Jedną z najbardziej wyrafinowanych form ucieczki przed trudną rzeczywistością jest ucieczka w iluzję.
Nie dlatego, że iluzja odrywa nas od świata, lecz dlatego, że każe nam wierzyć, iż źródło naszych problemów znajduje się zawsze na zewnątrz.
W tradycji monastycznej zachowała się opowieść o mnichu, który przez lata wędrował w poszukiwaniu szczęścia. Zmieniał klasztory, odwiedzał pustelnie, szukał mistrzów życia duchowego. Wydawało mu się, że gdzieś istnieje miejsce, w którym modlitwa stanie się łatwiejsza, ludzie mniej uciążliwi, a serce zazna pokoju. Kiedy wrócił do swojej celi, zrozumiał jedną z najtrudniejszych prawd: dokądkolwiek szedł, wszędzie zabierał ze sobą siebie.
Ta opowieść mówi o nas więcej, niż chcielibyśmy przyznać. Żyjemy w świecie, który podpowiada, że szczęście znajduje się gdzie indziej: jeszcze jeden awans, podróż, nowe mieszkanie, znajomość czy doświadczenie. Wystarczy zmienić dekoracje, a życie nabierze kolorów.
Łatwo uwierzyć, że źródłem naszego niepokoju są okoliczności. Tymczasem zmiana zewnętrznych dekoracji często nie rozwiązuje wewnętrznych konfliktów. Uciekając, zabieramy ze sobą ten sam niepokój. Można wymienić telefon, samochód, pracę czy miejsce zamieszkania. Znacznie trudniej odmienić własne serce.
Może dlatego tak trudno wytrwać. Gdy codzienność staje się szara i przewidywalna, pojawia się pokusa ucieczki. A przecież właśnie zwyczajność jest miejscem, w którym dojrzewa człowiek. Codzienne obowiązki i relacje z ludźmi, którzy nie zawsze spełniają nasze oczekiwania, uczą cierpliwości i prawdy o sobie.
Najgłębsze skarby ducha nie leżą na horyzoncie kolejnych nowości. Są ukryte blisko nas i odsłaniają się tym, którzy mają odwagę zostać. Ta sama iluzja przenika życie duchowe. Niekiedy wydaje nam się, że Boga można spotkać jedynie w chwilach niezwykłych: podczas rekolekcji, pielgrzymki czy religijnego wzruszenia. Tymczasem Jezus większą część swojego ziemskiego życia spędził w Nazarecie – w pracy, modlitwie i codziennych obowiązkach. Jakby chciał powiedzieć, że droga do świętości nie prowadzi obok codzienności, ale właśnie przez nią.
Dlatego tak mocno brzmią Jego słowa: „Królestwo Boże pośród was jest” (Łk 17,21). Nie na końcu wszystkich poszukiwań. Nie po następnej zmianie. Ono jest bliżej, niż przypuszczamy.
Dobrze pokazuje to Ewangelia o kobiecie kananejskiej (Mt 15,21–28). Przychodzi do Jezusa z wielkim bólem. Prosi, woła, nie rezygnuje. Jezus początkowo milczy, a Jego odpowiedź wydaje się twarda. Mimo to kobieta nie odchodzi. Zostaje przy Jezusie.
I właśnie tutaj objawia się prawda przeciwna iluzji. Wiara nie polega na tym, że zawsze rozumiemy Boga i natychmiast otrzymujemy to, o co prosimy. Wiara polega na tym, że nawet wtedy, gdy nie rozumiemy, pozostajemy. Kobieta kananejska nie pozwala, aby trudność stała się powodem odejścia. Jej wiara dojrzewa właśnie w próbie. Dlatego Jezus mówi: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz” (Mt 15,28).
Może właśnie tego potrzebujemy w świecie iluzji: nie kolejnej ucieczki, lecz wytrwania. Nie zmiany wszystkich okoliczności, ale głębszego zakorzenienia w Bogu. Antidotum na iluzję jest także odzyskanie właściwego sensu czasu. Iluzja mówi: „zacznę żyć naprawdę później”, „kiedy zmieni się moja sytuacja”, „kiedy znajdę właściwe miejsce”. Tymczasem wiara mówi: Bóg przychodzi do człowieka w czasie, który właśnie otrzymuje.
Przypomina nam o tym rok liturgiczny. Nie jest jedynie religijnym kalendarzem ani powtarzaniem dawnych wydarzeń. Jest drogą, na której misterium Chrystusa staje się żywą rzeczywistością. Jak przypomina Leon XIV w katechezie z audiencji generalnej (12 sierpnia 2026), pomaga nam on przeżywać dzieło zbawienia jako rzeczywistość, w której Chrystus pozostaje obecny. Człowiek często żyje między przeszłością a przyszłością: wraca do tego, co było, albo czeka na to, co dopiero nadejdzie. Tymczasem Bóg spotyka nas dzisiaj.
Dlatego niedziela jest czymś więcej niż przerwą w pracy. Jest Dniem Pańskim, który nadaje sens całemu czasowi. Jest cotygodniową Paschą – przypomnieniem, że historia naszego życia zmierza ku Chrystusowi i ku pełni, którą On obiecał. Także Eucharystia nie jest religijnym dodatkiem do życia. W niej człowiek wraca do rzeczywistości i staje przed Bogiem takim, jaki jest. Eucharystia mówi nam: nie musisz czekać na inne życie, żeby spotkać Boga. On przychodzi do ciebie w tym życiu, w tym czasie, w tej konkretnej chwili.
Wracam myślami do wędrującego mnicha. Być może zrozumiał, że przez całe życie szukał miejsca, podczas gdy Bóg cierpliwie czekał na niego nie w innym klasztorze, ale w jego własnym sercu. Może więc największą iluzją jest przekonanie, że życie zacznie się naprawdę dopiero jutro. Ewangelia mówi coś dokładnie przeciwnego. Życie, łaska i obecność Boga mają adres: dzisiaj.
Nie musimy nieustannie szukać innego miejsca, innego czasu, innego życia. Potrzebujemy nauczyć się być obecni w tym, które zostało nam dane. Bo szczęście odnajduje nie ten, kto szuka nowego miejsca, lecz ten, kto pozwala Bogu przemienić swoje serce tam, gdzie właśnie żyje.
Kościół daje nam rytm niedziel, świąt, Adwentu, Bożego Narodzenia, Wielkiego Postu i Wielkanocy nie po to, abyśmy uciekali od czasu, ale abyśmy odkryli, że czas może stać się miejscem spotkania z Bogiem. I wtedy znika iluzja, że trzeba gdzieś dojść, żeby naprawdę zacząć żyć. Bo Chrystus już jest. Tutaj. Teraz. I czeka.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
To były bardzo treściwe słowa, zawierające istotę naszego życia i misji w Kościele.
Świat jest spragniony autentycznego życia, komunii i pokoju.