publikacja 06.09.2012 00:15
Franciszek umierał otoczony wspólnotą… pięciu tysięcy braci. Po kazaniach Jana Kapistrana do bernardynów wstąpiła… setka mężczyzn. W ciągu roku przy konfesjonale w Ars klękało 30 tysięcy penitentów. To się nazywa promieniowanie świętości.
józef wolny
– Dziś Kościół zaledwie toleruje charyzmatyków. A przecież Jan Kapistran czy Franciszek dostali od Kościoła ogromną przestrzeń do działania – opowiada
o. Cyprian Moryc. W tle:
krakowski klasztor bernardynów
Wierzysz w to, że gdy Jezus powiedział poważnym, żonatym i dzieciatym rybakom: „Pójdźcie za mną”, to oni natychmiast zostawili żony i dzieci, i jedyne źródło utrzymania i poszli? – prowokował mnie przed laty kompozytor Michał Lorenc. – Wierzysz w to? To pokaż mi dzisiaj takich ludzi! Przypomniałem sobie te słowa, gdy wertowałem pobieżnie żywoty świętych. Zdumiałem się, z jaką łatwością przechodzę do porządku dziennego, czytając zdania: „Bernard przekonał do wstąpienia do klasztoru pięciu braci, wuja i 30 innych mężczyzn. Przykład jego życia tak porywał Francuzów, że jak grzyby po deszczu wyrastały nowe klasztory. Powstało ich aż 168”. Panie, Panowie. To nie jest normalne. Nie da się wytłumaczyć podobnych zjawisk za pomocą narzędzi, którymi dysponuje socjologia.
Człowiek podniósł się i otworzył oczy. Tłum zamarł. Taką scenę ujrzał Jacek. Mnichem, którego spotkał, był św. Dominik. Nic dziwnego, że wraz z towarzyszami: Czesławem i Hermanem wstąpili w szeregi braci kaznodziejów. Dominik formował braci krótko. Musiał bardzo im ufać, skoro już po roku wysłał ich nad Wisłę. Jak długo maszerowali? Taką trasę można przejść w 3,5 tygodnia – orzekli historycy. Ale Jacek po drodze zakładał klasztory. Jak bardzo musiał być przezroczysty, skoro od razu gromadziło się wokół niego wielu braci. Wyobraźmy sobie tę sytuację. Nieznajomy mężczyzna wkracza do położonego na terenach dzisiejszej Austrii miasteczka, na odchodne pozostawia klasztor, w którym modlą się świeżo upieczeni dominikanie. Jak ogromnym zaufaniem musiał ich darzyć, skoro zlecał tak odpowiedzialną misję. Do Grodu Kraka Jacek dotarł na Wszystkich Świętych 1222 r. W sumie założył 32 klasztory na terenach Polski, Austrii, Czech, Słowacji, Litwy, Prus i Rusi. Nic dziwnego, że w 2007 r. w czasie Kapituły Generalnej dominikanów w Bogocie generał zakonu Carlos A. Azpiroz Costa wezwał braci do odnowienia „ducha, który ożywiał św. Jacka, kiedy wyruszał, kiedy wędrował, by głosić, studiować i zakładać klasztory”. Nieporadny Jan Vianney nie narzekał na brak penitentów. Nie chciał nawracać innych na siłę. Głosił kazania przede wszystkim samemu sobie. Był świetnym spowiednikiem, bo… sam obawiał się o własne zbawienie. Przyjmował dziennie prawie 300 osób. W ciągu roku przy kratkach konfesjonału w Ars klękało aż 30 tys. penitentów! U charyzmatycznego kapucyna spowiadały się wielotysięczne tłumy. Nic więc dziwnego, że ojciec Pio spędzał dziennie ponad dziesięć godzin w konfesjonale. Tęsknimy za podobnymi statystykami? Za namacalnym dowodem na promieniowanie świętości? I dziś mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. 5 września 1997 r. o godzinie 20 matka Teresa z Kalkuty zaczęła mieć trudności z oddychaniem. Nagle nieoczekiwanie zabrakło prądu i cały dom pogrążył się w ciemności. Dwa niezależne źródła zasilania wysiadły również z niewiadomych przyczyn. Taki wypadek nie zdarzył się nigdy wcześniej. Gdy Kalkuta pogrążona była w czarnym jak smoła mroku, ta, która sama siebie nazywała „Świętą od ciemności”, przeniosła się na stronę światła. W chwili jej śmierci siostry z założonego przez nią zgromadzenia obsługiwały 610 misji w 123 krajach. Dziesięć lat później Zgromadzenie Misjonarzy Miłości liczyło około 450 braci i 5000 zakonnic na całym świecie. A sam Jan Paweł II? Gromadził na stadionach miliony wiernych. Wielokrotne byłem świadkiem, jak po wielkich spotkaniach charyzmatycznych młodzi wstępowali do wspólnot, a w czasie zorganizowanych na stadionach Eucharystii neokatechumenatu na pytanie biskupa: „Kto zgłasza gotowość do wyboru drogi kapłańskiej?” podnosił się las rąk. „Historia pokazuje jasno: jeśli chrześcijaństwo nie promieniuje, to nie dlatego, że napotyka w świecie opór, ale dlatego, że zabrakło mu gorliwości i świętości – wyjaśnia o. Pierre-Marie Delfieux. – Święci nie potrzebują mówić. Ich życie jest wyzwaniem dla świata”.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł