Rekolekcje w moich oczach

Rafał Szymkowiak OFM Cap

www.mwydawnictwo.pl |

dodane 13.03.2012 05:42

Niech te kilka świadectw będzie wypowiedzeniem ostatniego zdania potwierdzającego słuszność organizowania rekolekcji szkolnych z udziałem ekipy ewangelizacyjnej.

Rekolekcje w moich oczach Wydawnictwo M Rafał Szymkowiak OFM CAP: "Bomba w szkole"

Nic tak nie przemawia do człowieka jak doświadczenie innych, którzy przeszli proponowaną drogę i są gotowi przejść ją ponownie. Metoda zaproponowana na łamach tej książki nie wzięła się znikąd. Przez co najmniej dziesięć lat kilka ekip rekolekcyjnych dotarło z orędziem ewangelicznym do tysięcy uczniów, spędzając z nimi setki godzin. Może warto wsłuchać się w głos osób, które tworzyły rekolekcje, uczestniczyły w nich, a także obserwowały to, co się podczas nich działo. Ktoś kiedyś powiedział, że przekonanego do słuszności sprawy nie trzeba przekonywać, zaś człowieka, który jest uprzedzony do pewnych rozwiązań, nie przekona się nawet tysiącem argumentów. Wbrew temu stwierdzeniu spróbujmy: niech te kilka świadectw będzie wypowiedzeniem ostatniego zdania potwierdzającego słuszność organizowania rekolekcji szkolnych z udziałem ekipy ewangelizacyjnej.

 

Zastrzyk wiary

Co dały mi rekolekcje wielkopostne, które odbywały się w zeszłym roku w naszej szkole? Przede wszystkim były kolejną szansą na zbliżenie się do Boga. Szansą, którą wykorzystałam i dzięki której wiele zyskałam. Były dla mnie „zastrzykiem dojrzałej wiary”. Ten zastrzyk działa na mnie do teraz i nie pozwala mi się poddać w trudnych sytuacjach. Jest też podstawą do refleksji na temat mojej dotychczasowej wiary. Cała zmiana, jaka dokonała się we mnie po tych rekolekcjach, nie polegała na nagłym uwierzeniu w Boga – bo ja poznałam Boga dużo wcześniej dzięki moim rodzicom i zawsze w jakiś sposób (z obecnego punktu widzenia bardzo prymitywny) w Niego wierzyłam – ale na pogłębieniu mojej wiary i dojrzałym spojrzeniu na Boga i Jego działanie w moim życiu. Moją uwagę zwróciła forma tych rekolekcji. Nie były to nudne wykłady teologów, monologi księży, jakie słyszałam na rekolekcjach w szkole podstawowej czy w czasie kazań, ale rozmowy, świadectwa wiary, dawane zarówno przez młodych, jak i starszych ludzi.

Po pierwszym dniu, gdy od obcych, często okrutnie doświadczonych przez życie ludzi usłyszałam tak piękne i ciepłe zwierzenia o miłości do Boga, o nawróceniu, które owocowało w ich życiu szczęściem, zmienił się we mnie wizerunek Boga. Wcześniej postrzegałam Go jako niedostępnego, biernego obserwatora życia, bo zezwalał na krzywdę i nigdy nie pomagał mi w rozwiązywaniu problemów. A tu nagle rekolekcjoniści przekonywali mnie, że to, iż Bóg nie spełnia naszych zachcianek i nie pomaga nam w realizacji niektórych planów, nie oznacza, iż nie bierze On udziału w naszym życiu. Tego dnia, gdy wróciłam do domu, spojrzałam wstecz i co dziwne, kiedy wszystko przemyślałam, okazało się, że mieli rację: Bóg działał w moim życiu, i to w dodatku na moją korzyść! Zrozumiałam wtedy, że ten mój krytyczny stosunek do Boga był błędem. Wynikał on z tego, że licząc na pomoc od Boga, tak naprawdę oczekiwałam rozwiązywania problemów w sposób, jaki sama sobie obmyśliłam – czyli chciałam tylko spełniania moich życzeń, bo każdą inną formę pomocy odczytywałam jako jej brak. Dostrzegłam również, że Bóg miał rację, nie spełniając wszystkich moich próśb, bo ich realizacja nie wyszłaby mi na dobre. Wtedy wyklarował mi się nowy obraz Boga: jako obecnego w mym życiu, troskliwego Ojca. Następnego dnia dowiedziałam się najpiękniejszej rzeczy, która zaważyła na mojej relacji z Bogiem, a mianowicie usłyszałam, że „Bóg jest we mnie (w tej wciąż błądzącej i źle Go oceniającej istocie) zakochany”.

