publikacja 19.01.2012 00:15
Rzeź ludności Wandei to jedna z czarnych plam na sumieniu Francji. Od czasów Wielkiej Rewolucji historycy mieli dbać, by Francuzi nie pamiętali o tej zbrodni. Kłamstwo wandejskie wyszło na jaw, ale jego demaskatorzy są dziś prześladowani.
strona int.
Walki w Wandei na XIX-wiecznym obrazie Paula-Emila Boutigny
Wandea jest raną, która przynosi chwałę – napisał Victor Hugo w „Roku 93”. W wojnie domowej o Wandeę brał udział jego ojciec, Hugo więc w książce spisał relację naocznego świadka: okrucieństwo o wyjątkowej skali. Z Wandejczyków zdzierano żywcem skórę i robiono z niej ubrania dla wojska, wbijano ich na pale, topiono na tratwach. Hugo nie użył jednak słów „terror” ani „ludobójstwo”. O Wandei we Francji milczano przez ponad sto lat.
– Próbowano mnie szantażować i zmusić do wycofania książki z obiegu oraz negacji moich dowodów. Nie zgodziłem się. Zwolniono mnie najpierw z liceum, gdzie wykładałem, a potem z uczelni – wspomina.
Sécher: – Chodziło o wyniszczenie ludności, zmazanie z mapy regionu, który był głęboko katolicki i jako jedyny stanął w obronie i króla, i księży w czasie Rewolucji Francuskiej. Najbardziej szokuje fakt, że decyzje o eksterminacji, w postaci dwóch dokumentów z 1 sierpnia 1793 r., wydały oficjalnie najwyższe organa państwowe. – Wandeę należało spalić i zniszczyć, tak by stała się regionem niezamieszkanym.
– By udowodnić, że wnioski wyciągam na podstawie konkretnych dokumentów – mówi Sécher.
Burza w parlamencie
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł