Listy z Kenii

Pustynia Korr to obszar znajdujący się na północy Kenii - poniżej jeziora Turkana, mniej więcej pomiędzy dwoma miastami: Isiolo i Marsabit.

Reklama

Ewa Juszczyk


Nairobi 26.07.2005

Witam

Na wstępie bardzo serdecznie wszystkich pozdrawiam. Tutaj w Kenii czas płynie bardzo szybko. Aż mi trudno uwierzyć, że jestem tu już miesiąc. Był to przede wszystkim czas poznawania nowych ludzi, ich życia tutaj w Nairobii i nie tylko.

Ostatni tydzień był szczególnie bogaty w przeżycia z tej racji, że wraz z kilkoma osobami (Fr Henry; Aneta, Adam, – wolontariusze z Polski; Fary – wolontariuszka z USA, Eduardo – wolontariusz z Hiszpani, Fr Isaiah z Wenezueli) spędziłam go na odległej o 600 km od Nairobi pustyni Korr.

Pustynia Korr to obszar znajdujący się na północy Kenii ( poniżej jeziora Turkana, mniej więcej pomiędzy dwoma miastami: Isiolo i Marsabit). Krajobraz jest półpustynny a klimat gorący. Obecnie temperatura dochodzi do 30°C i jak powiedzieli nam nasi nowi przyjaciele z Korr, jest zimno, ponieważ jest zima. Latem (od grudnia do czerwca) jest tam znacznie cieplej ( 30-50°C). Właściwie tak na pierwszy rzut oka wydawałoby się że życie w takich warunkach jest zwyczajnie niemożliwe. A jednak bardzo często na tych dość ubogich w roślinność terenach można spotkać mieszkańców pustyni Korr.

Zamieszkują ten teren dwa plemiona: Samburu i Rendille. Żyją w ciężkich i trudnych do wyobrażenia dla przeciętnego Europejczyka warunkach. Ich domy to tzw MANYATY- czyli małe afrykańskie chatki, zrobione z patyków (konstrukcja) pokrytych skórami zwierząt lub - co się częściej zdarza- kartonami. Zazwyczaj jest tak, ż jedna wioskę tworzy jedna rodzina. Stawiają oni wówczas jedną chatkę obok drugiej i żyją wspólnie tak długo, jak to tylko jest możliwe. Na terenie takiej wioski znajdują się również specjalnie ogrodzone ciernistymi krzakami zagrody dla zwierząt. Zagrody te stanowią schronienie przed złodziejami lub dzikimi zwierzętami. Głównie hoduje się tutaj wielbłądy kozy oraz osły. Mięso i mleko wielbłądzie – to podstawowe menu tamtejszej kuchni. Z tego, co zdążyliśmy się dowiedzieć, to nie wszyscy mają szczęście jeść tutaj regularne posiłki. Na niektórych terenach jedynym pożywieniem przez około 6 m-cy w roku jest właśnie tylko i wyłącznie wielbłądzie mleko. Chociaż często słyszymy o problemie głodu w Afryce nie zawsze łatwo jest nam sobie wyobrazić, jak bardzo jest to poważny problem, obok którego nie powinniśmy przechodzić obojętnie. Każdy, kto tu przyjedzie odczuje z pewnością brak różnych rzeczy, których w swoim kraju ma pod dostatkiem, ale może właśnie dzięki temu łatwiej jest zrozumieć żebrzące o cukierki, o pieniądze, o chleb, o wszystko...dzieci, których tu w Afryce są tysiące. Jak im pomóc ???

Często się zdarza, że tu na pustyni jej mieszkańcy zmuszeni są do przenoszenia swojego dobytku z jednego miejsca na drugie. Spowodowane jest to ograniczoną ilością wody, którą można zaczerpnąć z wyłupanych w ziemi studni, lub studni bardziej nowoczesnych (z ręczną pompą – Aneta nagrała nawet krótki film podczas wyciągania wody ze studni. Jak się okazuje jest to rytuał, któremu towarzyszy odpowiedni śpiew. Mam nadzieje, że uda mi się go przesłać, a jeśli nie, to mam nadzieję, że obejrzymy go wspólnie w Polsce po moim przyjeździe), których jest z kolei bardzo niewiele, a które także oddalone są często kilka kilometrów od miejsca zamieszkania. Wodę w 20- litrowych baniakach noszą kobiety, dzieci lub...osiołki. Kiedyś jadąc na katechezę do jednej z manyat mieliśmy okazje podwieźć 5 kobiet. Były bardzo szczęśliwe i całą drogę śpiewały z tej radości. Muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie, ponieważ był to dość specyficzny śpiew, w każdym razie zupełnie inny niż ten, który mogę na co dzień usłyszeć np. podczas Mszy tu w Nairobi.

