Przemówić do Zacheusza

Opowieść o Zacheuszu nie dawała mi spokoju. Włóczyłem się po przedświątecznej Pradze, starając się zrozumieć, dlaczego właśnie ten fragment z Ewangelii św. Łukasza urzekł mnie tak bardzo, że nie mogłem przestać o nim myśleć.

Reklama

Był wczesny poranek i na ulicach Pragi leżał świeży śnieg. Wszystko było wówczas – w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych – jeszcze stosunkowo świeże.

Kilka lat wcześniej w wyniku „aksamitnej rewolucji” upadł reżim komunistyczny wraz z monopolem władzy partyjnej i policyjnej i po kilkudziesięciu latach przywrócona została demokracja parlamentarna. Z wolności cieszył się także Kościół i uniwersytet. Również w moim życiu przewrót ten przyniósł wielkie zmiany: święcenia kapłańskie w latach siedemdziesiątych, w okresie trwającego już dziesiątki lat prześladowania Kościoła i religii, przyjąłem potajemnie, na obczyźnie – tak iż nawet moja matka, z którą mieszkałem, nie mogła wiedzieć, że jestem księdzem; przez jedenaście lat swoją posługę kapłańską pełniłem „nielegalnie”, w „Kościele podziemnym”. Teraz mogłem więc jako ksiądz działać wreszcie publicznie, otwarcie, bez jakiegokolwiek ryzyka czy represji, w nowo powstałej parafii uniwersyteckiej w sercu starej Pragi. Po wielu latach, w czasie których musiałem wykładać filozofię na tajnych kompletach w prywatnych mieszkaniach w ramach tzw. latającego uniwersytetu, publikować wyłącznie w samizdacie, mogłem powrócić na uniwersytet, pisać dla prasy i wydawać książki.

Jednak tego zimowego poranka swoich kroków nie skierowałem do kościoła ani na uniwersytet, lecz do budynku parlamentu. Nowością tamtego czasu był także wprowadzony kilka lat wcześniej zwyczaj zapraszania do parlamentu raz w roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, osoby duchownej, przedstawiciela jednego z Kościołów chrześcijańskich, aby wygłosił dla zebranych tam posłów i senatorów krótką medytację przed ostatnim posiedzeniem, poprzedzającym ferie świąteczne.

Tak, wszystko było jeszcze stosunkowo świeże i pachniało odzyskaną wolnością. Ale od „aksamitnej rewolucji” upłynęło już kilka lat, pierwsze fale euforii i upojny zawrót głowy z powodu nowo otwartych przestrzeni minął, początkowe złudzenia gdzieś się rozprysły, a w życiu publicznym pojawiły się rozmaite, dotychczas nieprzeczuwane problemy i komplikacje. Do życia społecznego przenikało coś, co psychiatrzy nazywają „agorafobią”, ściślej: strachem przed wolnym rynkiem. Na rynku towarów i idei znalazło się nagle pod ręką niemal wszystko, czego dusza zapragnie – jednak wielu ludzi właśnie z powodu owej bogatej oferty oraz konieczności dokonania z niej wyboru było zdezorientowanych i niepewnych. Niektórych ta nieoczekiwana powódź barw przyprawiła o ból głowy i chwilami tęsknili nawet za czarno-białym – w rzeczywistości jednak nudnym i męcząco szarym – światem dnia wczorajszego.

Na zakończenie mojego przemówienia w parlamencie – do posłów i senatorów, z których większość prawdopodobnie nie miała nigdy w ręce Biblii – przypomniałem scenę z Ewangelii św. Łukasza: Jezus przechodzi w Jerychu pośród tłumów i nagle zwraca się do czołowego celnika, który obserwował Go ukryty w gałęziach sykomory.

Następnie porównałem to zdarzenie z postawą chrześcijan w naszym kraju. Kiedy wraz z upadkiem komunizmu uczniowie Chrystusa wznowili po długim czasie publiczną działalność, wszędzie widzieli wokół siebie mnóstwo ludzi bijących im brawo; wśród nich było też może trochę takich, którzy wcześniej wygrażali im pięściami. Nie zauważyli chyba jednak, że pobliskie drzewa były pełne Zacheuszów. Tych, którzy nie chcieli czy nie mogli wmieszać się w tłum starych lub całkiem nowych wiernych, chociaż nie byli obojętni ani wrogo nastawieni. Owi Zacheusze, ludzie poszukujący i pełni ciekawości, chcieli równocześnie zachować dystans i obserwować wszystko z lotu ptaka; ta dziwna mieszanina pytań i oczekiwań, zainteresowania i nieśmiałości, a czasem może nawet poczucia winy i jakiejś „niestosowności” trzymała ich za zasłoną liści sykomory.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • marianna
    28.06.2009 09:50
    "Wiara" reklamuje się jako portal ludzi otwartych, ale powyższy tekst ukazuje z przeraźliwą jasnością, że niestety nie można otworzyć się na wszystko - ludzki umysł jest po prostu za mało pojemny. A i serce zapewne też w przeciwieństwie do Serca jezusowego. Ksiądz Halik, okazując szczególną otwartość wobec religijnego doświadczenia ewangelicznego Zacheusza i podobnych tamtemu współczesnych Zacheuszów, zarazem jest zamknięty wobec doświadczenia innych chrześcijan. Ewangelikalnych kaznodziejów bez wahania wszystkich nazywa klaunami.
    Mnie również ten typ religijności nie odpowiada, ale nie odważyłabym się użyć takiej oceny, jaką bez szczególnych skrupułów posługuje się ksiądz Halik.
    Staram się zrozumieć. Zabrana przed wiekami w podróż do Ameryki Biblia, odczytywana z grubsza i po swojemu, bez zaplecza Tradycji i jej niuansów, czasem w takim sobie tłumaczeniu. Tak, że po długim czasie pozostały jedynie biblijna moralność i wybór Jezusa Zbawiciela jako rdzeń religijności, a forma do tego dobrana taka trochę supermarketowa, trochę telewizyjna. Taka akurat była pod ręką.
    Czy ci ludzie, którzy nie wiedzą, co to filozoficzny spacer z Halikiem po ulicach Pragi (albo poetycki z Rilkem) nie zbawią się?
  • ata
    28.06.2009 16:45
    nie lubię takich dluuuuuugich wykładów-tracę watek po trzeciej stronie-dalej nie chce już mi sie czytać...no i dlatego nie zostawię komentarza który by się do tekstu odnosił...;P
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9