Gadać łatwo. Gdy przychodzi czas konkretnych wyborów...
Próbuję zrozumieć. Próbuję się wczuć w ich sytuację. Wiem, że człowiek nieraz nie kieruje się trzeźwą oceną spraw, ale tym co chciałby by było prawdą. Wiele razy już to widziałem. Na naszym polskim i na kościelnym podwórku też. Nie mogę też zaręczyć, że sam nigdy czemuś takiemu nie uległem. Mimo wszystko to, że w tym wypadku chodzi o konfrontację życia z Ewangelią, i to w bardzo ważnej sprawie, budzi we mnie... Smutek? Niesmak? A może jakąś złośliwą satysfakcję? Albo i przerażenie? Chyba wszystkie te po trochu. Chodzi o wystąpienia dwóch prawosławnych patriarchów. Z Moskwy i z Belgradu.
Patriarcha Cyryl kolejny raz ponad Boże prawo postawił swój naród, Rosję. To ona – tak odczytuję jego wypowiedź – jest dla niego najważniejsza. Dla niej moralnie dopuszczalne jest wszystko. Wiara w Chrystusa ma pełnić wobec jej spraw jedynie rolę służebną. W najlepszym wypadku – powinny być stawiane na równi. Nie, jednak nie rozumiem. Bo słowa te wypowiada nie jakiś tam pierwszy lepszy wierny tej wspólnoty, ale jej najwyższy pasterz. Nie oczekuję wielkich potępień tego, co Rosja robi z Ukrainą. Rozumiem, że sytuacja jest delikatna. Ale jako wierzący w Chrystusa spodziewałbym się większej powściągliwości. Tymczasem nie ma jej. Nie pierwszy zresztą już raz...
W drugiej sprawie czuję się bardziej zagubiony. Wprawdzie międzynarodowy trybunał skazał Radko Mladića za wojenne zbrodnie, ale wiem, że świat Zachodu patrzył na wojnę po rozpadzie Jugosławii w sposób dość jednostronny. Nie sądzę jednak, że człowiek ten został skazany za coś, czego nie zrobił. Jeśli dopuścił się zbrodni, choćby i w obronie słusznej sprawy, nie powinien być czczony jak bohater. Tymczasem znów – na jego pogrzebie wielu księży i serbski patriarcha Porfiriusz. I te słowa o niesprawiedliwości jaka spotkała Mladića, to odwoływanie się do sądu Bożego... Czy przykazanie „nie zabijaj”, gdy chodzi o sprawy narodu, przestaje obowiązywać? Trudno mi z takim postawieniem sprawy się zgodzić...
Marna dla mnie pociecha, że chodzi o hierarchów prawosławnych. Bardzo mnie niepokoi, że ktoś stojący w Kościele tak wysoko, może na rzecz jakiejś idei tracić z oczu Ewangelię z jej Chrystusowym Kazaniem na Górze. Ile warte jest w tym kontekście ich nauczanie, ich świadectwo? Czy nie stają się po prostu urzędnikami państwa „na kierunku religijnym”?
Zwłaszcza w tej drugiej sprawie nie chcę jednak formułować kategorycznych sądów. Mogę przecież czegoś ważnego nie wiedzieć, czegoś nie widzieć. To moje zakłopotanie tymi sytuacjami skłania mnie jednak do konstatacji, że coś takiego, przyjęcie takiej postawy, grozi nam wszystkim. I zwykłym wiernym i księżom i biskupom. Wszyscy możemy w jakieś sytuacji ponad Chrystusa postawić jakiegoś bożka. Czy będzie nim naród, czy święty spokój, czy mamona – to już zależy od okoliczności. Łatwo mówić o potrzebie kierowania się w życiu Ewangelią, gdy taka postawa nie wymaga większego wysiłku. Prawda wychodzi na jaw, gdy trzeba wybierać, co dla nas ważniejsze. Niestety, zbyt często to smutna prawda.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |