Będę chodzić w Niebie

Nigdy nie jesteśmy gotowi na przyjęcie cierpienia. Potrzebny jest silny filar wiary. I często tym filarem staje się przykład ktoś, po kim nigdy nie spodziewalibyśmy się, że nauczy nas dźwigać nasze cierpienie.

Reklama

Tak było w naszym przypadku, gdy filarem stała się niepełnosprawna córeczka Ania. Mała, słaba, przemieszczająca się cichutko po mieszkaniu na swoim wózku inwalidzkim. Ale zawsze pełna radości i zaufania. Była naszym trzecim dzieckiem, rosła obok Michała i Urszuli. Pojawiły się symptomy nieznanej choroby, która utrudniała Ani stawanie na nóżkach. Pierwsze, pełne niepokoju, wizyty u lekarzy, bardzo bolesne badania neurologiczne i podejrzenie rdzeniowego zaniku mięśni.

Kiedy badania potwierdziła klinika pod Paryżem, byliśmy przerażeni. Zaraz tego samego dnia pociągiem TGV cała nasza rodzina pojechała do Lourdes. Nie po to, by oczekiwać cudu, ale, by znaleźć jakieś oparcie, źródło nadziei. Nie wiedzieliśmy wtedy, że w najtrudniejszych sytuacjach, jakie miała przed sobą nasza rodzina, właśnie Ania, jako najmłodsza córeczka, słaba, ale pełna wiary i zaufania do Pana Boga, będzie dla nas najsilniejszym oparciem.

Ania dobrze wiedziała, że nigdy nie stanie na własnych nogach, że nie będzie chodzić, biegać, tańczyć jak inne dzieci, ale to wcale jej nie załamało. Mimo ogromnych trudności, męczących godzin spędzonych nad książkami z głową opartą o stół, nie słyszeliśmy żadnej skargi. Wprost przeciwnie, gdy ktoś z litością zauważył, że nigdy nie będzie chodzić, ze szczerym uśmiechem odpowiedziała: „Będę chodzić w niebie, bo aniołowie też nie stąpają po ziemi, a są szczęśliwi”.

Ta odpowiedź wszystkich nas zdumiała i zawstydziła. I nic dziwnego, że kiedy przyszło niekończące się zapalenie płuc, które doprowadziło do bardzo ciężkiego stanu, tak że Ania nie jadła i miała trudności z oddychaniem, tamta odpowiedź pomagała nam nie tracić wiary. Widząc moją bezradność i przerażenie, pocieszała mnie: „Tusiu, zobacz, jest dobrze, sama oddycham, jest dobrze”.

W dramatycznie ciężkiej sytuacji, przy niewydolności oddechowej, która uniemożliwiała zastosowanie znieczulenia, okazała się konieczna ciężka operacja. Dobrze pamiętam, jak o północy modliliśmy się pod drzwiami sali operacyjnej szpitala na Niekłańskiej. Ania przeżyła wbrew przewidywaniom specjalistów. Potem przyszło jeszcze jedno doświadczenie. W trzy dni po operacji Ania powiedziała nam, że umiera z powodu bólu. Potem uspokoiła się, na twarzy pojawił się uśmiech i na kilka dni straciliśmy z nią kontakt. Ania mówiła, że jest w niebie. Mimo swego tragicznego stanu, była spokojna, uśmiechnięta i mówiła, że w niebie jest tak dobrze, bo tu wszyscy się kochają.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6