Z początku trudno było mi w to uwierzyć, ale trzeciego dnia utwierdziło mnie w tym przekonaniu opowiadanie Kazika i postanowiłam całym sercem odwzajemnić to uczucie. W ten sposób Bóg zajął bardzo ważne miejsce w moim życiu. Te rekolekcje dały początek mojej bardziej dojrzałej wierze, która oczywiście pełna jest upadków, ale ma tak solidne podstawy, że trudno byłoby ją całkowicie wykorzenić z mojego serca. Dzięki tym trzem spotkaniom wiem, że Bóg kryje jeszcze przede mną wiele swych wspaniałych cech. Chęć ich odkrycia motywuje mnie do pogłębiania wiary, a teraz również szczerej miłości do Boga. Zyskałam jednak coś jeszcze, coś, czego mi bardzo brakowało, a co jest równie ważne jak wiara w Boga – uwierzyłam w człowieka, w to, że są jeszcze na świecie ludzie kierujący się w życiu określonymi  wartościami, co udowodnili mi swą serdecznością rekolekcjoniści. Ciekawa jestem, co dadzą mi następne rekolekcje, których już nie mogę się doczekać. A może teraz moja kolej, żeby coś dać z siebie innym w czasie rekolekcji?

Ania Nowak – uczennica

Przebudzenie

Rekolekcje były dla mnie czymś w rodzaju przebudzenia z otępienia, z zawieszenia w nicości. Stały się jednocześnie podstawą do dalszej pracy nad sobą, miejscem i czasem, do których mogę wrócić, aby nabrać sił. Dużo dały mi świadectwa osób prowadzących, szczególnie jedno, przez które okazało się, że Bóg nie zawsze przychodzi przez ogień, nagły wstrząs, ale także w lekkim powiewie nawiedza naszą duszę.

Wspaniałą rzeczą była dla mnie „wersja hard” (dodatkowe zajęcia popołudniowe). Dzięki niej rekolekcje, zamiast być okazją do wolnego czasu, kiedy tylko rano odbębniamy to, co trzeba, a po południu mamy czas dla siebie, stały się centrum dnia. Te dobrowolne zajęcia dały mi możliwość poświęcenia większości dnia dla Boga. To jest wręcz niesamowite – być tylko dla Niego i z Nim. Nigdy wcześniej nie miałem okazji tego doświadczyć. Rekolekcje sprawiły również, że po raz pierwszy starałem się żyć bez grzechu, nawet najdrobniejszego. Uświadomiłem sobie, jakie to trudne, ale i jak wspaniałe. Rekolekcje pokazały mi, że Kościół to nie tylko instytucja, z nakazami i zakazami, ale żywe członki Jezusa Chrystusa, które nie tylko pokutują i cierpią, ale potrafią się także bawić i cieszyć życiem.

Łukasz Szmit – uczeń

 

Odzyskałam nadzieję

Przez te trzy krótkie dni tak wiele się zmieniło. Znów odzyskałam nadzieję, na mojej twarzy zagościł uśmiech, a w sercu poczułam obecność i miłość Boga, w którą ostatnimi czasy wątpiłam. Podczas kolejnego pobytu w szpitalu obserwowałam przez okno ostatnie tygodnie zimy. Otrzymywałam wówczas spore dawki leków, po których nie czułam się najlepiej. Gdy wróciłam do domu, nie umiałam sobie znaleźć miejsca, wszystko mnie denerwowało, byłam przygnębiona. I właśnie wtedy dowiedziałam się od koleżanki, że w poniedziałek w szkole będą rekolekcje. Czułam się źle, ale jednocześnie wiedziałam, że muszę coś ze sobą zrobić.  Postanowiłam pójść.

