Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje... W jaki sposób świętość Joanny Beretty Molli ukazywała się w jej rodzinnej codzienności? Czym dla niej było życie, wiara i miłość? O tym wszystkim mówi najbliższa jej osoba - mąż świętej.
Pana żona bardzo kochała dzieci. Jak przejawiała się ta miłość?
Joanna okazywała dzieciom szczególną troskę i czułość. Potwierdzeniem jej miłości do dzieci był entuzjazm i radość, z jaką zgodziła się – wkrótce po naszym ślubie – na pełnienie funkcji kierownika pogotowia rodzinnego w Magenta Ponte Nuovo oraz lekarza szkolnego w dwóch szkołach: szkole prowadzonej przez Córki Miłosierdzia oraz w szkole podstawowej w Ponte Nuovo. To właśnie dlatego, że Joanna kochała dzieci, chciała mieć liczną rodzinę.
Widział Pan, jak Joanna zajmowała się dziećmi?
Tak, wielokrotnie. Podziwiałem wtedy jej delikatność, uwagę i czułość. Było to prawdziwie macierzyńskie uczucie kobiety, która z entuzjazmem przyjęła powołanie matki i lekarki. Już w liceum Joanna była odpowiedzialna za grupę najmłodszych dziewcząt w Akcji Katolickiej. Myślę, że to również świadczy o jej miłości do dzieci.
Potem ta miłość znalazła naturalny wyraz w miłości macierzyńskiej.
Tak. Nasze dzieci były jej radością, dumą, skarbem, jak często powtarzała. Z ich powodu i razem z nimi jej radość była pełna i doskonała.
Jeśli Joanna tak kochała dzieci, to tym mocniejsze jest jej świadectwo – zdecydowała się umrzeć, aby mogło przyjść na świat kolejne dziecko.
Niewątpliwie dała świadectwo heroicznej miłości macierzyńskiej. Był to niezwykle trudny wybór dla Joanny jako matki i kobiety, która bardzo kochała trójkę swoich dzieci i chciała żyć. Kochała życie i cieszyła się nim w całej pełni.
Tę decyzję można dobrze zrozumieć i właściwie ocenić tylko w świetle przekonań Joanny, która była świadoma swego macierzyństwa i ufała Opatrzności bez żadnych zastrzeżeń. Joanna miała silne przekonanie, że dziecku, które nosiła w łonie, należy się miłość i szacunek i że nie można decydować o jego życiu według własnego uznania.
Im bardziej myślę o tej dramatycznej decyzji, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że ta pełna życia kobieta złożyła ogromną ofiarę. Trzeba było dokonać okrutnego wyboru: poświęcić dziecko albo oddać własne życie i osierocić czwórkę dzieci; niewiele osób zdecydowałoby się na taki krok. Nie umiem powiedzieć nic więcej, jak tylko podkreślić ufność Joanny w Opatrzność.
Czy jeszcze pamięta Pan te bolesne chwile?
Nie tylko pamiętam. Widzę tamte wydarzenia, jakbym je znowu przeżywał. Widzę, jak rano w Niedzielę Wielkanocną 1962 roku na oddziale położniczym szpitala w Monzy Joanna podnosi z wielkim trudem córeczkę, żeby ją przytulić, całuje ją i patrzy na nią ze smutkiem i z bólem. Był to dla mnie znak, że Joanna wiedziała, iż wkrótce ją osieroci. Odtąd cierpienia Joanny trwały nieprzerwanie. Wzywała swoją matkę, żeby przyszła do niej i pomogła jej, kiedy nie mogła już wytrzymać z bólu. Ofiara mojej żony dokonywała się dramatycznie i powoli – jakby Joanna towarzyszyła Chrystusowi w Jego męce i śmierci na krzyżu. W poniedziałek cierpienia jeszcze się zwiększyły. Chciałem być stale przy Joannie, dlatego nocowałem w Monzy, w moim dawnym kolegium św. Józefa. Potem szczęśliwie wróciła z Indii siostra Joanny, s. Virginia, i cały czas była przy cierpiącej siostrze. W nocy z wtorku na środę przyszła zapaść. W środę rano Joanna odzyskała przytomność i mi powiedziała: „Pietro, byłam już tam. Gdybyś wiedział, co zobaczyłam! Pewnego dnia opowiem Ci o tym. Ale ponieważ byliśmy ogromnie szczęśliwi, było nam bardzo dobrze z naszymi cudownymi dziećmi, obdarzonymi zdrowiem i łaską, z całym błogosławieństwem z nieba, odesłano mnie z powrotem, żebym jeszcze trochę pocierpiała, bo nie wypada pokazać się przed Obliczem Pana, nie doświadczywszy wcześniej wielu cierpień”. To była nasza ostatnia rozmowa. Potem powiedziała jeszcze kilka słów, które były jakby testamentem radości i cierpienia, powierzenia się Bogu i zaufania do Niego.
