Idź, spróbuj jeszcze raz

A we mnie gorycz: „Panie Jezu, co Ty chcesz nam tutaj udowodnić? Dlaczego nie chcesz nas zaprosić do swojego grobu?” – rzuciłem w niebo.

Reklama

W końcu zebrała się grupa pięciu mężczyzn. Ktoś mógłby powiedzieć, że przypadkowa, choć wcześniej się znali, mijali co jakiś czas. Plan był nieco szalony – wyjazd do Jerozolimy, ale bez przewodników, organizatorów narzucających plan dnia. Jednak nie chodziło tak do końca o męski wypad czy „sprawdzenie się”. Kiedy planowali każdy dzień pobytu, szukali hoteli i czytali o miejscach, które chcą odwiedzić, jeszcze nie wiedzieli, że to Bóg ich zebrał, że szykuje dla nich niespodziankę...

Kilka dni, ale gdzie!

– Pragnienie nawiedzenia Ziemi Świętej tkwiło we mnie zawsze. Już kilka lat temu zrodził się więc pomysł, żeby tam pojechać. Ale ciągle były jakieś przeszkody – a to rodzina nie chciała, a to bilety były za drogie, a to znowu jakieś niepokoje. Aż w końcu pewnego wiosennego dnia, będąc u przyjaciół, zobaczyliśmy film promujący Ziemię Świętą. Rzuciłem do Sławka: „A może byśmy polecieli? Chodź, polecimy!” – wspomina Tomasz. Żony po krótkich obiekcjach, zgodziły się ich puścić. – Tego samego dnia włączyliśmy komputer i kupiliśmy dwa bilety na październik, bo akurat były w bardzo atrakcyjnej cenie. Stwierdziliśmy jednak, że musimy powiększyć naszą grupę – opowiada Sławek. Niedługo dołączyli do nich Grzegorz, Bogdan i Zbyszek.

– Pamiętam dzień, w którym przyjechałem do Grzegorza do biura i usilnie namawiałem go na ten wyjazd. Nie było to łatwe. Ale udało się – wspomina Sławek. – Dlaczego się wahałem? Po prostu boję się latać i źle znoszę lot – śmieje się Grzegorz. Później cykliczne spotkania, omówienie planu... Hotele zarezerwowane, bilety kupione... – Gorące serca, oczekiwania i pragnienia. W końcu to nasz pierwszy wyjazd do tak niezwykłego miejsca. Pracujemy zawodowo, więc nikt z nas nie mógł sobie pozwolić na to, aby polecieć na cały tydzień. Ale choć było to tylko kilka dni, to za to – gdzie!

Zachód słońca z Góry Oliwnej

Pełni marzeń, deszczowego październikowego wieczora wsiedli do samochodu. Wyruszyli do Lublina, skąd odlatywali. – Spokojny lot i lądowanie w Tel Awiwie – mówi Grzegorz. A tam? – Trzymano nas i rewidowano. Wokół żołnierze pod bronią, wojsko na każdym kroku. Ale mieliśmy świadomość, że tak to będzie wyglądało, więc nie byliśmy zrażeni. Poza tym po kilku godzinach pobytu człowiek przyzwyczaja się do takiego widoku – podkreśla Grzegorz. – W Polsce było szaro, chłodno, deszczowo. A tam 26 stopni, słońce, przepiękna zieleń i morze! – wspomina Sławek.

Pierwszy dzień – Tel Awiw. Potem przejazd lokalnymi środkami transportu do Jerozolimy. A było to w piątek. – Cały czas miałem wrażenie, że tak rozpoczyna się dla mnie moje Triduum Paschalne. Przecież będziemy w Jerozolimie od piątku do soboty – opowiada Tomasz. Po dotarciu do celu od razu wyruszyli na miasto. Weszli Bramą Heroda. Zaczęli przemierzać uliczki starej Jerozolimy.