Zaraz na początku, po modlitwie i krótkiej „prezentacji”, byłam pewna, że rekolekcje te będą wyjątkowe. I takie były. A wszystko to przez kilkoro wspaniałych ludzi, z którymi udało mi się zaprzyjaźnić. SZUKAĆ, ZNALEŹĆ i NIE ZGUBIĆ – te trzy główne myśli znalazły w moim życiu rzeczywiste odzwierciedlenie. Nie tylko ponownie znalazłam Boga, ale również znalazłam przyjaciół. Z pozoru obcy, zwyczajni ludzie, a tacy niesamowici. Rozmawiając z nimi miałam wrażenie, że znam ich od dawna. Bez żadnych przeszkód mogłam się przed nimi otworzyć i  powiedzieć o wszystkich troskach, bo w głębi serca wierzyłam, że staną się oni dla mnie nawigatorami wiary. Nie zawiodłam się. Skierowałam więc swoje kroki na wieczorną adorację, gdzie przystąpiłam do sakramentu pokuty. Zawsze była to dla mnie wyjątkowa chwila, ale towarzyszyła jej odrobina stresu. Tym razem było inaczej. Nie czułam się jak zwykły grzesznik, proszący jedynie o rozgrzeszenie, ale jak ktoś wyjątkowy, kto przyszedł, aby odzyskać miłość i dowiedzieć się, że żadne przeciwności nie mogą odsunąć nas od upragnionego celu.

Jednak najważniejszą chwilą była dla mnie modlitwa wstawiennicza, z którą jeszcze nigdy się nie spotkałam, a która tak wiele mi dała. To właśnie podczas niej usłyszałam tak dawno oczekiwany Boży głos: „Na krotką chwilę porzuciłem ciebie, ale z ogromną miłością cię przygarnę (...) Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie (...), mówi Pan”. Słowa te na nowo przywróciły mi chęci do życia, a przede wszystkim do walki. Dzięki nim mogłam lepiej znieść późniejsze doświadczenia...

Wszystkiego, co przeżyłam podczas tych wspaniałych chwil, dopełniła Eucharystia. Była ona, jak brzmią słowa poety, rzeczywistym tańcem Boga, w którym dzięki mocy Ducha Świętego poznaliśmy bezmiar Bożej miłości! (Doprowadziło nas to do wspólnego, dziękczynnego tańca i śpiewu z całych sił). Chwile spędzone na rekolekcjach pozostaną w moim sercu jeszcze bardzo długo. Są dla mnie wyjątkowe, gdyż po raz kolejny przekonałam się, że Dobry Pasterz nigdy nie pozostawia nas samych.

Magda Drożna – uczennica

 

Rekolekcje – torebka, pomalowane oczy, hurra! Trzy dni luzu!

Dla nauczycieli – czas wielkich porządków w domu, dla uczniów – odskocznia od obowiązków szkolnych i beztroskie pogaduszki. A w kościele wieje nudą i zimno przenika do głębi. Ktoś coś mówi, ktoś coś śpiewa, ktoś ziewa. Krzysiek dzisiaj świetnie wygląda. Druga godzina na twardej ławce staje się nie do zniesienia. Wszystko mnie uwiera, już nawet nie chce mi się patrzeć na Krzyśka. Chce mi się jeść, spać i marzę jedynie o tym, aby już stąd wyjść. Jutro nie przyjdę! Nie ma byka!

Słuchajcie, oni chyba zwariowali. Rekolekcje w szkole?! Przecież w kościele było cool! Można było się zerwać. Nikt na ciebie nie patrzył z bliska. Robiłeś tylko tłum.

Idę na następne spotkanie. Nikt mi nie kazał. Nikt nie sprawdza obecności, nie krzyczy, nie ściga. Chcę! Jest inaczej, fajni ludzie – tacy jak my. Małgośka wczoraj się rozpłakała na spotkaniu. Ruszyło ją, gdy gość opowiadał, jak odbił się od dna. Żaden brudas, podarciuch – normalny facet, a ginął. Kumple zajmowali się sobą, jemu został tylko On. On zaczyna się pojawiać jako Ktoś, o kim warto mówić, Ktoś, kto daje power, Ktoś, kto nie jest tylko w kościele. Jest! Muszę z Nim dzisiaj pogadać. O czym? O wszystkim. Czuję się jakoś lekko, coś odkrywam na nowo.

On jest! – jest tutaj wśród nas. Nie jest tematem tabu. Tutaj się o Nim normalnie mówi, bo mówią o Nim zwyczajni ludzie. Gdy w zaciszu gabinetu dyrektorskiego spotykamy się z osobami prowadzącymi rekolekcje, pytamy o odczucia, wrażenia, porażki, sukcesy. On daje nam moc, która pozwala zgadzać się na wszelkie szaleńcze pomysły katechetów. A pomysły czasami są odważne i ryzykowne. Kiedy mówię: zgoda, mam przed oczami drewniany krzyż, który będąc w liceum sama zrobiłam i gwoździem wyryłam na nim słowa: WIEM – JESTEŚ.

