Nigdy wcześniej człowiek nie miał tak wielu możliwości wyboru jak dziś.
Wybiera niemal wszystko – od muzyki i informacji po styl życia i własne przekonania. Coraz częściej próbuje jednak wybierać także Boga. Tak rodzi się wiara wygodna, pozbawiona wymagań, dopasowana do własnych oczekiwań. To już nie jest naśladowanie Chrystusa, ale tworzenie religii na własny użytek. Taka wiara rodzi się szybko i równie szybko gaśnie. Jest jak moda – głośna, atrakcyjna i przemijająca. Tymczasem Bóg – jak przypomina historia proroka Eliasza – nie objawia się w tym, co spektakularne i hałaśliwe, lecz w „szmerze łagodnego powiewu”. Trzeba więc bardziej słuchać Boga niż własnych oczekiwań.
Paradoksalnie, jednym z największych zagrożeń dla współczesnego chrześcijaństwa nie jest otwarta niewiara, lecz wiara udawana. Taka, która zachowuje religijne gesty, ale odrzuca ewangeliczną treść. Z Ewangelii wybiera się miłosierdzie, pomijając nawrócenie. Chętnie mówi się o miłości, lecz milczy o prawdzie. Oczekuje się błogosławieństwa, ale odrzuca krzyż. W efekcie człowiek nie słucha Boga, lecz własnych pragnień. Nie odkrywa Chrystusa – próbuje stworzyć Go na własny obraz.
Clive Staples Lewis trafnie zauważył: „Nie szukam religii, która zgadza się z moimi poglądami. Szukam religii, która jest prawdziwa”. To zdanie jest wyrzutem sumienia dla czasów, w których prawdę coraz częściej zastępuje wygoda. Chrześcijaństwo nie zostało dane po to, aby poprawiać nasze samopoczucie, ale po to, by prowadzić do świętości. Ewangelia nie ma nas utwierdzać w błędach – ma nas z nich wyprowadzać.
Dlatego Jezus wypowiada słowa, które pozostają boleśnie aktualne: „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie” (Mt 15,8). To jedno z najmocniejszych ostrzeżeń skierowanych do ludzi religijnych. Można modlić się, uczestniczyć we Mszy Świętej, mówić o wartościach, a jednocześnie żyć tak, jakby Boga nie było. Święty Jakub nie pozostawia złudzeń: „Wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2,26).
Piotr odważył się wyjść z łodzi i dopóki miał wzrok utkwiony w Jezusie, szedł po wodzie. Zaczął tonąć dopiero wtedy, gdy bardziej uwierzył swoim lękom niż słowu Chrystusa. Tak samo dzieje się z człowiekiem, który przestaje patrzeć na Pana, a zaczyna kierować się wyłącznie własnym osądem. Wiara przestaje być wtedy zaufaniem Bogu, a staje się projektem samego siebie.
Kościół nie jest po to, aby dostosowywać naukę Chrystusa do oczekiwań świata, lecz aby wiernie ją głosić, nawet wtedy, gdy staje się niewygodna. Od dwóch tysięcy lat przypomina tę samą prawdę: wiara nie jest prywatnym projektem ani zbiorem osobistych opinii. Jest odpowiedzią na Boga, który się objawił. Nie człowiek poprawia Ewangelię – to Ewangelia ma przemieniać człowieka.
Moda przemija. Emocje gasną. Społeczne trendy zmieniają się z każdym pokoleniem. Jedynie Chrystus pozostaje ten sam – „wczoraj i dziś, ten sam także na wieki” (Hbr 13,8). Dlatego warto uczciwie zapytać samego siebie: czy wierzę w Chrystusa, który mnie przemienia, czy w Boga, którego sam sobie stworzyłem? Od odpowiedzi na to pytanie zależy nie tylko jakość naszej wiary, lecz także nasze zbawienie.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
To były bardzo treściwe słowa, zawierające istotę naszego życia i misji w Kościele.
Świat jest spragniony autentycznego życia, komunii i pokoju.