– Chcąc nie chcąc, wchodząc przez tę bramę, weszliśmy na początek Via Dolorosa. A że było wcześnie, na ulicy niewiele osób, stragany jeszcze niepootwierane, zaczęliśmy iść Drogą Krzyżową, szukając kolejnych stacji. Stopniowo gwar zaczął narastać, pojawiało się coraz więcej ludzi. Stara Jerozolima w pełni obudziła się do życia – opowiada Tomasz. Niestety, kiedy dotarli do Bazyliki Grobu Świętego, nie udało im się wejść do środka. – Było już tak dużo ludzi, że nie mieliśmy szans. Piątek... Pragnienie w sercu, ale niespełnione. Poszliśmy więc do Getsemani, miejsca, gdzie Judasz zdradził Jezusa, i kościoła Grobu Najświętszej Maryi Panny. Widzieliśmy całą panoramę Jerozolimy, obserwowaliśmy zachód słońca z Góry Oliwnej, Bramę Złotą, cmentarz żydowski – wymienia Sławek.

W drodze powrotnej – a zwiedzali miasto bez mapy – niespodziewanie znów trafili przed Bazylikę Grobu Pańskiego. Nie było ludzi. – Weszliśmy. W piątkowy wieczór adorowaliśmy miejsce, gdzie Pan Jezus został przybity do krzyża, gdzie był zeń zdjęty i namaszczony. Ale nie udało się wejść do Grobu Pańskiego. Czuliśmy niedosyt. Podjęliśmy męską decyzję: „Zaatakujemy jutro, w sobotę, o szóstej rano”. Na pewno nie będzie dużo ludzi. Będziemy po prostu pierwsi – uśmiecha się Grzegorz.

Przyjdźcie jutro

W sobotni poranek ulice Jerozolimy znów świeciły pustkami. – Wtedy tak prawdziwie przeżyłem tę Drogę Krzyżową. Jakby sam na sam z Chrystusem. I kiedy zbliżaliśmy się do bazyliki, byłem pewien, że uda się nam wejść do Jego grobu. Jednak okazało się, że wcale nie jesteśmy tacy cwani. Inni byli przed nami. Ludzki plan zawiódł – mówi Sławek. Ale na miejscu spotkali franciszkanina – jak później się okazało – br. Sinisa. Po krótkiej naradzie podeszli do niego i zapytali, czy nie pomógłby im wejść do Grobu Pańskiego. „Teraz jest to niemożliwe, ale przyjdźcie jutro o piątej rano, to wprowadzę was na Mszę św.” – odpowiedział br. Sinis.

– Cieszyliśmy się niczym mali chłopcy, kiedy dostają swój pierwszy zabawkowy samochód. Euforia! Podziękowaliśmy mu i umówiliśmy się z nim na 4.45 w niedzielę przy Grobie Pańskim – opowiada Sławek. – Także w sobotę znów się nie udało, ale mieliśmy pewność, że następnego dnia już się uda! Choć oczywiście rosło w nas poczucie niespełnienia, jakaś dziwna tęsknota, która narastała – wyznaje Tomasz. Resztę dnia spędzili w Betlejem i nad Morzem Martwym. Odbyli podróż przez pustynię, zachwycając się widokami.

Trzeba coś załatwić!

Po powrocie zamówili w hotelu budzenie na czwartą rano. Była jednak zmiana czasu, czego nie wziął pod uwagę recepcjonista. Całe szczęście zegarki cofano o godzinę. Obudzili się więc już o trzeciej. Już po czwartej byli w drodze. Znów puste uliczki starej Jerozolimy. Jeszcze ciemno. – Biegliśmy pełni radości, że wejdziemy do Grobu Pańskiego – wspomina Tomasz. Weszli do bazyliki, ale nie było tam znajomego franciszkanina.

