Chciałam być niewidoczna

Więź 8-9/2011

Rozpoczęta na terapii praca nad sobą wciąż trwa i jest to bardzo ciężka praca. Są momenty, kiedy wydaje mi się, że trudne wspomnienia już tak nie bolą, jak kiedyś. Wystarczy jednak moment – jakiś głos, czyjś dotyk, podobna sylwetka, coś, co przypomina tamtego człowieka, czy sytuację – i znowu ogarnia mnie paraliż, i nie wiem, co robić.

 

Jabłońska

Minęło dziesięć lat od czasu, kiedy publicznie wyznała Pani, że ksiądz z Tylawy wykorzystywał Panią seksualnie. Potem część parafian oskarżyła Panią o oczernianie swojego proboszcza. Mówi się, że czas leczy rany – czy Pani rany zostały choć w części uleczone?

Orłowska

Od tamtego czasu wiele się w moim życiu zmieniło. Wyjechałam z rodzinnej Mszany, zamieszkałam w dużym mieście, przez dwa lata korzystałam z terapii. Myślę, że bez wyjazdu z Mszany, gdzie byłam szykanowana, i bez terapii – nie przeżyłabym. Byłam wyczerpana nie tylko tym, co wiązało się ze sprawą o molestowanie seksualne przez księdza, ale w ogóle moją życiową sytuacją. Miałam myśli samobójcze, przed tym krokiem powstrzymywały mnie tylko dzieci, którym byłam potrzebna.

Moja terapeutka pomogła mi znaleźć klucz do wielu problemów. Uświadomiłam sobie, że moje dzisiejsze życie bardzo zależy od doświadczeń z przeszłości. Rozpoczęta na terapii praca nad sobą wciąż trwa i jest to bardzo ciężka praca. Są momenty, kiedy wydaje mi się, że trudne wspomnienia już tak nie bolą, jak kiedyś. Wystarczy jednak moment – jakiś głos, czyjś dotyk, podobna sylwetka, coś, co przypomina tamtego człowieka, czy sytuację – i znowu ogarnia mnie paraliż, i nie wiem, co robić. Teraz już potrafię dość szybko z tego lęku się otrząsnąć, ale na początku było to bardzo trudne. Tuż po przeprowadzce do Rzeszowa szliśmy z dziećmi po naszym osiedlu i nagle zobaczyłam mężczyznę, który bardzo przypominał ks. Moskwę, a może mnie się tylko wydawało, że był podobny. Sparaliżowało mnie, chciałam uciekać, ale nie mogłam. Kiedy doszłam do siebie, wróciłam do domu i przez parę dni bałam się wyjść, bałam się spotkać tego mężczyznę. W momencie zagrożenia człowiek nie jest w stanie myśleć jak dorosły, wraca się do tamtego momentu z przeszłości, wracają tamte reakcje.

Część moich najbliższych znajomych wie o mnie i na przykład pilnują, żeby na jakimś spotkaniu towarzyskim nie dosiadali się do mnie podpici mężczyźni. To nic, że jestem dorosła i pośród ludzi. Wystarczy jakiś gest, sytuacja i przestaję działać racjonalnie. Zdarzyło mi się to niedawno podczas spotkania pożegnalnego jednego z naszych pracowników. Odmówiłam zatańczenia z kolegą, ten jednak usiłował porwać mnie do tańca. Wyrwałam mu się z całych sił i wybiegłam z domu, chciałam biec do pobliskiego lasu – nieważne, że był wieczór. Wybiegł za mną ktoś ze znajomych, pytał, dokąd biegnę. A ja na to: „Nie boję się lasu, boję się ludzi”. Całe szczęście on mógł mi powiedzieć: „Nic ci nie grozi, my jesteśmy”.

Wciąż nie umiem w niektórych sytuacjach nad sobą zapanować, ogarnia mnie lęk, który każe mi uciekać, czasem nawet uderzyć. Dla tych, którzy nic o mnie nie wiedzą, to na pewno bardzo dziwne – tak przecież nie zachowuje się dorosły człowiek.

Zacznij od wybaczania

Jabłońska

Ci, którzy znają Pani historię, patrzą na Panią inaczej?

