Spacer po lodzie

Wyładowałem na ojcu wszelką złość. Wykrzyczałem mu w twarz, że go nienawidzę: „Mam nadzieję, że spotkamy się na twoim grobie”. To, co stało się później, jest cudem.

Reklama

Wydarzyło się miliard różnych rzeczy – tata wszedł do wspólnoty neokatechumenalnej, dostał słowo o tym, że Bóg zabiera mu serce kamienne i daje serce z ciała. Wyobraź sobie, jak to musiało go boleć! Wiele razy powiedzieliśmy sobie: przepraszam. Zobaczyłem, jak źle go oceniałem, że bardzo starał się przez lata mnie kochać. Zbliżaliśmy się do siebie. Odbudowaliśmy relacje. Bardzo się polubiliśmy. Mam przyjaciela. Dla mnie to jeden z najważniejszych dowodów na istnienie Boga. Włożyliśmy (zwłaszcza mój tata) masę pracy w tę odbudowę, ale tylko ludzkimi siłami nie dałoby się …

Kilka lat temu tata, który dba o drzewo genealogiczne rodziny, opowiadał o babci, która była wywieziona na Syberię. Rzuciłem: „A może pojedziemy na Syberię?”. „Rodzinnie?”. „Nie. Mamę i siostry zostawimy. Ruszymy we dwóch”. Zobaczyłem błysk w jego oku. Byliśmy jak dwaj mali chłopcy. Ruszyliśmy na wschód, do miasta Abakan. Tata znał świetnie rosyjski, ja dbałem o sprzęt. Mogłem go też czegoś nauczyć! (śmiech)

To był genialny czas. Ja nie tylko kocham mojego tatę. Ja bardzo go lubię. Nie wypada nie kochać ojca − mamy to zakodowane. Tak nas uczy religia. „Czcij ojca swego” − jaki by nie był, wypada go szanować. A ja mojego tatę po prostu lubię. Cenię jego zaradność, odwagę, pokorę. Podziwiam jego duchową drogę. Mamy doświadczenie, że Bóg najgorsze traumy naszego życia obraca w perły. Obaj przeszliśmy bardzo długą i bolesną drogę. Mamy na koncie wiele strasznie trudnych rzeczy. Dziś mam w nim przyjaciela. Idziemy razem.

Bogdan Mela

  Jan mela Bogdan Mela – ojciec Jaśka, katechista na Drodze Neokatechumenalnej, ur. 1966 r.
Popełniłem mnóstwo błędów. Byłem bardzo surowy. Wiem o tym. Nie panowałem nad gniewem. Najbardziej zdumiewające jest to, że ludzie np. bezdomni, z którymi pracuję, widząc mnie, mówią: „Boguś, zazdroszczę ci spokoju, łagodności”. Nie mają pojęcia, jaki byłem przed laty.

Bóg zmienił mi charakter. Przeszedłem długie terapie, ale widzę po latach, że najlepszą z nich zaserwował mi… Kościół katolicki. To na Drodze Neokatechumenalnej nie tylko pogodziłem się z historią mojego życia, „odpuściłem”, ale też nauczyłem się błogosławić sytuacje, które wydawały się przeklęte. Nie mam do Boga pretensji.

Byłem osobą gwałtowną, ostrą, wybuchową, porywczą. Uważałem, że muszę wykrzyczeć to, co czuję. Byłem skonfliktowany z całym światem. Całe życie pod prąd. O każdym wydawałem ostre sądy. Zawsze miałem rację. Nie miałem pojęcia, że nosiłem pancerz, pod którym tłumiłem wielki bunt wobec rzeczywistości. Bóg zaczął powoli przemieniać moje kamienne serce w serce z ciała.

Kiedyś, w czasie ostrej awantury z Jasiem, stanąłem nad nim i poczułem, jakby mój tata stał nade mną. Ja byłem na miejscu syna. Skopiowana sytuacja z dzieciństwa. Poczułem w sercu tak wielką nienawiść do tego człowieka, że od razu wsiadłem w samochód i pojechałem na kraniec Polski, by z nim pogadać. Zamknęliśmy się na kilka godzin na strychu i opowiedziałem mu wszystko: „Tato, chcę ci powiedzieć, jakie noszę w sobie uczucia. Po latach czuję wielką złość. Nie znika. Jest stłumiona, ale nie znika”. Jak to przyjął? Starał się to zracjonalizować, pytał: „Dlaczego?” Powiedziałem: „Nie wiem dlaczego. Mówię ci, co czuję”. Wiem, że mocno to przeżył, powiedział rodzinie, że mieliśmy do załatwienia „coś ważnego”. Gdy po jakimś czasie ten silny mężczyzna zachorował na raka, szybko zaczął gasnąć. Pojechałem do szpitala i powiedziałem: „Tato, wiesz, że cię kocham”. Poczułem dysonans, bo gdy mówisz o emocjach negatywnych, brzmi to niezwykle mocno, a szept „kocham cię” jest blady, cichy, delikatny. „Tato, rozumiesz, co ci powiedziałem?” – upewniłem się: „Kocham cię!”.

Bóg miał trochę pracy z naszą rodziną. (śmiech) Przez lata wykonał nieprawdopodobną robotę. Jesteśmy czternasty rok na Drodze Neokatechumenalnej. Sam jestem katechistą. Mam pracę, którą lubię, swoją firmę i pracę w ośrodku dla bezdomnych. Znam historię każdego z tych ludzi, patrzę na ich połamane życiorysy i widzę, do jakiego miejsca doprowadził mnie Bóg. Czuję, że jestem szczęściarzem.

Gdy bezdomni zetkną się z najmniejszą trudnością, często od razu rezygnują. Są zmotywowani do jakiejś pracy, ale wystarczy drobnostka, zwykły deszcz, i od razu odpuszczają. Zdarza mi się czasem, że w trudnościach przychodzą do mnie jak do ojca: „Boguś, pomóż!”.

Sytuacji w naszym domu nie ułatwiało to, że byłem bardzo odporny na trudności. Na pożar domu, śmierć Piotrusia, wypadek Jasia. „Zamknę się w sobie, ale wytrzymam”. Trudności mnie nie zrażają. Robię swoje. Trochę czasu musiało minąć, bym dopuścił do tych sytuacji Pana Boga…

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10