Katarzyna Łaza-Kulczyńska – dyrektor szkoły

To już nie nudy

Da tej pory rekolekcje kojarzyły mi się z godzinnymi spotkaniami dla młodzieży, jakie mogłam obserwować w rodzinnej parafii. Po rekolekcjach przeprowadzonych przez grupę ewangelizacyjną w mojej szkole już wiem, że ten wspólnie spędzony czas nie musi być nudny. Uczestnicząc w zajęciach dla młodzieży zrozumiałam, że można nie tylko słuchać nauk, ale przede wszystkim je przeżywać. I choć czasami intensywność zajęć była bardzo duża, to ogromne zaangażowanie prowadzących, wspaniałych młodych ludzi, i wielkie poświęcenie prowadzącego kapłana mobilizowały do udziału w wielkim rekolekcyjnym misterium. Imponująca różnorodność metod i form zmuszały do aktywnego udziału, a nade wszystko do refleksji i zastanowienia nad własnym życiem.

Szczególnych przeżyć dostarczyło mi wtorkowe nabożeństwo pojednania. Nastrój w kaplicy, charyzma prowadzącego kapłana i wręcz mistyczny śpiew psalmów spowodowały, że w mojej ocenie większość uczniów doświadczyła harmonii i spokoju wewnętrznego, a przede wszystkim odchodziła z kaplicy pojednana z Bogiem przez spowiedź. Jeszcze większą wartość tych rekolekcji docenię po pewnym czasie i będę do nich wracać na zajęciach wychowawczych, ale już dzisiaj życzę sobie i uczniom, aby następne rekolekcje były także prowadzone przez grupę ewangelizacyjną, która podobnie jak ta pobudzi nie tylko uczniów, ale i nauczycieli do szukania Boga.

Nauczycielka i wychowawczyni jednej z klas

 

W odpowiednich proporcjach

Rekolekcje w naszej szkole organizuję już od czterech lat i za każdym razem wyglądają one zupełnie inaczej. Staramy się spełniać oczekiwania młodzieży i dlatego zapraszamy ciekawych ludzi. Podczas Wielkiego Postu 2001 roku w naszej szkole rekolekcje „wygłosili” studenci krakowskich uczelni pod przewodnictwem brata Rafała Szymkowiaka. Pomysł był bardzo nowatorski, bo opierał się na znanym przeboju kinowym George’a Lucasa Poszukiwacze zaginionej Arki. Już same przygotowania oraz potężne zaplecze modlitewne robiły wrażenie. Pierwszy raz każdy uczestnik miał swego „anioła stróża”, który modlił się w jego intencji przed rekolekcjami, podczas ich trwania i po nich. Zaangażowano do tego maratonu ponad pięćset osób z całego kraju. Naturalnie młodzież również otaczała swą modlitwą ekipę prowadzących. Były to bez wątpienia najbardziej przemodlone rekolekcje w historii naszej szkoły.

Byłem bardzo zbudowany, widząc grupy młodzieży wsłuchane i wpatrzone w to, co im prowadzący ofiarowali. Pomyślano o wszystkich, bo były nie tylko rzeczowe konferencje, ale również koncerty, zabawy, świadectwa ludzi, którzy spotkali w swym życiu Boga. Dla chętnych, których nie brakowało – „wersja hard”, czyli nabożeństwa i spotkania popołudniowe. Prowadzący potrafili wspaniale wykorzystać czas i zainteresować młodych głoszonymi przez siebie poglądami. Wszystko było serwowane w odpowiednich proporcjach i nawet nauczyciele mogli swobodnie brać udział w spotkaniach. Każda konferencja była na tyle interesująca, że nie wchodził w rachubę problem utrzymywania odpowiedniej dyscypliny, gdyż młodzież była wręcz zachęcana do aktywności. Zamiarem prowadzących było maksymalne zaktywizowanie uczestników i pobudzenie do poszukiwań pewnych prawd, ich znajdowania oraz pielęgnacji, tak by ich nie zgubić.

Mimo że nikt nie oczekiwał natychmiastowych owoców, Bóg jednak nam je ofiarował. Wiele osób zainteresowało się rożnymi formami udziału świeckiej młodzieży w życiu Kościoła, a byli i tacy, którzy zapragnęli studiować teologię.

Dla mnie było to spotkanie z żywym Bogiem w Jego słowie, sakramencie pojednania i przede wszystkim w Eucharystii, która była celebrowana w sposób szczególnie uroczysty. Był to czas ładowania akumulatorów wiary i wierzę, że ten czas dobrze wykorzystałem. Najlepszym dowodem na skuteczność tych rekolekcji jest fakt, że wielu uczestników utrzymuje kontakty z prowadzącymi i wspiera ich swoją codzienną modlitwą.

