Święty Ignacy Loyola: Przeciw stereotypowi

"Św. Ignacego można szanować, ale nie kochać, tak naprawdę kochać można tylko św. Franciszka z Asyżu" - tak nie całkiem żartobliwie lubi określać swój stosunek do założyciela Towarzystwa Jezusowego jeden z jezuitów.

Myślę, że w tym zdaniu zawiera się nie tylko właściwa wielu jezuitom przekora wobec swego Założyciela, ale i reakcja na pewien dość mocno zakorzeniony stereotyp Loyoli - militarysty ceniącego nade wszystko ślepe i bezmyślne posłuszeństwo, ogarniętego misją służenia papieżowi, bez podawania racji tegoż posłuszeństwa. Do tego dodać wypada niezbyt jasne reguły tzw. rozeznania, zwykle prowadzącego do odkrycia korzyści dla wielkich tego świata. Bardziej wtajemniczeni dodają, że przecież Lenin uczył się języka hiszpańskiego, by zgłębić tajemnicę jezuitów.

Krótkie definicje jezuityzmu we wszystkich niemal językach dopełniają obrazu - jezuicki tzn. skryty, fałszywy, obłudny itd. Być może święto przypadające 31 lipca jest dobrą okazją, by się stereotypowi przyjrzeć i może przezwyciężyć. W moim bowiem przekonaniu św. Ignacego Loyolę, tak jak św. Franciszka z Asyżu, można również kochać, a powodów znajduję kilka.

Po pierwsze, ten baskijski żołnierz urodzony u schyłku średniowiecza w 1491 r. rzeczywiście był żołnierzem, i to dość dzielnym, jeśli sądzić po ostatniej bitwie, jaką stoczył w 1521 r. z Francuzami pod Pampeluną, w której został zresztą ciężko ranny i zakończył karierę wojskową. Nie kariera wojskowa wszak stała się tytułem jego świętości, ale właśnie zerwanie z nią. Tak o tym sam pisze w autobiograficznej Opowieści pielgrzyma: "Aż do dwudziestego szóstego roku życia był człowiekiem oddanym marnościom tego świata. Szczególniejsze upodobanie znajdował w ćwiczeniach rycerskich, żywiąc wielkie i próżne pragnienia zdobycia sobie sławy". Rana odniesiona w bitwie na zawsze pogrzebała widoki na światowe awanse.

Rekonwalescent nie od razu pogodził się z utratą nadziei, owszem, długo pielęgnował światowe marzenia. Oddajmy znowu mu głos: "Marzył o tym, czego by miał dokonać w służbie pewnej damy, o środkach, których by użył, aby dostać się do miejscowości, gdzie ona mieszkała, o wierszach i słowach, w których by się do niej zwracał, wreszcie o czynach orężnych, których by dokonał w jej służbie. I tak był pogrążony w tych marzeniach, że nawet nie wiedział, jak bardzo były one niemożliwe do spełnienia, ponieważ dama ta nie była zwyczajną szlachcianką, ani hrabianką, ani księżniczką, ale należała do nieporównanie wyższego stanu".

Celowo przywołałem ten dłuższy fragment z autobiografii św. Ignacego Loyoli, gdyż czyni on go wiarygodnym świadkiem ludzkiej słabości i próżności, w tym Ignacy jest mi po prostu bliski. Nie jest posągowym monolitem, ale człowiekiem borykającym się z ułudami i pokusami świata, które są i moim udziałem. Właśnie dlatego późniejszy proces szukania woli Bożej jest tak bardzo dramatyczny, tak bardzo po omacku. Ignacy sam nie wiedział, czego chciał.

I jeszcze jeden epizod z życia Ignacego, niechętnie przywoływany przez hagiografów, a który słusznie można nazwać nocą ciemną, o której tyle pisał inny święty hiszpański, św. Jan od Krzyża. Otóż wróciwszy do zdrowia, Ignacy zatrzymał się, nieoczekiwanie dla siebie samego, w Manresie, niedaleko słynnego opactwa benedyktyńskiego na Montserrat, z równie słynną figurką Czarnej Madonny. Miejsce to miało stać się dla niego źródłem szczególnych łask, ale i szczególnych cierpień. O tych pierwszych wiemy sporo, o drugich mniej. Choćby z tego powodu warto je przywołać.
 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9