Podkreślę raz jeszcze, że właśnie zaufanie do Boga i Opatrzności dała Joannie odwagę do podjęcia decyzji miłości, która kosztowała ją życie. Nie można jednak sądzić, że było jej łatwo przyjąć cierpienie i uczestniczyć w jego tajemnicy.
Uczestnictwo w tajemnicy cierpienia nie ominęło jednak również Pana.
Tak. We wrześniu 1961 roku, kiedy żona była w drugim miesiącu ciąży, wykryto u niej włókniaka macicy. Bardzo się przejąłem, kiedy Joanna nalegała przed operacją, żeby ratować życie dziecka, nawet z poświęceniem jej życia. Przez następne siedem miesięcy czekaliśmy na poród. Cierpienie zwiększyło się, kiedy Joanna na kilka dni przed porodem powiedziała mi, że jeśli trzeba będzie dokonać wyboru między życiem jej a dziecka, chce, żeby ratować dziecko. Po porodzie cierpiałem wraz z Joanną. Szukałem schronienia w wierze, modlitwie, Opatrzności, unikałem myśli, że Joanna może umrzeć.
Po śmierci Joanny tajemnica cierpienia przytłoczyła mnie i dzieci pozbawione mamy. Często patrzyłem na Jezusa ukrzyżowanego; pomagała mi pewność, że Joanna jest w niebie, u Boga.
Z niezwykłą siłą dotarły wtedy do mnie słowa, które usłyszałem od pewnego dominikanina, kiedy byłem w latach pięćdziesiątych w Seregno na Mszy Świętej w Uroczystość Bożego Ciała: „Eucharystia jest wielkim darem i tajemnicą, ale prawdziwą tajemnicą dla człowieka jest cierpienie”. Również Eucharystia rodzi się z cierpienia i śmierci.
Proszę pomyśleć o szpitalach, które często bezwiednie mijamy. Tymczasem są to całe miasta cierpiących mężczyzn i kobiet, umierających dzieci. To wielka tajemnica!
Czasami są osoby, które mogłyby się uratować, a jednak umierają. Joanna mogła się uratować, istniała możliwość ocalenia jej życia, ona jednak wybrała śmierć. Jeszcze raz, równie dramatycznie, doświadczyłem tajemnicy cierpienia, kiedy zmarła moja córka Mariolina.
Nasuwa się pytanie: „Dlaczego?”.
To pytanie Hioba, na które nikt nie umiał mu odpowiedzieć; uczynił to dopiero Jezus Chrystus na krzyżu. Syn Boży wzywa nas, abyśmy razem z Nim weszli na krzyż i by złożono nas do grobu.
Wyznam, że długo szukałem wytłumaczenia, dlaczego Pan nie wysłuchał modlitw moich, członków rodziny i wielu innych osób o ocalenie życia Joanny. Pierwsze światło w moich bolesnych poszukiwaniach odnalazłem w słowach kardynała Giovanniego Colombo, który – podczas ceremonii nadania imienia Joanny obu szkołom podstawowym w Ponte Nuovo 24 września 1966 roku – powiedział:
„Wobec tak wielkiego świadectwa, o którym Kościół nie może zapomnieć, chce się milczeć, medytować, podziwiać, modlić się. Jednocześnie w sercu pojawia się pragnienie, abyśmy byli godni tej duszy, którą Pan na pewno zesłał na ziemię, aby coś nam przekazać. On powiedział, że nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za tych, których kocha”. Joanna miała odwagę, aby pójść drogą tej największej miłości i uczestniczyć w zbawczej ofierze, którą złożył Pan Jezus.
Musiałem sam siebie przekonać, że cierpienie jest tajemnicą nawet w świetle naszej wiary. Doświadczyłem, że jedynym sposobem jego przyjęcia jest zjednoczenie się z Jezusem ukrzyżowanym. Teraz wiem, że życie Joanny, jej świadectwo i ofiara są częścią planu Bożego. W jej notatkach z przemówień do dziewcząt z Akcji Katolickiej jest fragment, który zawsze robi na mnie szczególne wrażenie i nad którym się dłużej zatrzymuję. Może już wtedy przeczuwała, że w przyszłości stanie przed dramatycznym wyborem: „Nie można kochać bez cierpienia i cierpieć bez miłości. Spójrzcie na matki, które rzeczywiście kochają swoje dzieci, ile ofiar dla nich ponoszą! Są gotowe na wszystko, również na przelanie własnej krwi. Czy Jezus nie umarł na krzyżu za nas, z miłości do nas? Ofiara krwi potwierdza i przypieczętowuje miłość”.
*
Artykuł zawiera fragment z książki „Święta Joanna Beretta Molla we wspomnieniach męża”, Pietro Molla, Elio Guerriero, wyd. eSPe. Zobacz więcej: https://boskieksiazki.pl/pl/p/Swieta-Joanna-Beretta-Molla-we-wspomnieniach-meza/1447

Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej przekazało pierwsze informacje.
Propozycja dla wszystkich, którym bliskie są historia lokalnych wspólnot i świadectwa wiary.