Oko w oko

Marcin Jakimowicz

GN 13/2012 |

dodane 29.03.2012 00:15

Setki naukowców pochylają się nad drzazgą, gwoździem czy skrawkiem płótna, a rezultaty ich badań przerastają najśmielsze oczekiwania. Tłumy wpatrują się w najbardziej tajemniczy portret świata ukryty w górach Abruzji. Czy to jedynie tęsknota za wiarą „z krwi i kości”? A może Jezus naprawdę pozostawił po sobie materialne ślady?

Oko w oko repr. Henryk Przondziono/GN

Trudno nam uwierzyć na słowo. Cóż z tego, że znamy na pamięć zdanie: „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. Ale czy Panu Bogu naprawdę przeszkadzałoby, gdybyśmy mogli jednak troszkę pooglądać, dotknąć, pogapić się przez chwilę? Chyba nie.

Przed dwoma laty przed wystawionym w Turynie całunem ustawiały się dłuuugie kolejki. Dwa miliony sto trzynaście tysięcy ludzi, by popatrzeć przez chwilkę na płótno z Turynu, musiało zapisać się pół roku wcześniej. Żaden przedmiot na świecie nie został poddany tak wnikliwym badaniom. Powstała nawet oddzielna dyscyplina naukowa – syndonologia (od greckiego sindon, czyli całun), zajmująca się wyłącznie rozpoznaniem fenomenu kryjącego się w tym lnianym płótnie. (Zobacz film o Całunie: On jest Obrazem Boga niewidzialnego)

O całunie słyszały nawet przedszkolaki. A o chuście z Oviedo? Skrwawionej tkaninie o wymiarach 84x53 cm, przechowywanej w miejscowej katedrze? Według tradycji, jest to sudarium, w które zawinięto w grobie głowę Jezusa. Zakrzepła krew na Całunie Turyńskim i chuście należy do tej samej grupy: AB, powszechnej na Bliskim Wschodzie, ale niezwykle rzadkiej w średniowiecznej Europie.

A słynna tunika z Argenteuil? Czy to szata, którą nosił najsłynniejszy Skazaniec świata? Ta, o którą rzucali losy kaci Golgoty? Czy ukryte wśród zielonych wzgórz Abruzji uśpione włoskie miasteczko skrywa jedną z największych tajemnic w historii świata? Czyja twarz widnieje na płótnie z bisioru – tkaninie, na której nie da się niczego namalować?

Krzyż Pański z Heleną

Słońce paliło rzymskie ulice, więc w porze sjesty szukaliśmy wytchnienia w potężnej bazylice Świętego Krzyża. W jednej z kaplic znaleźliśmy jedne z najcenniejszych relikwii świata. Dokopała się do nich w 325 roku grupa pracująca na zlecenie cesarzowej Heleny. Dość szybko stwierdzono, że w Mieście Pokoju znaleziono autentyczne krzyże Chrystusa i dwóch łotrów. A ponieważ do odnalezienia relikwii doszło 14 września, tego dnia Kościół katolicki obchodzi święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Skąd cesarzowa wiedziała, że to krzyże z Golgoty? Według większości autorów wczesnochrześcijańskich, w ich identyfikacji dopomógł cud uzdrowienia nieuleczalnie chorej kobiety. Relikwię zidentyfikowano też dzięki tabliczce: „Jezus Nazarejczyk Król Żydowski”.

W katedrze Notre Dame w Paryżu w każdy pierwszy piątek miesiąca o godzinie 15 odbywa się publiczne wystawienie relikwii czczonej od wieków jako Korona Cierniowa. Została ona sprzedana w 1239 roku królowi Francji św. Ludwikowi IX przez Baldwina II, młodego władcę Łacińskiego Cesarstwa Konstantynopola. Które z gwoździ, przechowywanych w różnych kościołach świata, naprawdę przybijały ręce Jezusa do krzyża? A co z autentycznością tuniki z Argenteuil czy sukni z Trewiru? Odpowiedzi na te pytania znajdziemy w najnowszej książce Grzegorza Górnego i Janusza Rosikonia „Świadkowie tajemnicy”.

Tajemnica tajemnic

Punktem wyjścia tej znakomitej pracy było założenie, że każdy człowiek pozostawia po sobie materialne ślady. – Trudno, by nie zostawił ich ktoś, kto wywarł największy wpływ na dzieje ludzkości – wyjaśnia Grzegorz Górny. – Jego istnienie – wbrew temu, co usiłowała przez lata wmawiać propaganda komunistyczna – nie ulega żadnej wątpliwości. Czy do naszych czasów zachowały się przedmioty związane z Jego życiem? Logika podpowiada, że jeżeli apostołowie uznali Jezusa za Mesjasza, Zbawiciela i Syna Bożego, to wszelkie materialne pozostałości po Nim traktować musieli jak najcenniejsze pamiątki. Dlaczego ich troska miałaby się ograniczać tylko do utrwalania słów Zbawiciela, skoro można było zachować także realne przedmioty po Nim? Próbowaliśmy wraz z Januszem Rosikoniem odpowiedzieć na to pytanie, przez dwa lata jeżdżąc po świecie i poszukując relikwii Chrystusa. Niemal wszędzie spotykaliśmy się z tym samym zadziwiającym zjawiskiem: regułą było, że święte przedmioty chrześcijańskiego kultu mocniej przyciągały naukowców z tytułami profesorskimi niż fanatyków religijnych. Bardziej fascynowały chłodnych badaczy niż gorących dewotów. Z naukowego punktu widzenia często niemożliwe jest wyjaśnienie, w jaki sposób powstały owe relikwie. Niemożliwe jest też – mimo technologii, jaką dysponuje ludzkość w XXI wieku – wykonanie ich kopii.

