Nie boję się rozmawiać o śmierci

– Każdy, kto cierpi, potrzebuje człowieka, który zanurzy go w sadzawce Siloe – mówi Małgorzata Czapla, prezes hospicjum w Sosnowcu. – Bo brak mu sił, żeby samemu do niej wejść.

Odchodzący mają różne marzenia. Niektórzy chcą przeżyć wiosnę czy lato, bo wtedy przyroda jest w pełnym rozkwicie i żal się żegnać. Często wymieniają rodzinne wydarzenia, których pragną doczekać – I Komunię św. wnuczki albo ślub wnuczka. Ale przede wszystkim czekają na miłość, którą okażą im inni. Stąd taka wielka rola bliskich, ale także pracowników i wolontariuszy hospicjum.

W modlitwie prosimy: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie”. Wypowiadając te słowa, wydaje nam się, że chodzi o to, by nie umrzeć w wyniku tragicznego wypadku czy zawału serca. A ja sądzę, że chodzi w nich przede wszystkim o naszą dojrzałość do śmierci. Żeby nie przyszła nagle, zastając nas nieprzygotowanych. Bo umieranie to proces, dojrzewanie do godnego odejścia, do spuentowania swojego życia. Żeby to osiągnąć, niezbędne nam są drugi człowiek i łaska Boża. Mam większą niż inni styczność z odchodzącymi. Ci, których poznałam w hospicjum, a przede wszystkim moja umierająca mama, przygotowali mnie na moją śmierć. Ale dopóki żyję, nieustannie uczę się i życia, i umierania.

Coś ulotnego

Z wykształcenia nie jestem medykiem, ale ekonomistką. Bardziej przemawiają do mnie cyfry i statystyki niż filozoficzne wywody na temat życia i śmierci. Zawsze zajmowałam się sprawami konkretnymi. Wcześniej pracowałam w twardym biznesie, teraz zajmuję się zapewnieniem sprawnego funkcjonowania hospicjum, przydziałem zadań i obowiązków pracującym w nim, pozyskiwaniem niezbędnych środków. A życie i śmierć to coś niezwykle ulotnego. Mnie, tak przywiązaną do liczb, na początku przerażały dane o liczbie odchodzących pod opieką naszego hospicjum. Od momentu jego powstania jest ich już prawie 8 tysięcy. Dziś te liczby przyjmuję ze spokojem, bo wiem, że taka jest kolej rzeczy. Niezależnie od tego, na jaką cierpimy chorobę, jakie mamy doświadczenia, czy wierzymy w Boga, czy nie, czeka nas śmierć.

Nasze hospicjum powstało we wrześniu 1996 r. przy parafii św. Tomasza Apostoła w Sosnowcu. Poszłam wtedy na spotkanie zorganizowane przez proboszcza ks. Jana Szkoca, który przez lata wspierał nas sercem, a ostatnio nawet ufundował samochód dla hospicjum. Tak zostałam w to wszystko wkręcona. Miałam wtedy rodzinę, czteroletniego syna, prestiżową pracę w Katowicach; dotąd się dziwię, że podjęłam to wyzwanie. Podczas pierwszych spotkań w salce katechetycznej na parafii nawet nie przeszło mi przez myśl, że te nasze nieśmiałe działania przyniosą takie rezultaty. Chcieliśmy stworzyć grupę samopomocową dla chorych parafian. Chyba nikomu z nas nie śniła się piękna placówka opiekuńcza, którą oddaliśmy do użytku w 2017 r. Dzisiaj zapewniamy opiekę w każdym możliwym zakresie hospicjum domowego, stacjonarnego oraz ośrodka dziennego dla 200 osób.

Dorastanie

To nie jest tak, że samo długie chorowanie onkologiczne przygotowuje na dobrą śmierć. Czasem zdrowym bliskim odchodzącego nie starcza sił i odwagi, by w rozmowach z nim podjąć najważniejsze tematy. Odwołam się do własnego doświadczenia. Mój tata umierał w latach 90. zeszłego wieku. Zmagał się z chorobą onkologiczną kilka lat, ból uczynił go całkowicie bezsilnym. Medycyna paliatywna była wtedy jeszcze w powijakach. Z trojgiem rodzeństwa zajmowaliśmy się nim, na ile umieliśmy, prosząc o pomoc znajomych lekarzy, najczęściej jednak pogotowie. Mam do siebie żal, że dbając o opanowanie dolegliwości i bólu, nie podjęłam z tatą rozmowy na temat nieuchronnego końca. Nawet go pocieszałam: „Będzie dobrze”, „Trzeba mieć nadzieję”, wiedząc, że to nieprawda, bo miał już zajęte przerzutami całe wnętrzności. Nie dorosłam do bliskości z nim, żeby porozmawiać o najdelikatniejszej sferze końca życia doczesnego i przejściu do wieczności.

Po prawie 20 latach, w 2016 r., moja umierająca mama nauczyła mnie, jak można cierpieć i umierać. Długo chorowała neurologicznie, dużo wcześniej przeszła udar mózgu, dotknęła ją niepełnosprawność coraz bardziej ograniczająca funkcjonowanie. Ale to była osoba ze wszech miar ufająca Panu Bogu. Nigdy nie narzekała na chorobę i ograniczenia, każdą uciążliwość potrafiła ofiarować Panu Bogu. Jeszcze przed chorobą, kiedy miała niewiele ponad czterdziestkę, a ja dochodziłam do pełnoletności, słyszałam, jak modli się o dobrą śmierć. – Jak taka zdrowa, młoda, elegancka kobieta może myśleć już o śmierci? – dziwiłam się wtedy.

