Kilka migawek z życia o. Edwarda

Jeśli batat nie obumrze - Jak opowiadać o „naszym” klimacie Bożego Narodzenia w tropikach? Mowa o zimnej stajence i zmarzniętym Jezusku do Papuasów to groch o ścianę. Trzeba było i im, i sobie tłumaczyć Ewangelię na nowo. A ile to się gaf popełniło…

Reklama

Jak mówić o ziarnie, co musi obumrzeć, gdy ziarna Papuasi nie mają? Ja, syn chłopa, pomyślałem chytrze: „mają słodkie ziemniaki, bataty”. I gadam na kazaniu, że batata trzeba przekroić, że jak obgnije i się go wsadzi w ziemię, to puści korzenie, że urośnie nowa roślina. Papuasi patrzą na mnie i patrzą, a potem mój proboszcz komentuje: „Edward, jakie ty bzdury mówiłeś!”. Żeby rozmnożyć batata, trzeba odciąć łodygę, wsadzić do ziemi. Łodyga puszcza kłącza. Tak, tak, kłaniają się pokora i poznanie realiów.

Spowiedź na migi
Nie chciałem wracać z Papui. Nie rozumiałem decyzji przełożonych. Tam było ciepło i kolorowo. Tutaj… blado. Ale gdy wróciłem, Polska „zbrązowiała”. Mieszkało już wielu cudzoziemców, którzy nie bardzo umieli odnaleźć się w nowym domu. Nowy dom też nie był zbyt gościnny. Zobaczyłem ośrodki dla uchodźców, warunki życia i perspektywy. Odwiedzałem ludzi w ośrodkach. To była praca „z walizki”. Ale potrzebne było miejsce, gdzie można by spokojnie pogadać, rozwinąć skrzydła.

Z walizki na strych
W 1996 r. spotkałem w Polsce pierwszego Wietnamczyka. Nie mówił wcale po polsku. Ja po wietnamsku też nie. Okazało się, że jest katolikiem. Poprosił na migi o spowiedź. Potem poznałem innych katolików, udało się sprowadzić dla nich księdza – Wietnamczyka. Gdy ludzi z tak wielu krajów przybywało, przybywało i problemów, a brakowało przestrzeni. Walizka już nie wystarczała. Dobrze, że rozbudowywało się nasze wydawnictwo „Verbinum”. Przełożeni pozwolili, zaadaptowaliśmy strych na świetlicę.

Do odważnych…
To moje powołanie to i dla mnie zagadka. Kto wie, dlaczego chłopak ze wsi pod Płońskiem wybiera zgromadzenie znane na całym świecie? Może to wpływ lektur z podstawówki? Seria „Tomków” Szklarskiego, opowieści o Indianach. No i cały czas byłem związany z Kościołem, byłem ministrantem. A z werbistami to zetknąłem się dopiero w szkole średniej. Mieliśmy wspólne pasje, jakoś do siebie pasowaliśmy. Wstąpiłem w 1965 r., zaraz po maturze. I zostałem. I dlatego mam z Wietnamczykami dużo wspólnego: ja zaryzykowałem pójście do zgromadzenia, oni – pójście (często na piechotę) do Polski. Odważni jesteśmy.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 1 2 3