Jestem dzieckiem Soboru

Urodziłem się podczas trwania Soboru Watykańskiego II. Jestem zbyt młody,by pamiętać cokolwiek z atmosfery tamtych dni. Byłem za to świadkiem zmian. Na pewno nie umiałem ich dobrze ocenić.Zawsze jednak byłem Soborowi wdzięczny.

Reklama

Najpierw zobaczyłem zmiany w sprawowaniu liturgii. Nie zwróciłem uwagi na zmianę języka w liturgii czy wstawienie ołtarza, przy którym kapłan stoi twarzą do ludzi. Ale pamiętam, jak ksiądz z przejęciem tłumaczył coś o dowartościowaniu stołu Bożego Słowa. Jak postawiono przy ołtarzu pięknie ustrojoną małą ambonkę. Nie umiem ocenić, czy księża i wierni byli tymi zmianami zachwyceni, czy zakłopotani. Ja, mały brzdąc, niewiele rozumiejąc z czytanego słowa, zauważyłem, że dzieje się coś ważnego. Jakby nagle ktoś odkurzył stary mebel i postanowił przywrócić mu dawny blask.

Kilka lat później zostałem ministrantem. W głowie mi się nie mieściło, że do niedawna sprawowano liturgię po łacinie. Tylko raz próbowano nas przyuczyć do niej z powrotem. Pomysł szybko zarzucono. A ja bez przeszkód mogłem chłonąć teksty modlitw. Niepostrzeżenie dla mnie samego poznałem całą Mszę na pamięć. Z biegiem czasu jej treść stała się dla mnie swoistą katechezą. Zachwycałem się tekstami niektórych prefacji. Drążyły moją świadomość przemieniając powoli życie. „Ty powiedziałeś swoim apostołom: »pokój zostawiam wam, pokój mój wam daję«” – jakże świeżo brzmiały te słowa w świecie pełnym obaw o jutro, świecie dwulicowości i fałszu końca lat 70.

Potem zauważyłem otwartość Kościoła na świat. Wzrastałem w takiej atmosferze. Księża wchodzili na ambonę z gitarami. Śpiewali piosenki może mało pobożne, ale dotykające wprost życia. Między innymi dzięki nim było dla mnie oczywiste, że „chrześcijanin to ja”. Wiedziałem też, że „nie mam czekać, aż czyn wielki spełnić będę mógł”... To było moje życie. Wiara nie ukrywała się w zakrystii, ale ogarniała wszystkie sprawy. Księża nie bali się z nami wyjechać choćby za miasto czy na pielgrzymkę. Po latach dostrzegłem, że tak wcale nie musiało być. Mówili o tym księża pamiętający Kościół przedsoborowy. To był entuzjazm wychodzenia do człowieka z Ewangelią, a nie osądem jego postępowania. Po latach tę samą otwartość zauważyłem w soborowych dokumentach. Czytałem wypowiedzi odważne, łamiące obiegowe stereotypy, mocno osadzone w realiach (już tamtego) świata. Wypowiedzi, które budowały i nie wikłały się w niepotrzebne polemiki. Taki Kościół pokochałem.

Dość szybko poruszyła mnie świadomość, że nie tylko katolik jest chrześcijaninem. Nie znałem całej historii sporów. Nie wiedziałem o różniących nas teologicznych niuansach. Byłem dzieckiem. Ale wzrastałem w duchu „Dekretu o ekumenizmie”. Widziałem w inaczej wierzących nie heretyków, ale braci. Jak wielką było to łaską, dostrzegam dziś, gdy na różnych internetowych forach wczytuję się w zażarte nieraz polemiki dotyczące doktrynalnych sporów między chrześcijanami. Widzę, jak łatwo w ogniu dyskusji zapomnieć o wszystkim, co nas łączy i uznać wspólnotę, do której należy adwersarz za dzieło diabła. Podziwiam odwagę ojców soborowych, którzy wyrwali się z przeklętego zaścianka polemiki. Dzięki nim stało się możliwe podpisanie kilkadziesiąt lat później wspólnej z luteranami deklaracji na temat usprawiedliwienia. Dzięki nim to, co wydawało się przez kilka setek lat niemożliwe, stało się faktem. Myślę że i dziś to uświadamianie sobie naszego braterstwa trzeba stawiać przed polemikami. Tego nauczył mnie Sobór. Jestem mu wdzięczny za otwarcie na wierzących w tego samego Boga, ale inaczej wyrażających swą wiarę, choć zawsze byłem wierny katolickiej nauce.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9