Z tego co zauważyłam to życie tutejszej kobiety nie jest łatwe. Codziennie nosi na plecach 20 litrów wody lub ciężkie kłody drewna, opiekuje się dziećmi i całym dobytkiem. Bardzo ciekawe jest to, że dokładnie co trzy lata rodzi ona nowe dziecko. Na pewno niewiele ludzie ci wiedza o naturalnej metodzie planowania rodziny, żyją jednak w zgodzie ze swoją naturą, w związku z czym rodziny tutaj, pomimo ciężkiej sytuacji materialnej, są bardzo liczne. Życie w zgodzie z naturą jest tutaj czymś oczywistym i normalnym. Nie dziwi tutaj nikogo widok kobiety karmiącej swoje dzieciątko nawet w kościele lub na „ulicy” (sam piasek) z odsłoniętymi piersiami w długiej zakrywającej koniecznie nogi chuście czyli tzw. kandze.

Oczywiście nasza uwagę zwróciły również przepiękne stroje. Szczególnie było to widoczne na niedzielnej Eucharystii. Kościół był pełen mężczyzn i kobiet ubranych w kolorowe KANGI. Można z niej zrobić spódnice, okrycie na głowę. Kobietom kanga służy nie tylko do ozdoby. Służy także jako nosidełko dla małego dziecka, które przy mamie czuje się najlepiej. Codzienny strój stanowią kolorowe ozdoby zrobione z drobnych koralików. Są to również dobrze sprzedające się turystom pamiątki, które można kupić niemal wszędzie i od każdego. Zarówno kobiety jak i mężczyźni noszą je na głowach, w uszach, na szyi, rękach, nogach.

Sytuacja dzieci jest tutaj dość trudna i skomplikowana. Często się zdarza, że biegają sobie po wsi bez jakiegokolwiek ubrania. Te które chodzą do szkoły są ubrane dość skromnie. Inaczej wygląda edukacja przy parafii, gdzie życie ogólnie jest bardziej zorganizowane, a inaczej na terenach oddalonych od kościoła lub miasta.

Wiele dzieci nie uczy się w ogóle, ponieważ rodziców nie stać na opłacenie nauki. Poza tym często zmuszone są do opieki nad młodszym rodzeństwem. Te które zdobywają wykształcenie, często uciekają do większych miast (Marsabit, Isiolo, Nairobi), gdzie czasem uda im sie zdobyć jakąś pracę. Życie skupia się tutaj właściwie wokół wody lub parafii. To właśnie tam najczęściej ludzie ci mogą otrzymać pomoc materialną, medyczną. Mogą także, a może przede wszystkim, liczyć na wsparcie duchowe.

Praca na misji jest bardzo ciekawa, ale i ciężka. Obecnie Salezjanie tu na Korze mają jeden kościół, którego budowa jest zakończona oraz jeden kościół w trakcie budowy, której ukończenie planuje się na grudzień tego roku. Na terenie misji jest budynek, w którym miejscowa ludność może otrzymać pomoc medyczną. Pracują w niej 4 siostry z indyjskiego zgromadzenia. Na terenie parafii znajduje się również przedszkole oraz szkoła podstawowa. Niestety nie ma tam żadnej szkoły średniej lub zawodowej, w związku, z czym większość uczniów opuszcza rodzinne strony, by w mieście kontynuować naukę. Wielu ma nadzieję, że w przyszłości dzieci będą miały możliwość uczenia się w szkole średniej na tym terenie.