Orłowska

W zeszłym roku wystąpiłam w „Rozmowach w toku” Ewy Drzyzgi. Program widziała część znajomych z pracy. Wydaje mi się, że oni teraz trochę inaczej na mnie patrzą, lepiej rozumieją, dlaczego czasem tak impulsywnie reaguję. Jeżeli doświadczyło się w życiu od ludzi wielu krzywd – a tak było w moim przypadku – to trudno przestać się bać, że inni też będą nas krzywdzić. Moja sytuacja jest tym trudniejsza, że ta krzywda towarzyszyła mi od samego dzieciństwa. Najpierw odrzucenie przez rodziców, w wieku czterech lat molestowanie, które trwało do czasu, kiedy skończyłam 13 lat. Potem nieudane małżeństwo, wreszcie groźby ze strony mieszkańców Mszany. Pozostał dystans do ludzi. Ciągle mam problem z tym, żeby komuś naprawdę zaufać. Przyjaźń to rzadka relacja w moim życiu. W pracy nie jestem odludkiem, bo moja praca wymaga kontaktu z ludźmi. Kieruję piętnastoosobowym zespołem, a sama zależę od moich zwierzchników. No, ale to praca, tam się przełamuję, poza tym nie są to bliskie relacje. Zasadniczo boję się wychodzić do ludzi, zbyt blisko dopuszczać ich do siebie.

Jabłońska

Boi się Pani, że znowu zostanie skrzywdzona?

Orłowska

Teraz chyba bardziej boję się odrzucenia. Początkowo, zaraz po przeprowadzce do Rzeszowa miałam tendencję do skrajności – albo do zamykania się w domu, albo z kolei do uciekania z domu w pracę. Zapisywałam się na różne kursy, rozpoczęłam szkołę średnią, potem studium. To pierwsze wynikało z lęku przed ludźmi, drugie – z potrzeby ucieczki przed samą sobą, przed powracającą wciąż do mnie przeszłością.

Od dziecka starałam się wszystko robić na błysk, moje szkolne zeszyty były zawsze prowadzone bardzo starannie. I tak jest do dziś. W pracy staram się wywiązywać z kontraktu – pracuję w firmie sprzątającej, mój piętnastoosobowy zespół sprząta wielki supermarket. Pracy jest moc, wymagam od swoich pracowników, ale też od siebie. Pracuję ciężko razem z nimi – jeżdżę szorowarką, zamiatam, myję podłogi. Chcę swoją pracę wykonywać jak najlepiej. Nie tylko pracę. Kiedy tutaj chodziłam do szkoły, również bardzo zależało mi, żeby porządnie przygotowywać się do lekcji i egzaminów. Rano biegłam do pracy, później do szkoły, a potem zakupy, dom i dzieci, obiad na drugi dzień, pranie, w nocy uczenie się. Na egzaminy musiałam często wyrywać się z pracy. Mimo że wysiłek był duży, martwiła mnie każda trójka, a nawet czwórka.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Beszad
    08.09.2011 10:33
    Wstrząsająca historia. Przyznam, że nauczony byłem z dystansem podchodzić do tego typu zeznań, bo panuje powszechny sąd, że większość z nich to zwykłe konfabulacje. Tu jednak wczytałem się dokładnie w tekst i nie czuję ani cienia fałszu. Dotarło do mnie coś bardzo ważnego - że takie sytuacje to najtragiczniejsze doświadczenie osamotnienia, bo oprawcą staje się osoba, której chciałoby się całkowicie zaufać, a odrzucenie po wyznaniu prawdy przychodzi ze strony najbliższego otoczenia, które nie potrafi przyjąć takich wyznań za prawdziwe.

    Co gorsza - nawet w majestacie prawa cała tragedia była bagatelizowana i stworzono warunki, aby mogła trwać nadal, jak czytamy w artykule: "...zaraz po wyroku nadal uczył dzieci, mimo że sąd zakazał mu przez osiem lat kontaktu z dziećmi. Trochę to wyglądało jak naśmiewanie się z nas, którzy przeciw niemu zeznawaliśmy. Potem został odesłany do innej parafii. Ja myślę, że powinien przede wszystkim zostać wysłany na leczenie, a już na pewno należało go odizolować od dzieci."

    Osobiście miałem w dzieciństwie szczęście do księży bardzo dobrych i odpowiedzialnych. Nie wiem jak rozległy to problem - być może to tylko wąski margines. Niemniej trzeba stworzyć atmosferę, aby podobne sygnały były traktowane poważnie i przyjmowane z przede wszystkim z troską o dobro dziecka. Właśnie dlatego uważam ten artykuł za bardzo ważny (i odważny!) akt troski o czystość Kościoła - zwłaszcza, że ma miejsce na łamach publicystyki katolickiej.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7