Jazda off-road

Jarosław Dudała

publikacja 03.12.2017 04:45

– Ze mną trzeba ekstremalnie. I tak właśnie postępuje w stosunku do mnie Pan Bóg – mówi Sebastian Maślanka.

– Cały czas mam w sobie tęsknotę za czymś głębszym. Czymś, czego nie potrafię nawet wyrazić  – mówi Sebastian Maślanka. Roman Koszowski /Foto Gość – Cały czas mam w sobie tęsknotę za czymś głębszym. Czymś, czego nie potrafię nawet wyrazić – mówi Sebastian Maślanka.

Rok 1994. Sebastian miał wtedy 21 lat. Wstąpił do policji. Po około dwóch latach służby trafił do grupy antyterrorystycznej (AT) w Zielonej Górze.

– Czułem się jak młody bóg. Myślałem, że wszystko mogę. Kasa. Dziewczyna. Zdrowie. 117 kg, same mięśnie. Samodzielność. Ciągłe doskonalenie. Kult siły. Wiedziałem, że jeśli jakiejś sytuacji nie rozwiążę werbalnie, to zawsze mogę ją rozwiązać siłowo. Zwłaszcza że między byciem w elitarnej jednostce policji a byciem przestępcą jest cienka czerwona linia. Czy ją przekraczałem? Hm... Można zatrzymać groźnego przestępcę tak po prostu, a można mu przy tym wydłubać oko. Jest coś w człowieku, gdy ma siłę i świadomość, że stoi za nim prawo... – przyznaje. 

Do tego hobby, ważniejsze dla niego niż cokolwiek innego: ­off-road. Samochody terenowe. – Pierwszego UAZ-a kupiłem, gdy miałem 19 lat – wspomina.

Śmierć dokoła

Kiedyś wybierał się ze swoją jednostką na poligon. Poszedł na rutynowe badania. Nic takiego. Przy okazji pokazał lekarzowi dwa zgrubienia na karku. Zauważył je na siłowni, gdy ćwiczył mięśnie kapturowe. Biopsja. Diagnoza: rak. Ziarnica złośliwa. Wszystko padło. Koniec z pracą. Zwolnienie.

Jest choroba – trzeba walczyć. Jak zwykle: ekstremalnie. Najpierw chemioterapia. – Nie działała. Nawet włosy niespecjalnie chciały mi wypaść – mówi Sebastian.

Decyzja lekarzy: dwa przeszczepy szpiku w ciągu dwóch lat. – I pierwsza chemia przygotowująca do przeszczepu. Mocna. W ciągu trzech tygodni schudłem 25–30 kg. W dodatku źle założyli mi cewnik. I tak leżałem – młody bóg – w pampersie, obłożony lodem. Co wstałem, to upadłem. Krwotok wewnętrzny. Ogromne cierpienie. I śmierć dokoła. Poznałem 19-latka – za dwa tygodnie już go nie było – wspomina mężczyzna. – Wtedy po raz pierwszy zapaliła mi się w głowie jakaś lampka. Sygnał, że moje życie nie było tak dobre, jak myślałem – dodaje.

Tetris

– Po pierwszym przeszczepie robiłem dwie rzeczy: biłem rekordy w tetrisie, komputerowej grze logicznej, i modliłem się. Pochodzę z „tradycyjnie katolickiej” rodziny. Pamiętam, jak po raz pierwszy nie poszedłem na Mszę w niedzielę. Byłem zmęczony po nocnej pracy w ochronie. Potem mieszkanie z dziewczyną bez ślubu. Nie mogłem dostać rozgrzeszenia, więc przestałem chodzić do spowiedzi, do Komunii. A w końcu w ogóle przestałem chodzić do kościoła. Ale w chorobie zacząłem się modlić. Tysiące razy powtarzałem: „Zdrowaś Maryjo” przeplatane „Ojcze nasz” – opowiada Sebastian.

Dodaje, że marzył, żeby się napić, tak pełnym gardłem. – Siostra przyniosła mi sprite’a. Ale miałem tak zagrzybione gardło, że wypiłem ledwie 2–3 krople. Ogromne cierpienie – powtarza mężczyzna. 

Któregoś razu poszedł do toalety. Tam wyszedł z niego ogromny skrzep. Sebastian poczuł, że jest dobrze. Badanie to potwierdziło. – To było jak pierwsze światełko. Myśl, że moja modlitwa została wysłuchana – ożywia się.

Drugi przeszczep. W postaci kroplówki o intensywnym zapachu zupy pomidorowej. Jawa mieszała się ze snem. Maligna. Rodzina, dziewczyna – to wszystko gdzieś znikało. – Miałem taką wizję, że szlifuję maskę jeepa willysa. Że go rekonstruuję – wspomina.

W końcu wyszedł ze szpitala. – Wtedy zaczęła się moja przemiana. Zwrot ku Panu Bogu, który wysłuchał mojej modlitwy. Inne, już nie tak egocentryczne postrzeganie ludzi. Wtedy też zakończył niesakramentalny związek. – Zacząłem chodzić do kościoła, do spowiedzi, Komunii. Widziałem swój grzech, swoją ciemność – przyznaje.