Jak już wcześniej wspomniałam Salezjanie budują jeszcze jeden kościół w miejscu oddalonym od misji o ok 10 km. Z tego co mi wiadomo, to na tym terenie mieszkają na razie zaledwie 4 katolickie rodziny. Ks Henryk – obecny dyrektor misji na Korze ma nadzieję, że ewangelizacja znacznie rozwinie życie religijne tejże ludności i że z czasem zwiększy się liczba wiernych. W ewangelizacji bardzo duża rolę odgrywają miejscowi katecheci, których obecnie jest czterech. Prowadzą oni katechezy nie tylko dla dzieci i młodzieży. Każdego dnia jeżdżą do okolicznych wiosek, gdzie „głoszą Dobra Nowinę ubogim”. Sami mieliśmy okazje uczestniczyć w takiej katechezie. Usiedliśmy w cieniu po drzewem. Na początku trochę niepewnie zaczęły zbiegać się dzieci, a następnie kobiety i mężczyźni. Był to czas wspólnej modlitwy oraz rozważania Słowa Bożego. Katecheza wśród tych ludzi ma nieco inny charakter niż np. w Polsce. Bardzo często jest to ewangelizacja od podstaw, mówienie o bardzo oczywistych dla nas prawdach wiary, które, jak się okazuje, nie są jeszcze znane wszystkim. U nas w Polsce to często takie oczywiste, że jest jeden Bóg, że Bóg stał się człowiekiem i że oddał życie za każdego z nas. Tutaj jak się okazuję, to często coś całkiem nowego.

Ewangelizacja to niewątpliwie jedno z najważniejszych zadań Kościoła Katolickiego na tym terenie, ponieważ poza nim jest tu wielu innych głosicieli Dobrej Nowiny zabiegających często gorliwie o nowych wyznawców. Mam tu na myśli różnego rodzaju wyznania i kościoły afrykańskie. Dlatego też Salezjanie pragną otoczyć szczególną troską dzieci, których tu jest bardzo dużo, a które dzięki pracy katechetów, sióstr i księży już dziś niewątpliwie są nowym pokoleniem katolików na tych terenach.

Życie religijne salezjańskiej misji jest dość intensywne. Dorośli i przede wszystkim bardzo wiele dzieci codziennie rano o godz 7.15 przychodzą na Eucharystie. W każdy piątek wieczorem wspólnie odmawiany jest różaniec, podczas którego jest również okazja do spowiedzi. Co tydzień w niedziele o godz 10.00 jest odprawiana Msza Św. ubogacona licznymi śpiewami i tańcami, przez co też jest nieco dłuższa niż u nas w Polsce – trwa ok 2,5 godz. Wieczorem w niedzielę dzieci z okolicznych wiosek schodzą się, by obejrzeć jakiś ciekawy film wyświetlany na ścianie jednego z przykościelnych budynków. Myślę, że ważnym elementem życia tutejszej misji na Korze jest również to, że każdego dnia przed zachodem słońca młodzież schodzi się na boisko, by pograć w football, volayball lub basketball. Grze zawsze towarzyszy bardzo wiele emocji.

W tym czasie naszego pobytu na terenie pustyni Korr doświadczyliśmy także bardzo przykrych sytuacji. Otóż do Korr dotarliśmy we wtorek. Właśnie tego dnia w oddalonym od Korr o ok. 120 km mieście Marsabit dokonano zabójstwa kilku katechetów przebywających chwilowo wraz z jednym księdzem i rodziną katolicką w tym właśnie mieście. Nie wiem, czy do Polski dotarły wiadomości na temat tego wydarzenia. W każdym razie wiadomo nam tyle, że poza tym, że poderżnięto gardła katechetom i rodzicom dziecka, pobito również księdza, który chciał ocalić dziecko. Niestety zostało mu ono odebrane i również zamordowane. W tym samym dniu w Isiolo został zastrzelony biskup tam rezydujący. Dlaczego? Właściwie nie wiadomo. Są to dość jak widać niespokojne tereny. Dowiedzieliśmy się, że zaledwie kilka kilometrów od Marsabit toczy się od niedawna wojna, w której zginęło do tej pory juz około 100 osób. Powodem wojny są zwierzęta, które również morduje się przy tej okazji.

Wszyscy wyczuwaliśmy pewne napięcie w związku z tymi wydarzeniami i chyba trudno się temu dziwić. Kiedy wróciliśmy do Nairobi, okazało się, że wiele osób było szczerze zaniepokojonych naszym losem.

Na tym będę kończyć. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę wszystkiego dobrego. J do usłyszenia niebawem.

Ewa Juszczyk

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6