Adam Maniura – katecheta

Kiedy byłam mała bawiłam się w szkołę i uczyłam misie

Jestem najstarsza w rodzinie, mam mnóstwo młodszych kuzynów i kuzynek – to ja zawsze wymyślałam zabawy, ze wszystkim ich zaznajamiałam, reżyserowałam przedstawienia dla rodziców. Potem w szkole zdarzało się, że nauczyciele prosili mnie o prowadzenie lekcji, kiedy mieli coś innego do zrobienia. Wybór studiów polonistycznych wydawał się więc idealny, bo zakładał rozwijanie moich zdolności i pasji.

Pod koniec liceum przeżyłam totalną zmianę światopoglądu i poznałam Jezusa. Przerzuciłam wtedy całą swoją energię na przekazywanie innym nie tyle wiedzy, ile właśnie prawdy o Nim. Zaangażowałam się we wspólnotę i we wszystkie możliwe akcje ewangelizacyjne. Wiem, że to było bardzo dobre, robiłam dla Boga to, co naprawdę kochałam. Zjeździłam wschód i zachód Europy, biorąc udział w organizacji przeróżnych seminariów i rekolekcji. Potem wróciłam i zostałam nauczycielką.

Jednak od dłuższego już czasu przestałam być pewna, że jestem powołana do ewangelizacji: „Dorosłam, patrzę realnie na życie, mam pracę – i to niejedną, mało czasu, mnóstwo obowiązków, poza tym nie ma ludzi niezastąpionych – są lepsi, którzy mają więcej zapału, a mniej rutyny”. To okropne słowo, którego nie lubię, tak samo jak tzw. „wypalenia się”. Wycofałam się z aktywnego udziału we wszystkich akcjach, przez ponad rok żyłam sobie spokojnie, odpoczywając. Miałam jednak poczucie, że coś jest nie w porządku. Zaczęłam się modlić, aby Bóg przywrócił mi swoją „pierwotną miłość”, taką, jaka była na początku, kiedy Go spotkałam.

Toteż propozycja współorganizowania rekolekcji w Bytomiu nieco mnie zaskoczyła. Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Bałam się, że będę niewiarygodna, że za mało we mnie ognia, że teraz umiem już tylko prowadzić lekcje w szkole, że jestem zdystansowana i sztywna. Decyzja jednak musiała być szybka. Postanowiłam spróbować, mówiąc sobie, że to ostatni raz, a jak rozczaruję wszystkich, to będę miała dowód, że powinnam się zająć czym innym. Poczułam wielką odpowiedzialność, bo to przecież ok. 400 osób, a nas niecała dziesiątka. Ale nie nastawiałam się na takie przygotowania! Myślałam, że będzie lekko, przyjemnie i wesoło, jako że ekipa wydawała się nieco zwariowana. Okazało się, że czeka nas mnóstwo pracy i wysiłku, na który składać się musiał także, niestety, mój. Podczas samych rekolekcji było jeszcze gorzej – wstawanie o świcie i dzień trwający 24 godziny. „Panie Boże – to już chyba nie dla mnie, weteranki”.

A jednak byłam w błędzie. Zobaczyłam to dopiero, gdy zdałam sobie sprawę, że potrzebowałam tych rekolekcji. Doświadczyłam ich mocno, choć po drugiej stronie mikrofonu. Na początku szukałam Boga ze wszystkimi, bo jak już wspomniałam, czułam się pusta. Drugiego dnia dotarła do mnie ponownie największa prawda mojego życia:, że Jezus mnie szalenie kocha, a Jego miłość jest ciągle świeża i nowa. Najbardziej jednak utkwiła mi w pamięci droga krzyżowa, która powstała dosłownie tuż przed nabożeństwem. Odgrywając rolę Weroniki, sama poczułam się tchórzem i zrobiło mi się wstyd, że Jezus się na mnie zawiódł. Myślałam też dużo o istocie cierpienia, bólu, nawet nie wiedząc, jak bardzo mi się to w przyszłości przyda. Odkryłam także, że organizowanie rekolekcji faktycznie nie ma sensu... jeżeli nie przeżywam tych rekolekcji sama. To dla mnie Jezus umarł na krzyżu i na mnie Mu zależy, więc dba o to, żebym się nawracała. Te rekolekcje naprawdę były dla mnie darem. Nigdy nie wiesz, przez co Bóg może przemówić do Ciebie, czym zechce się posłużyć, aby coś do Ciebie, człowieku, dotarło. Zrozumiałam, że każdy, więc także i ja, jest posłany, by głosił Dobrą Nowinę – jeden na rekolekcjach, inny przykładem codziennego życia, jeszcze inny przez pisanie książek czy śpiewanie. Nie wiem, czy jeszcze będę prowadziła jakieś rekolekcje. Może Bóg użyje mnie w zupełnie inny sposób? Ale jedno jest pewne – ogień, który rozpalił w nas Duch Święty, nie wygasa nigdy. Czasem wydaje się, że jest bardzo przytłumiony, ale on ciągle i nieprzerwanie jest.