Oczy mamy

Przez ostatnie pół roku choroby mamy wtórowałam jej w nieustannych modlitwach. Przychodziłam do mamy rano i wieczorem, przed pracą i po niej, bo w ciągu dnia zajmowała się nią opiekunka. Zawsze, zanim wstała z łóżka, kreśliła znak krzyża i oddawała rozpoczynający się dzień Panu Bogu, często nuciła też „Kiedy ranne wstają zorze”. Po porannych czynnościach pielęgnacyjnych, kiedy powoli jadła śniadanie, podejmowałam za nią modlitwę, Różaniec, czytałam Pismo Święte. Każdego wieczoru zostawiałam ją na noc z błogosławieństwem Mojżeszowym: „Niech cię Pan Bóg błogosławi i strzeże”. Na koniec mówiła: „Amen” i przygotowywała się na przeżycie nocy z różańcem w ręku i moim błogosławieństwem. Mimo 87 lat i ogromnej niepełnosprawności zachowywała spokój. W tym otwarciu na Pana Boga i zaufaniu Mu była w pełni dojrzała do przyjęcia śmierci. Jej odejście było poprzedzone naszymi częstymi rozmowami o upływie czasu, zbliżającym się końcu, osobistymi zwierzeniami dotyczącymi pragnienia spotkania z Panem Bogiem. W każdą sobotę przychodził do mamy ksiądz z Najświętszym Sakramentem. Odeszła w niedzielę Bożego Miłosierdzia. Rano, kiedy prowadziłam ją do łazienki, nagle osunęła się na podłogę. Mój mąż, który akurat mi towarzyszył, pomógł mi przenieść ją na krzesło. Popatrzyłam jej w oczy i zobaczyłam zamglony wzrok, a ona wbrew ogromnej słabości raz po raz szeptała: „Jezu, ufam Tobie”. Prosiłam, żeby się tak nie męczyła, uspokajałam, że ja będę za nią odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia, ale ona dalej z przejęciem powtarzała kilka słów: „Jezu, ufam Tobie”, i z nimi na ustach pożegnała się z życiem. Położyliśmy ją na kanapie, a potem razem z rodzeństwem jeszcze długo modliliśmy się przy niej.

Przy łóżku

Każdy z odchodzących jest inny. Są tacy, którzy marzą wyłącznie o tym, by zdjąć im z barków cierpienie. Inni rozpaczają z powodu utraty ról społecznych, znaczenia. Jeszcze innych ogarniają gniew, lęk i bunt. Jakiś mały procent wycofuje się, niczego nie oczekując, rezygnując z siebie i życia. Zwykle są to osoby samotne, mocno poranione przez życie, pozbawione miłości. W naszej wielkiej wspólnocie hospicyjnej każdy ma przydzielone obowiązki i jest za nie odpowiedzialny. Chorymi opiekuje się dwunastu lekarzy, czterech psychologów, sześciu rehabilitantów, dwadzieścia kilka pielęgniarek i bardzo wielu wolontariuszy. No i oczywiście zawsze jest do dyspozycji kapelan. Jedni pracują w biurze i dbają o nienaganne funkcjonowanie hospicjum, inni mają szczęście towarzyszenia przy łóżku choremu. Czasem wydaje się, że ktoś z naszych podopiecznych nie chce kontaktu, jest zamknięty, wycofany. Sytuacja się zmienia, kiedy wchodzimy z delikatną i skuteczną opieką, gdy okazujemy mu swoją troskę i zainteresowanie. Jeśli uda nam się opanować ból somatyczny, zaopatrzyć rany i odleżyny, usunąć lub ograniczyć inne dolegliwości, zaczyna rozmawiać, otwierać szerzej oczy, dostrzegać dalszą perspektywę. Wtedy sam może decydować, czy dane mu jeszcze życie wykorzysta na obejrzenie kolejnego serialu w telewizji, czy na refleksje o sensie życia i śmierci, która jest wpisana w jego naturalny scenariusz. Jeżeli towarzyszymy mu z pełnym oddaniem i miłością, nie jest trudno skierować rozmowę na sprawy Boże. Dlaczego tak boimy się śmierci? Bo w internecie, w filmach, artykułach przedstawiana jest zazwyczaj bardzo dramatycznie, jako niezwykle traumatyczny moment. Taka śmierć wydaje się bardzo okrutna, bolesna, dlatego lepiej ją odsunąć, wyrzucić z naszych myśli i rozmów. My, w hospicjum, mamy różne doświadczenia śmierci, również takiej z kilkoma głębokimi oddechami i następującą po nich ciszą, tak jak u mojej mamy. Nasi chorzy zazwyczaj umierają spokojni, jeśli nie cierpią, jeśli uda im się pojednać z bliskimi i z Panem Bogiem. Bo czego możemy chcieć więcej? Kiedy mówię, że śmierć może być szczęśliwa, widzę odejście mojej mamy i niektórych naszych chorych. Dzięki nim mogę powiedzieć, że nie lękam się jej. Nadal odczuwam pewnego rodzaju niepewność, bo człowiek, tak jak św. Tomasz, nie uwierzy, dopóki nie dotknie. Ufam, że gdy stanę twarzą w twarz z Jezusem, nabiorę całkowitej pewności.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9