– Podszedłem do innego zakonnika i zapytałem po angielsku o br. Sinisa. Nic nie wiedział. Zaczęliśmy się głośno naradzać z chłopakami. „Panowie, panowie, ale trzeba tu coś załatwić!” – nerwowo stwierdził Grzegorz. A we mnie gorycz: „Panie Jezu, co Ty chcesz nam udowodnić? Dlaczego nie chcesz nas zaprosić do swojego Grobu?” – rzuciłem w niebo. Trzecie podejście i trzecia porażka. I wtedy usłyszałem głos: „Idź, spróbuj jeszcze raz”. Znów odezwałem się do obecnego w bazylice franciszkanina: „Bracie, my dziś wieczorem wracamy do domu. Byliśmy umówieni na piątą rano na Mszę św.”. On spojrzał na mnie i odparł… po polsku: „Hmm, to poczekajcie, może wejdziecie” – śmieje się na to wspomnienie Sławek.

Czekali cierpliwie. Zakończyła się Eucharystia Kościoła greckokatolickiego. Zaczęto przygotowywać liturgię katolicką. Wnoszono deskę, którą położono na Grobie, świece, mszał. Zaraz potem wszedł ksiądz z kielichem w ręku. Za nim 10-osobowa grupa z Włoch. Ludzie zaczęli napierać. A franciszkanin podniósł rękę i pokazał palcem, mówiąc: „Polaki, proszę wchodźcie”. Kiedy weszli, strażnik za nimi zamknął drzwi. – I tak znaleźliśmy się na prywatnej Mszy św. w Grobie Pańskim. Kapłan odprawiał Eucharystię przy samym Grobie, wierni stali obok Kamienia Anioła – opowiada Sławek. – A my zszokowani jeszcze. Jedna z sióstr zakonnych pokazała nam wymownie, żebyśmy weszli dalej, do samego grobu, gdzie jest kapłan. Więc ja bez wątpliwości stanąłem obok kapłana. Ucałowałem płytę nagrobną. Każdy z nas mógł tam wejść – wspomina Tomasz. – I prawdą jest, że grób był pusty. Jezus żyje!

Chodzisz i szukasz...

– Jezus chciał nas ujrzeć tu w niedzielę. Tak się nasza pielgrzymka ułożyła. W piątek mogliśmy adorować krzyż, przejść Drogę Krzyżową. W sobotę, w dniu Matki Bożej, byliśmy w Betlejem. Potem pogłębiona adoracja Golgoty. Dopiero w niedzielę, i to nie od razu, Jezus nas zaprosił na Eucharystię. Było we mnie to pytanie: „Panie Jezu, dlaczego nie?”. Straciłem już nadzieję. A później zaproszenie: „Wchodźcie”. I taki szok, że mogliśmy być tak blisko, w sposób wyjątkowy, wziąć udział w niedzielnej porannej Eucharystii przy pustym Grobie. Ale Jezus nas do tego przygotowywał. Wracam do tych dni. Mówiąc Różaniec, części bolesne, widzę te miejsca, w których byłem – mówi Tomasz. – Pamiętam te emocje... I słowa: „Idź, spróbuj jeszcze raz”. Jakby mówił: „Poczekajcie, bądźcie cierpliwi. Przygotowałem dla was coś specjalnego”. I tak się stało. Eucharystia w Grobie Pańskim.

Kiedy wyszliśmy po Mszy św., widać było emocje w każdym z nas. Ale takie, które nie pozwoliły nam przez dobre pół godziny wypowiedzieć choćby jednego słowa. Golgota i krzyż, miejsce, gdzie Jezus rozłożył ręce, oddał za nas życie. Chciałbym tam wrócić – mówi Sławek.

– Jestem osobą raczej poszukująca Boga. W niedzielę poczułem, że On mocno mnie testuje. Dwa razy strażnik kazał mi wejść do grobu i dwa razy kapłan kazał mi stamtąd wyjść. Podczas Komunii strażnik znów pokazał mi, że mam wejść. Tym razem nie wyszedłem. Byłem przy ołtarzu, płycie nagrobnej, od Komunii do końca Eucharystii, do błogosławieństwa. Byłem tam najdłużej ze wszystkich. Pomyślałem: chodzisz i szukasz, te swoje teorie głosisz, a tu masz trzy próby i w końcu jesteś... – mówi Grzegorz.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6