Kasia Krzyścin – prowadząca

Kilka słów o lękach i uzdrawianiu

Jadąc na te rekolekcje, miałam w sobie sporo lęku. Bo co innego spotykać się raz na jakiś czas i dyskutować o teoriach, a co innego stanąć RAZEM przed ludźmi i głosić Chrystusa. Zwłaszcza że cała nasza ekipa to zbieranina ludzi „z rożnych bajek”, o rożnym doświadczeniu Kościoła i wspólnoty, preferujących rożne sposoby modlitwy. I pierwszym moim doświadczeniem było doświadczenie jedności. Pan Bóg wszystko to poskładał, przemienił i uzdrowił. Dużo się razem modliliśmy i naprawdę byliśmy wspólnotą, gdzie każdy dawał z siebie wszystko, co mógł, swoje pomysły, talenty. Nie byliśmy jednomyślni, zdarzało się, że każdy miał własną wizję i trudno było się dogadać, ale cały czas uczyliśmy się otwartości na siebie nawzajem.

Rekolekcje w Bytomiu nie były pierwszymi rekolekcjami, które współtworzyłam. Ale zawsze pozostaje jakaś niepewność, jakaś trema, chęć, by naprawdę wszystko poszło tak, jak sobie zaplanowaliśmy, wymarzyliśmy. Momentami wydawało mi się, że to ja lepiej wiem, jak głosić Pana niż On sam, że moje sposoby są lepsze i ciekawsze. No i znowu przyszło oczyszczenie. Pan ciągle nam pokazywał, że choćbyśmy się nie wiadomo jak starali, choćbyśmy stawali na głowie i klaskali uszami – wszystko będzie na nic, jeśli Jego z nami nie będzie. I odwrotnie: w chwilach, gdy coś nam się waliło i szło zupełnie w inną stronę, kiedy mimo planu i przygotowania płynęliśmy nie wiadomo dokąd (a takie momenty też nam się zdarzały) – czuło się, że Duch Święty prowadzi, że zabiera lęk. Po prostu „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. I więcej nic.

Kolejne doświadczenie to doświadczenie spotkania z drugim człowiekiem. Taka też była po części nasza rola – służyć obecnością, rozmową, modlitwą. I jakoś tak się działo, że Pan Bóg przysyłał „odpowiednich” ludzi, takich, którym mogłam jakoś pomoc, z którymi mogłam podzielić się jakimś swoim doświadczeniem. I olśnienie – że Najwyższy zawsze zna czas i miejsce, zna nasze możliwości; że gdy daje zadania, które wydawałoby się nas przekraczają, daje też siły, by podołać; że On stawia nas w konkretnych sytuacjach, byśmy tam służyli Mu najlepiej jak potrafimy. Dla mnie niesamowicie ważna i niesamowicie piękna była świadomość, że tyle ludzi z całej Polski się za nas modli. Za każdego z osobna i za wszystkich razem. To było chyba wielkie doświadczenie „potęgi” Kościoła, „potęgi” wspólnoty i moment, kiedy naprawdę można było to docenić.

Co mi te rekolekcje dały? Długo by można o tym pisać. I przypuszczalnie nie ma takich słów, którymi dałoby się to wyrazić. Na pewno otwarły mnie na drugiego człowieka, nauczyły trochę pokory. I dały taką niezachwianą świadomość, że każdy z nas powołany jest do głoszenia Chrystusa. Jeśli spotkałeś Boga na swojej drodze, jeśli doświadczyłeś Jego Miłości, to musisz się tym dzielić. A z tego dzielenia płynie wielka radość i Pan działa cuda na naszych oczach – cuda maleńkie, codzienne, ale takie, które przemieniają wszystko.

Magdalena Czopek – prowadząca