaśniak, łowicki kapłan, doktor filozofii, jedyny diecezjalny misjonarz. Parafia, w której pracuje, zajmuje ok. 300 km kw., na których mieszka ponad 4 tys. osób. Przed jej utworzeniem do Cholila dojeżdżali raz w tygodniu redemptoryści z sąsiedniego Lago Puelo, oddalonego o 90 km. Warto dodać, że stałej obecności Kościoła katolickiego i księdza nie było tam nigdy.

Baran w miejsce ryby

Nie ma się więc co dziwić, że święta Bożego Narodzenia w „łowickiej Patagonii” zdecydowanie różnią się od świąt w Polsce. – Inne jest wszystko, nawet to, że przypadają one tam na początku lata. O dzieleniu się opłatkiem nikt tu nie słyszał, zaś wieczerza wigilijna to jeszcze jedno asado (asado to baran przekrojony wzdłuż i ustawiony na pionowym ruszcie przy ognisku). O kluskach z makiem też nie ma co marzyć. Potrawy postne nie są tu znane w żadnej formie. Jedzeniem świątecznym jest zawsze asado. W Wigilię od południa trwa pieczenie barana. W tym czasie wszyscy oglądają telewizję, w której jedynym znakiem Bożego Narodzenia są okolicznościowe reklamy nawiązujące zwykle do prezentów. Co ważne, telewizor jest traktowany niemal jak członek rodziny. Odwiedzając domy parafian, nigdy nie widziałem wyłączonego telewizora. Gra on nawet podczas wigilijnego asado – opowiada ks. Adam. U argentyńskich chrześcijan nie da się posłuchać także śpiewu kolęd. Znają jedynie kilka piosenek podobnych do polskich pastorałek. „Cichą noc” w Cholila można usłyszeć jedynie w wykonaniu protestantów. Nikt tu nie słyszał także o kolędzie, która w Polsce rozpoczyna się zazwyczaj zaraz po świętach. – W samo Boże Narodzenie większość moich parafian albo śpi do południa i potem robi kolejne asado, albo jedzie na ryby. Jest to bowiem czas, w którym można liczyć na dobre branie. Złowione ryby, ze względu na to, że zostały złapane na terenach objętych ochroną, trzeba z powrotem wrzucać do wody. Mało kto ma z tym problem. Mięso ryb nie należy tu bowiem do szczególnie cenionych dań. Co innego baran – opowiada A. Kwaśniak, który – próbując przybliżyć klimat tutejszych świąt – dodaje, że znacznie większym niż Boże Narodzenie wydarzeniem dla jego parafian jest Cabalgata de los Reyes, czyli Pochód Trzech Króli, organizowany przez władze gminy w sobotę w okolicach 6 stycznia. – Cała gmina gromadzi się wówczas na placu, a królowie na koniach i w odpowiednich kubraczkach przejeżdżają przez osadę. Potem rozdaje się dzieciom prezenty i słodycze. Nie ma w tym jednak nic z religijnego wymiaru święta. Chodzi wyłącznie o przedstawienie i prezenty. Podczas takich uroczystości kościół świeci pustkami. Na Mszę przychodzi 5–6 osób, które przez cały czas myślą tylko o tym, by jak najszybciej dołączyć do tłumu świętującego na placu.

Względny spokój

Jak zapewnia łowicki misjonarz, w Cholila żyje się spokojnie. Standard życia przypomina opowieści kolonizatorów Bieszczad. – Prąd mają tu wszyscy, kanalizacja istnieje w części osady, niektórzy mają gaz, bo obok przebiega gazociąg. Internet ciągnie się jak beton przez słomkę i mają go jedynie wybrańcy. Za to telefonem komórkowym, za który płaci się jak za zboże, może pochwalić się każdy. Niemałą atrakcją są drogi. A właściwie ich brak. Przez okolicę przebiega tylko jedna droga asfaltowa licząca ponad 4 tys. km. Można ją porównać do drogi Łowicz–Kocierzew, z tą tylko różnicą, że istnieją w niej tak duże dziury, iż wjechanie w którąś z nich kończy się natychmiastową wywrotką. Wszystkie pozostałe trakty są uklepanym wysypiskiem kamieni z wyjeżdżonymi koleinami, na których bez problemu radzą sobie jedynie duże samochody terenowe. Ze zwykłych aut już po kilkudziesięciu kilometrach odpada wszystko, co nie jest przyspawane do karoserii – relacjonuje ks. Adam. Inną atrakcją jest nieustanna świadomość obecności niedalekich wulkanów. W tej chwili przynajmniej dwa są aktywne i co jakiś czas wyrzucają z siebie chmurę popiołu. – Kiedy taka chmura nad nami zawiśnie, przestają latać samoloty, zapychają się filtry w samochodach, nie widać gór i jedzenie przypomina wylizywanie popielniczki. Oddycha się też popiołem, więc jesteśmy wtedy napyleni od środka i na zewnątrz. Niedawno zapalił się las w sąsiedniej wsi i byliśmy dodatkowo podwędzeni – nie traci humoru łowicki misjonarz. Ale nie brakuje też jasnych stron życia na misjach. Zdaniem księdza Kwaśniaka, na terenie jego parafii – póki co – nie ma większego problemu z rozbojami, porwaniami czy zabójstwami. Zdarzające się co jakiś czas morderstwo nie powoduje większego poruszenia wśród mieszkańców.