Mroczna postać

– Wcześniej, jeszcze za czasów służby w AT i mieszkania z dziewczyną, zdarzyło się, że zbudziłem się w nocy. Widziałem pustą ciemną przestrzeń za otworem drzwiowym, a w niej ciemną postać w kapturze. Nigdy w życiu tak się nie bałem. Podczas akcji grupy antyterrorystycznej czułem strach, ale motywujący. Tu było coś innego. Paraliżujący lęk. Kołdra na oczy i błaganie, by nadszedł świt – wspomina Sebastian.

– Później Pan Bóg dał mi żonę Ewę. Wymarzoną. Byłem w niej zakochany, kiedy miałem 17–18 lat. Po 15 latach spotkaliśmy się znowu. Pobraliśmy się. A to duża różnica: między umową, że będziemy razem, a małżeństwem, gdy jestem ja, jest ona i Pan Bóg – mówi Sebastian.

W tym czasie kolega, z którym miał zbudować wymarzony samochód terenowy, „podziękował mu za współpracę”. Sebastian miał już kupione mosty za 15 tys. zł, rury do złożenia klatki przestrzennej i inne elementy, a do tego odłożone 5 tysięcy dolarów na specjalne zawieszenie. Sam jednak nie dałby rady. Marzenie legło w gruzach. Przez miesiąc nie mógł się z tego otrząsnąć.

Niewyobrażalne

Kiedy był załamany tą sytuacją, teściowa i żona namawiały go, żeby pojechał na rekolekcje ignacjańskie. W ciszy. – Nie chciałem. Pojechałem jednak dla świętego spokoju. Choć wszystko sprzysięgło się, żebym nie pojechał. Doszło nawet do dziwnej, niewyjaśnionej awarii auta – opowiada.

– To było u sióstr zawierzanek w Starej Wsi. Podczas pierwszej medytacji doznałem obecności, miłości Boga. Niewyobrażalnej. Niewytłumaczalnej – głos Sebastiana się łamie. – To był punkt zwrotny. Odtąd wiem, że On jest – podkreśla. Wtedy też przestał kląć. Przestał kłamać. – To mi zostało zabrane, ot tak – wspomina.

Z tego duchowego doświadczenia zrodziła się chęć bycia dla innych. Wraz z żoną adoptowali córeczkę, Zosię. – Po chemioterapii nie mogę mieć dzieci – tłumaczy mężczyzna. – Zosia ma teraz 7 lat. Ma charakterek. Ludzie mówią: „Jaka ona do ciebie podobna” – śmieje się szczęśliwy tata.

Z chęci bycia dla innych wziął się też związek ze Szkołą Maryi. Założył ją polski kapucyn o. Piotr Kurkiewicz. Szkoła działa w wielu krajach, m.in. na Ukrainie. Prowadzi tam ośrodek dla alkoholików i narkomanów.

– Pojechałem tam na półtora miesiąca. To była szkoła miłości i pokory. Byli tam ludzie ze środowisk patologicznych. Jadłem z nimi, pracowałem. A warunki były takie, że kiedy chciałem się wykąpać, to najpierw wkładałem do wanny swoją koszulkę i na niej stawałem, bo brzydziłem się stanąć bosymi stopami – opowiada Sebastian.

Zaropiałe stopy

– Był tam Witia, narkoman, około 50 lat – wspomina. – Czułem odrazę zwłaszcza do jego stóp. Były czarne, zaropiałe. Zacząłem się modlić o miłość do niego. Po 3–4 dniach wiedziałem, że mogę te stopy ucałować. Bóg zlał na mnie wielką miłość do niego i innych ubogich, obsikanych ludzi – cieszy się mężczyzna.

– Był tam też Rustam. Młody chłopak. Miał pełno sznyt, w tym jedną całkiem świeżą. Bardzo buntowniczy. Trafiało mnie, jak na niego patrzyłem. Mógłbym go w jednej chwili... Ale wiedziałem, że nie tędy droga. Pan Bóg mi powiedział: „Zobacz w nim Mnie, wiszącego na krzyżu. Z całym realizmem. Nie takiego wycyzelowanego przez artystę”. Gdy to sobie wizualizowałem, zacząłem się zmieniać. Powiedziałem do Rustama: „bracie mój”. Te dwa słowa. Wtedy zaczął się na mnie otwierać. Gdy miał problem, szedł najpierw do mnie. Był moim najlepszym kumplem. Widziałem, jak pod wpływem modlitwy, uwielbienia Boga, czytania Pisma Świętego zmieniało się jego podejście do pracy. Najpierw migał się, jak mógł. Potem sam brał się za robotę – wspomina Sebastian.

Co ciekawe, szefem ośrodka był Żyd mesjanistyczny, byli też tam katolicy, grekokatolicy, protestanci, prawosławni. – Wszyscy byli jakoś ułomni, ale całość współgrała idealnie – podkreśla mężczyzna.

Dziś jest na rencie. Lekarze zaliczyli go do I grupy inwalidzkiej. Co robi z czasem? – Byłem szefem Szkoły Maryi na Polskę i Europę – mówi Sebastian. – Wraz z żoną jestem liderem parafialnej wspólnoty Oikos Berit, nadzwyczajnym szafarzem Komunii św. Organizuję Ekstremalną Drogę Krzyżową i spotkania pod hasłem „24 godziny dla mężczyzny”. Są tam Msza, konferencja, 15-kilometrowa Droga Krzyżowa, ale też strzelnica. Odnawiam meble z lat 50.–70. I cały czas mam w sobie tęsknotę za czymś głębszym. Czymś, czego nie potrafię nawet wyrazić. Staram się być w ciszy. Iść ku kontemplacji.