Zabawa za pół bańki

Choroba hazardu może dotknąć każdego dnia, w każdej chwili. W karnawale, Wielkim Poście, latem. Niepostrzeżenie i przypadkowo. Całkiem tak, jak mała kulka wskakuje w kolejne przegródki cyfr i kolorów na kole ruletki. Czasem wywołuje radość, zwykle jednak rozgoryczenie i rozpacz. Z prawnikiem i właścicielem firmy, ale i uzdrowionym z nałogu hazardzistą Marcinem rozmawia ks. Sławomir Czalej.

Reklama

Ks. Sławomir Czalej: Stanąłeś przed uczniami gdyńskiego Katolika, a więc przed gimnazjalistami i licealistami, i… powiedziałeś prawdę. Prawdę dla Ciebie wstydliwą i bolesną. Myślę, że poprzedzoną też wewnętrznymi zmaganiami i walką?

Marcin: – Pierwszy raz naszła mnie taka myśl, gdy byłem w jednym z kościołów ewangelickich w Gdańsku. O swoim życiu opowiadał wtedy Piotr Stępniak, ps. Gepard, jeden z najgroźniejszych bandytów w Polsce. Nie dawało mi to spokoju. Powiedziałem o nim swojej żonie. I jakoś zaczęła we mnie kiełkować myśl, żeby opowiedzieć innym o swoim życiu, żeby wytłumaczyć, jak cienka jest granica pomiędzy dobrą zabawą a dramatem. Żeby ich przestrzec…

Zacznijmy jednak od początku. Byłeś normalnym chłopakiem. Ministrantem, lektorem…

– Do 23. roku życia nie słyszałem o kasynie. Nigdy nie miałem styczności z pokerem albo z jakimiś tam grami. Kompletnie nic! W 2004 r. zdarzyła się przypadkowa, niewinna sytuacja... Otóż moi znajomi powiedzieli, że idą zagrać, i zachęcali, bym poszedł z nimi. Najpierw nie chciałem tam iść. Potem pomyślałem: czemu nie…w końcu nigdy w kasynie nie byłem. Mało tego! Po raz pierwszy dowiedziałem się, że kasyno jest w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Na początku była fascynacja, że to godzina pierwsza w nocy, a tylu ludzi tam jest, co chwila kelnerki z napojami… I to skupienie tych osób, ich twarze… to, że nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Ich oczy skupione były tylko na kulce i na polach. Głowa chodziła jak przy oglądaniu meczu tenisowego. Znajomy, zachęcając, żebym zagrał, zapytał, czy znam zasady. Skąd miałem znać?! Wtedy powiedział, żebym zagrał na czarne i czerwone. Wygrałem 10 czy 20 zł, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Następnego dnia znowu poszliśmy.

Z tymi samymi ludźmi?

– Tak. Jak się okazało, oni byli już bardzo wkręceni w hazard. Pokazali mi, że kasyno jest także w Sopocie w Grand Hotelu i w Gdańsku. Poszliśmy i pamiętam, że tej drugiej nocy wygrałem 100 zł. Wtedy zacząłem się zastanawiać: kurczę, jak łatwo zarobić pieniądze! Zajęło mi to z 10 minut, a to było tyle, ile zarabiałem wówczas w stoczni, pracując przez cały dzień. Nie dawało mi to spokoju. Przez pierwszy okres 2004 r. trwała passa. Kulminacja tego „szczęścia” nastąpiła przed świętami Bożego Narodzenia. Wygrałem wówczas sporo pieniędzy i zrobiłem wszystkim prezenty. Wtedy zaczęła się pierwsza faza uzależnienia. Zacząłem grać milionera. Mało zarabiałem w stoczni, ale stać mnie było na opłacenie jednego, potem drugiego kierunku studiów… Zacząłem chodzić do kasyna codziennie, później już sam.

A do tamtej pory nie chodziłeś sam?

– Na początku z kolegami. Zacząłem oszukiwać najpierw swoją dziewczynę, że jadę już do domu, a później także samych współgraczy. Mieliśmy taką zasadę, że wchodzimy razem, razem gramy, a wygraną dzielimy między siebie. Pomyślałem: po co miałbym się z nimi dzielić? I wtedy pamiętam, że przegrałem swoje pierwsze 200 zł. To było w 2005 r. tuż przed walentynkami. Miałem kupić dziewczynie ładny prezent, zegarek. Czekałem nawet na niego, żeby mi go sprowadzili. Oczywiście nie kupiłem, ale miałem wtedy takiego doła, że przegrałem…

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9