– Dawniej bywało inaczej. Wiejska legenda opowiada o grupie bandytów z USA, którzy na przełomie XIX i XX wieku, po obrabowaniu banków, napadach na pociągi i pozbawieniu życia większej liczby ludzi schronili się w Cholina. Znając tę opowieść, nie byłem zdziwiony, gdy jeden z policjantów, na wieść o mojej nominacji do Cholina, powiedział: „Tutejsi ludzie są dobrzy, ale – na wszelki wypadek – kup sobie strzelbę”. Póki co, ksiądz Adam zgoła innymi metodami próbuje kierować parafią. Jedną z bardziej atrakcyjnych form ściągnięcia wiernych do kościoła jest wyprzedaż odzieży. Wówczas można liczyć na całkiem sporą frekwencję. Niestety, znacznie mniej ochoczo parafianie garną się na katechezy czy nabożeństwa.

Poniżej standardu

– Mój kontrakt misyjny przewiduje wstępnie 3-letni pobyt z możliwością przedłużenia. Kontrakt taki zawiera biskup łowicki z biskupem z Esquel, dzięki czemu staję się tzw. księdzem fideidonistą, czyli misjonarzem – wyjaśnia ks. Adam. Parafia w Cholina jest najbiedniejszą parafią w prałaturze. Poza kościołem i zarośniętym chwastami polem nie ma tam praktycznie nic. Do parafii należą dwie kaplice, oddalone o kilkadziesiąt kilometrów, do których przychodzą 2–3 osoby, na dodatek z prawie godzinnym opóźnieniem. – Od kiedy tu jestem, wiele rzeczy przestało mnie dziwić. Mieszkając w Cholila, żyję jednocześnie w XIX i XXI wieku. Nie mam ani telewizora, ani internetu, ani gazet. Radia słucham bardzo rzadko i mój kontakt ze światem ogranicza się do tego, co opowiedzą mi parafianie. Jeśli o czymś nie mówią, oznacza to, że rzecz nie jest warta uwagi. Z drugiej strony, na co dzień używam elektronicznego brewiarza, a wychodząc na pobliskie lodowce górskie, wkładam przywieziony z Polski goreteksowy kubraczek i śpię w nowoczesnym namiocie wysokogórskim. Udaje mi się zatem z powodzeniem łączyć technologię XXI wieku z surowością wieku XIX. Większego wrażenia nie robią na mnie także warunki, w jakich mieszkam. Większość rzeczy, które posiadam, mogę spakować do plecaka. Zanim zamieszkałem na strychu nad kościołem, musiałem pozbyć się tamtejszej flory i fauny, której mogłyby pozazdrościć ogrody botaniczne świata. Nie mam wielu mebli, łóżko i stolik wystarczają za wszystko. Mieszkając tak, odkrywam, jak niewiele potrzeba do życia. Co warto wiedzieć – w Argentynie księża nie mają pensji. Tygodniowa taca w mojej parafii rzadko przekracza 30 pesos. Można za to kupić prawie kilogram mielonego mięsa lub trzy kilogramy ryżu. Trzeba jeszcze zapłacić rachunek za gaz i elektryczność oraz zatankować samochód. Gdyby nie finansowe wsparcie kurii z Esquel, musiałbym prowadzić żywot Jana Chrzciciela, z jego dietą na bazie korzonków i szarańczy. Tak czy inaczej, środki finansowe, którymi miesięcznie dysponuję, sytuują mnie dużo poniżej progu ubóstwa oficjalnie przyjmowanego w Argentynie – relacjonuje misjonarz, który tegoroczne święta Bożego Narodzenia – podobnie, jak w zeszłym roku – spędzi w Esquel na asado z księżmi. Rano wróci do parafii na Mszę św., na którą najprawdopodobniej nikt nie przyjdzie, bo ze względu na piękną pogodę wszyscy ruszą na ryby.

Możesz pomóc

Łowickiego misjonarza można wesprzeć finansowo, przesyłając pieniądze na konto: IBAN: 10 1240 3347 1111 0010 1333 6854 BIC: PKO PPL PW SWIFT: PKO PPL PW/PKO S.A. I O ŁOWICZ