Jak ze snu

Kalisz wita nas wielką tablicą: „Idźcie do Józefa”. Słuchamy wskazówki i jedziemy przypatrzyć się temu, którego nazwano postrachem demonów. I załapać się u niego na darmową lekcję uwielbienia.

Reklama

Dwa lata temu w Los Angeles nagrodzono krążek „Night in Calisia”, który Włodek Pawlik nagrał z Randym Breckerem i Orkiestrą Filharmonii Kaliskiej. To był strzał w dziesiątkę! Nie zwiedzam wprawdzie nocnego Kalisza, ale mam świadomość, że ta historia rozpoczęła się nocą…

Dobra noc

„Sen mara, Bóg wiara” – mawiamy. Na szczęście Józef z królewskiego rodu Dawida nie ufał takim przysłowiom. Polecenia od anioła otrzymywał właśnie we śnie. Jak bardzo musiał być wyczulony na słowo Boże, skoro uwierzył prośbie Bożego wysłannika! Mąż młodziutkiej Miriam usłyszał: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu” (Mt 2,13). Wstał, spakował manatki i zrobił, jak mu kazano.

Wierni w Kaliszu śpiewają, że to święty „mówiący czynami”. Przed 400 laty w wiosce Szulec, oddalonej o 13 km od najstarszego polskiego miasta, opiekun Jezusa przyśnił się ciężko choremu mężczyźnie, nad którym lekarze bezradnie rozkładali ręce. Zapowiedział: „Wyzdrowiejesz, gdy każesz namalować obraz Świętej Rodziny i ofiarujesz go kolegiacie kaliskiej”.

– Chory miał na nazwisko Stobienia. Potraktował obietnicę poważnie. Nie zwlekając, znalazł malarza i zlecił mu namalowanie obrazu – opowiada z pasją kustosz sanktuarium św. Józefa w Kaliszu ks. Jacek Plota. – Gdy artysta przyniósł obraz do jego chałupy, Stobienia ucałował malunek i został uzdrowiony. To był początek cudów Józefa Kaliskiego. Stara księga z 1780 r. zawiera opisy późniejszych 600 dowodów jego wstawiennictwa. Nowe wydane są w dwóch świeżutkich tomach „Cudów świętego Józefa”.

Takie rzeczy rozchodzą się pocztą pantoflową i szybko trafiają pod strzechy. Nic dziwnego, że o obrazie zaczęła szeptać cała południowa Wielkopolska, a kolegiata stała się celem pielgrzymek. Zwana jest polskim Nazaretem. Od 1670 r. nieustannie tętni życiem. Ciekawostką jest to, że nie nosi imienia Józefa. Wezwanie świątyni: Wniebowstąpienia Najświętszej Maryi Panny – to dżentelmeński gest świętego wskazującego z dumą swą Małżonkę.

Józef był w Fatimie!

„W tym roku świętowaliśmy 100. rocznicę objawień w Fatimie. Siostra Łucja tak wspominała ostatnie objawienie: »Kiedy Nasza Pani znikła w nieskończonej odległości firmamentu, zobaczyliśmy po stronie słońca świętego Józefa z Dzieciątkiem Jezus i naszą Dobrą Panią ubraną w biel. Zdawało się, że święty Józef błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża«”. Zapiski s. Łucji cytuje w swym najnowszym liście pasterskim biskup kaliski Edward Janiak.

– Maryja dwukrotnie zapowiadała, że nadejdzie wyjątkowe objawienie: „Czekajcie na 13 października”. Znamy tę historię: cud wirującego słońca mimo ulewnego deszczu, zdumiony stutysięczny tłum – opowiada ks. Andrzej Latoń z Polskiego Studium Józefologicznego. – Niewielu z nas wie, że dzieci widziały wówczas św. Józefa. Przyszedł, niosąc Jezusa i błogosławiąc świat. Coraz częściej słyszy się głosy józefologów, że jest to patron na czasy ostateczne. Przygotował Mesjasza do misji i usunął się w cień. Dziś przygotowuje nas na paruzję. Józef jest figurą Boga Ojca. Jezus, patrząc na niego, widział gesty Ojca.

Nóż na gardle

– Sanktuarium odwiedza rocznie ok. 400 tys. pielgrzymów – opowiada ks. kustosz Jacek Plota. – Co roku do Józefa Kaliskiego, patrona miasta i całej diecezji, przychodzi 20 ogólnopolskich pielgrzymek. Modli się tu regularnie Domowy Kościół, przyjeżdżają też jezuici, by podziękować za to, że ocaleli, podczas gdy ich klasztory w krajach ościennych zostały zlikwidowane. Ciągle żywa jest pamięć o uratowanych w Dachau. Obóz miał być zniszczony 29 kwietnia 1945 roku o godz. 21. Trzy godziny wcześniej wydarzył się cud.

Schodzimy do kaplicy Męczeństwa i Wdzięczności. W gablocie kawałek niemieckiego chleba obok kromki chleba amerykańskiego, którą więźniowie dostali po wyzwoleniu obozu. Fotografie biskupów Korszyńskiego, Jeża, Majdańskiego, Kozala…

– Dwie kompanie czekały w Monachium, by nas zniszczyć. Chciały oblać obóz i teren jakąś łatwopalną cieczą i puścić tysiące ludzi z dymem. Ale Pan Bóg nas wyciągnął. W ostatniej chwili – opowiadał mi Marian Żelazek, werbista. Polski kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla. – W tym piekle był z nami Pan Bóg. Bardzo chciałem wyjść z obozu. Nawet na czworakach… Z przyjaciółmi złożyliśmy uroczyste śluby św. Józefowi, bo on zawsze ratował Świętą Rodzinę. Obiecaliśmy mu, jakimi to będziemy aniołami po wyjściu. Obóz został wyzwolony na trzy godziny przed decyzją o jego likwidacji.

– Kapłani skończyli nowennę do św. Józefa. Odmawiali ją przez 9 dni, prosząc o cud – opowiada kustosz sanktuarium. – Już 14 kwietnia 1945 r. Himmler wydał rozkaz: „Żaden więzień nie może dostać się żywy w ręce nieprzyjaciela”. Wyznaczono nawet dokładną godzinę likwidacji obozu: 29 kwietnia, 21.00. Nieświadomi tego Amerykanie pod wodzą Felixa L. Sparksa mieli go wyswobodzić dzień później. A jednak mieli przeczucie…

Gdy wyzwolili obóz z 33 tys. więźniów (ponad połowę stanowili Polacy), ujrzeli przerażający widok: stosy 7,5 tys. ciał czekających na spalenie. Odtąd ocaleni kapłani co roku padali na kolana przed obrazem Józefa Kaliskiego. Na początku było ich 700. Gdy byłem tu przed 7 laty, pielgrzymowały 3 osoby. Dziś widzą już Józefa twarzą w twarz.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10