Parafia pod zaporą

Marek A. Koprowski

publikacja 18.02.2004 11:19

Plebanię parafii w Myczkowcach, choć jest nieco oddalona od kościoła, znaleźć bardzo łatwo. Stoi przed nią przeszklona kapliczka z maku, kaszy gryczanej, kłosów żyta, pszenicy, różnego rodzaju makaronów i tłuczonych baniek choinkowych.

- Wykonał ją pan Henryk Puchalik z Beska z okazji Matki Boskiej Zielnej - mówi proboszcz ks. Tadeusz Bernat. - Pracował po osiem godzin dziennie przez trzy tygodnie. Zwracał się później do różnych instytucji kultury, by ją zabezpieczyć, ale żadna nie była tym zainteresowana. Wziąłem ją więc do Myczkowiec i po odpowiednim zabezpieczeniu i podświetleniu umieściłem przed plebanią.

Dawniej grekokatolicy


Parafia rzymskokatolicka w Myczkowcach powstała stosunkowo niedawno. Utworzył ją bp Ignacy Tokarczuk w 1979 roku, a władze państwowe zatwierdziły dopiero w roku 1983. Pierwszym jej proboszczem był ks. Stanisław Wacnik.

Rzymskokatolicka wspólnota zawiązała się w Myczkowcach znacznie wcześniej. Jej terytorium już w 1749 r. weszło w skład parafii w Uhercach, katolicy myczkowieccy przez prawie dwieście lat wędrowali więc co niedzielę pięć kilometrów, by wziąć udział w niedzielnej Mszy św. Nie było ich oczywiście zbyt wielu, Myczkowce zamieszkiwali bowiem w większości Ukraińcy wyznania greckokatolickiego. Ci zaś mieli swoją cerkiew.

Współżycie między Polakami a Ukraińcami aż do drugiej wojny światowej układało się bardzo dobrze; pogorszyło się po wojnie. Jej skutki obie społeczności odczuły bardzo szybko. Po znalezieniu się w 1939 roku w nadgranicznej strefie sowieckiej cała wieś została wysiedlona, a jej zabudowania rozebrane. Zaczęła się odradzać dopiero po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej.

Cień Chrina


Po wyzwoleniu wieś zajęła sotnia UPA Stefana Stebelskiego „Chrina”. Umacniając w niej swoje wpływy, zaczęła likwidować Polaków. W październiku 1945 roku uderzyła po raz pierwszy, mordując 11 osób. Miesiąc później powtórzyła napad, zabijając 16 osób.

W Myczkowcach „Chrin” czuł się doskonale; ich ukraińscy mieszkańcy mówili o nim: „nasz łemkowskij Chrin”. W 1946 roku, wraz ze swymi podwładnymi, spędził w Myczkowcach święta wielkanocne. W lany poniedziałek uczestniczył w żartach i zabawach. Goszcząca go ludność nie przypuszczała, że zapłaci za to straszną cenę. Wkrótce potem niemal w całości została wysiedlona na zachodnią Ukrainę. Nieliczne rodziny trafiły w ramach akcji „Wisła” do Rzepowa w gminie Czaplinek. W 1947 roku wieś stała się jednolita narodowościowo.

Więcej na następnej stronie
Niewielka parafia w Myczkowcach - mieszanka kultur wśród bieszczadzkich lasów

Niewielka parafia w Myczkowcach - mieszanka kultur wśród bieszczadzkich lasów

- Staram się pogłębiać religijność, ale też budzić dumę i lokalny patriotyzm - mówi ks. Tadeusz Biernat

- Staram się pogłębiać religijność, ale też budzić dumę i lokalny patriotyzm - mówi ks. Tadeusz Biernat


Więcej na następnej stronie

Nowa społeczność


Na przełomie lat 40. i 50. Myczkowce zaczęły powoli wracać do życia. Osiedlali się w nich przybysze z terenu całej Polski, w wyniku czego powstawała stopniowo zupełnie nowa społeczność.

- Sprzyjały temu niewątpliwie działania Kościoła - podkreśla ks. Tadeusz Bernat. - Byłyby jeszcze efektywniejsze, gdyby ówczesne władze je popierały, zamiast maksymalnie ograniczać.

Tworzenie parafii w Myczkowcach szło istotnie jak po grudzie. W 1957 roku wiernym udało się przejąć miejscową cerkiew, służącą dotąd za magazyn zbożowy spółdzielni produkcyjnej. Formalnie jednak władze przekazały ją im dopiero w 1969 roku, czyli sześć lat po poświęceniu świątyni przez bpa Stanisława Jakiela - od tego czasu nosiła wezwanie Matki Boskiej Częstochowskiej.

Zapora


Sytuacja nowo utworzonej w Myczkowcach samodzielnej parafii nie była łatwa. Wspólnota liczyła zaledwie 500 osób, a musiała dźwigać ciężar wielu inwestycji. Z powodu braku domu parafialnego proboszcz ks. Wacnik zamieszkał kątem u dobrych ludzi. Nie było pomieszczenia do prowadzenia katechizacji. Sama świątynia wymagała też pilnych prac remontowych, a także wyposażenia.

Wraz z parafią po wojnie rozwijały się też same Myczkowce. W 1960 roku wybudowano w nich zaporę wodną, a dwa lata później elektrownię wodną. Spowodowało to korzystny zwrot w życiu wsi. Przybyło miejsc pracy. Jak grzyby po deszczu w Myczkowcach powstawały ośrodki wypoczynkowo-rekreacyjne.

Bez schematów


- To typowa bieszczadzka parafia, licząca 750 osób - mówi ks. Tadeusz Biernat. - Tutejsze wspólnoty rzadko przekraczają tysiąc wiernych. Ludność napływowa zintegrowała się wprawdzie z nowym środowiskiem, ale mieszanie kultur i obyczajów ukształtowało swoistą mentalność, co ujawnia się również w pracy duszpasterskiej. Nie da się tu powtarzać utartych schematów. Parafia jest mała, podzielona na dwie świątynie. Bardzo trudno tworzyć tu mniejsze wspólnoty. Niewielki jest też przyrost naturalny; rocznie rodzi się przeciętnie czworo dzieci. Do tutejszej sześcioklasowej szkoły uczęszcza 37 uczniów. Rocznie umiera w parafii od trzech do pięciu osób. Wielkość wspólnoty utrzymuje się więc na stałym poziomie. To mnie trochę martwi, bo wiadomo, że stagnacja jest najgorsza. Obawiam się, że w najbliższych latach parafia może nawet zacząć się wyludniać. Już teraz wielu młodych ludzi wyjeżdża do USA i Kanady. Staram się więc nie tylko pogłębiać ich religijność, ale też budzić dumę i lokalny patriotyzm.

Ksiądz Tadeusz robi to w sposób niekonwencjonalny. Zlecił na przykład panu Benedyktowi Gajewskiemu opracowanie książki o Myczkowcach. Ukazała się w 2001 roku.

- Chciałem poprzez tę pozycję zaprezentować Myczkowce jako miejsce wspaniałego wypoczynku dla wszystkich, którym bliskie są imponujące bezmiarem dziewiczej przyrody Bieszczady - mówi. - Ufam również, że książka ta zmobilizuje mieszkańców Myczkowiec oraz Zwierzynia do jeszcze większej troski o to, co nasze i piękne.