Równowaga

Kościół nie od dziś ma problemy z równowagą pomiędzy celebracją a adoracją.

Czytałem przed laty artykuł o historii postu eucharystycznego. Zawierał wiadomości, mogące jednych wprawić w zdumienie, innych przerazić. Chodziło o praktykę zabierania Komunii świętej do domów. Umieszczana w specjalnym ołtarzyku, gromadziła rodzinę na wspólnej modlitwie, ale przede wszystkim była pierwszym pokarmem dnia. Z czasem praktyki zaniechano, ale w dalszym ciągu żywe było pragnienie przyjmowania Komunii świętej jako pierwszego pokarmu. W ten sposób pojawił się post eucharystyczny.

Starożytny zwyczaj uświadamia nam, że młody Kościół nie znał napięcia pomiędzy celebracją i adoracją. Napięcia pojawiły się później, a ich przyczyny zapewne były zróżnicowane. Ilustracją, w jakim kierunku szły zmiany mogą być dwa przykłady. Pytany o kontemplację święty Bernard z Clairvaux jednym tchem wymieniał Eucharystię, psalmodię i lectio divina. Kilka stuleci później, wychowany na przedsoborowej teologii liturgii biskup mojej diecezji, często strofował księży łacińską sentencją: „Liturgia est actio, non est contemplatio” (Liturgia jest akcją, nie jest kontemplacją). A było to w czasie gdy sobór, odnawiając obrzędy, położył między innymi nacisk na milczenie w liturgii, wzmocnił znaczenie kongresów eucharystycznych, a cała część trzecia wydanej po soborze instrukcji Eucharisticum misterium poświęcona była kultowi Najświętszej Eucharystii jako sakramentu trwającego. Te dwa przykłady najlepiej pokazują, że Kościół nie od dziś ma problemy z równowagą pomiędzy celebracją a adoracją.

Dlatego tak ważna jest homilia Benedykta XVI, wygłoszona w tym roku podczas rzymskich uroczystości Bożego Ciała. Papież z całą mocą podkreślił w niej, że „bardzo ważnym było uznanie centralnej roli celebracji, w której Pan wzywa swój lud, gromadzi go wokół podwójnego stołu: Słowa i Chleba życia, karmi go i jednoczy ze sobą w Ofierze eucharystycznej”. Zresztą ta centrala rola celebracji podkreślana była wcześniej. Na przykład zatwierdzony w roku 1960 regulamin międzynarodowych kongresów eucharystycznych mówił, że centralnym momentem tego wydarzenia jest tzw. statio orbis, czyli moment zakończenia, podczas którego w sprawowaniu Eucharystii uczestnicy przeżywają jedność i powszechność Kościoła.

Wracając do wspomnianej homilii Benedykta XVI. Wielu dyskutujących o niej nie zwróciło uwagi, że papież ani nie przekreśla wagi celebracji, ani nie wzmacnia roli adoracji. Nacisk położony jest na równowagę. „Doprawdy błędem jest przeciwstawianie celebracji i adoracji, jak gdyby ze sobą konkurowały. Jest dokładnie odwrotnie: kult Najświętszego Sakramentu stanowi jakby „środowisko duchowe”, w którym wspólnota może sprawować Eucharystię dobrze i w prawdzie. Tylko wtedy, gdy ją poprzedza, gdy jej towarzyszy i następuje po niej ta wewnętrzna postawa wiary i adoracji, liturgia może wyrazić swoje pełne znaczenie i wartość. Spotkanie z Jezusem we Mszy św. dokonuje się prawdziwie i w pełni, kiedy wspólnota jest w stanie rozpoznać, że On w sakramencie zamieszkuje swój dom, czeka na nas, zaprasza nas do swojego stołu, a następnie kiedy zgromadzenie się rozchodzi – pozostaje z nami ze swą obecnością dyskretną i milczącą, oraz towarzyszy nam poprzez swoje wstawiennictwo, nadal zbierając nasze duchowe ofiary i ofiarowując je Ojcu.”

Akcentowana przez papieża równowaga oznacza, że wspólnota z jednej strony uczyni wszystko, by przez piękną i wierną wskazaniom Kościoła celebrację doświadczać tego zachwytu, z jakim nad Morzem Tyberiadzkim umiłowany uczeń Jezusa wykrzyknął: „To jest Pan!”, z drugiej zaś,  w akcie adoracji dostrzegalne będzie „poczucie stałej obecności Jezusa wśród nas i z nami, obecności konkretnej, bliskiej, pośród nas, jako „bijące serce” miasta, kraju, terytorium z jego różnymi wyrażeniami i działaniami”.

Te refleksje piszę w przededniu rozpoczęcia Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego w Dublinie. Mam nadzieję, że wydarzenie to zostanie przez polskich katolików nie tylko dostrzeżone, ale i głęboko przeżyte.