Pęknięta migawka

Świetnie pamiętam, jak podczas sesji zdjęciowej do reportażu o Manoppello naszemu fotoreporterowi… pękła migawka w nowiutkim „niezniszczalnym” Nikonie. Podszedł do wizerunku, wycelował aparat i… trach. Przypadek? Możliwe. A może „odgórna” lekcja, że nie da się sfotografować tego, co niedotykalne, nieuchwytne?
Sceptycy uznają, że przez dwa lata uganiał się pan za jakimiś drzazgami, płótnami – zaczepiam Janusza Rosikonia. – Inni powiedzą, że zrobił pan zdjęcie twarzy samego Boga. Między tymi osądami istnieje ogromne napięcie… – Jasne. Ale pamiętajmy, że nad tymi kawałkami drewna czy płótna wielcy naukowcy tego świata spędzali cale lata – wyjaśnia autor zdjęć w książce. – A byli to często ludzie, którzy wprost deklarowali swój ateizm. Rezultaty ich badań zazwyczaj przerastały najśmielsze oczekiwania. I to jest, myślę, klucz do zrozumienia tego fenomenu i wskazówka dla każdego racjonalnie myślącego człowieka. Zawsze przed fotografowaniem wchodziłem do kościoła i modliłem się. Inaczej nie potrafiłem pracować przy tym materiale. Mamy dziś ogromne nabożeństwo do relikwii ojca Pio czy Jana Pawła II. To zrozumiałe, bo to było „przed chwilą”. Z materialnymi dowodami męki Jezusa jest inaczej. Miały przez wieki czarny pijar. Swoje zrobiła reformacja. Do historii przeszło ironiczne stwierdzenie Lutra, że z relikwii Krzyża można było utworzyć cały las. To oczywiście nieprawda, bo starczy zaledwie na jedną belkę. Ale zrodziła się nieufność. Przed kilku laty odkryto w Jerozolimie sadzawkę Betesda, którą dotąd wielu uważało za jakąś konfabulację Ewangelistów. I w tym tkwi jakaś ogromna tajemnica… Jasne, że nikt nie może powiedzieć, że Całun z Turynu jest na pewno autentycznym płótnem pogrzebowym Jezusa, ale sporo do myślenia daje najnowszy raport włoskiego Ośrodka nowych technologii, energii i zrównoważonego rozwoju (Enea). Po 5 latach badań naukowcy z tego ośrodka wydali oświadczenie, że wizerunek jest… niemożliwy do podrobienia. Bo nawet jeśli założymy, że powstał przez wybuch światła laserowego, to przy dzisiejszym stanie wiedzy nie jesteśmy w stanie odtworzyć tej gigantycznej siły. By osiągnąć podobny rezultat na powierzchni płótna o rozmiarach 4,36 na 1,10 metra, należałoby użyć mocy 34 bilionów watów.

Trzy ramiona św. Tomasza

Przed peregrynującymi po Meksyku relikwiami z krwią Jana Pawła II na kolana padło w ubiegłym roku aż 27 mln ludzi. To dowód na to, że tęsknimy za wiarą „na dotyk”. Wiarą z krwi i kości. Skąd zatem bierze się sceptycyzm współczesnego świata, spoglądającego na relikwie z nieufnością i podejrzliwością? – W późnym średniowieczu doszło do wielu nadużyć dotyczących relikwii oraz związanych z nimi odpustów – wyjaśnia Grzegorz Górny. – Wielką plagą ówczesnej Europy stały się zwłaszcza falsyfikaty partykuł. Nie należą do rzadkości pamiętniki pątników, którzy opisują, jak podczas tej samej pielgrzymki aż w trzech różnych miejscach natykali się na tę samą relikwię, np. ramię św. Tomasza na Rodos, w Rzymie i w Maastricht czy ciało św. Macieja Apostoła w Padwie, Rzymie i Trewirze. Tego typu nadużycia powodowały, że wobec przedmiotów kultu narastał stopniowo coraz większy sceptycyzm. Kolejnymi etapami tej nieufności były reformacja, oświecenie i pozytywizm. Wraz z triumfem cywilizacji naukowej relikwie odesłane zostały do krainy zabobonu. Czy jednak produkowanie wielu podróbek nie świadczy o istnieniu jednego oryginału? A może masowe fałszerstwa przemawiają za tym, że próbują one naśladować konkretny autentyk?