Afrykański chłopiec ze snu

– Gdy wylatywałam z Polski, czułam lekkie przerażenie. Ale zaufałam cichemu pragnieniu, które przez całe życie pociągało mnie ku misjom – podkreśla Hanna Honisz.

Reklama

Jadąc do sierocińca, spodziewałam się smutnych dzieci o zagubionym spojrzeniu. I może w chwili przybycia do sierocińca maluchy czują się zagubione, ale też bardzo szybko się akomodują. Chętnie się bawią, zaraz po szkole zrzucając buty. Biegają, śmieją się, są otwarte i radosne – opowiada Hanna Honisz z Biura Prasowego Kurii Diecezjalnej, która przez 3 tygodnie była wolontariuszką w Holy Family Care Centre w Ofcolaco w RPA, prowadzonym przez siostry ze Zgromadzenia Córek Niepokalanego Serca Matki Bożej.

– Wiele słyszałam o tym, że w Afryce liczy się tu i teraz. Rzeczywiście ludzie, których spotkałam, żyją z dnia na dzień, żyją tym, co dzieje się teraz. Nie narzekają, nie użalają się nad sobą – dopowiada.

Dzieci z HIV

– Nie wiedziałam, że w tym sierocińcu wśród 70 podopiecznych będą też dzieci chore na HIV. W pierwszej chwili było to dla mnie zaskoczeniem. Ale ten szok szybko minął. Zrozumiałam, że zarażenie jest możliwe tylko poprzez kontakt krew–krew. Dostrzegłam też, że są to zupełnie normalne dzieci. Od pozostałych różni je tylko to, że łapią każdą infekcję, bo mają bardzo słabą odporność – mówi Hanna Honisz.

Przyznaje, że dzieci szybko ją zaakceptowały, chętnie się przytulały, okazywały czułość. – Kgomotšo przyszedł do mnie i spytał, czy przyjechałam do nich na zawsze. Nie chciałam go okłamywać i powiedziałam mu prawdę. Wtedy spuścił głowę i odszedł – wspomina wolontariuszka. – Kgomotšo jest w V klasie szkoły podstawowej. Jest sierotą, a do Holy Family Care Center trafił jako niemowlę. Ma HIV i bierze leki. Jest bardzo zdolny, lubi się uczyć, a tam większość dzieci nie przykłada się do tego. Poza tym jest empatyczny, wiele się domyślał. Kiedy czułam się onieśmielona czy zagubiona, wołał mnie i oprowadzał po ośrodku, żebym w przerwie nie zamykała się sama w pokoju – opowiada.

Dodaje, że chłopiec mocno się do niej przywiązał. Ze wzajemnością. – Myślę, że to był chłopiec z mojego snu. Jeszcze nim rozpoczęłam przygotowanie do wyjazdu misyjnego, miałam sen, w którym afrykański chłopiec mnie przywoływał. Myślę, że Kgomotšo czekał na mnie – mówi.

Wiedza i świadectwo życia

– Początkowo uważałam, że to mój jednorazowy wyjazd misyjny. Miałam poczucie, że bez dobrej znajomości angielskiego i przynajmniej jednego języka lokalnego moja obecność tam jest bez sensu. Przez kilka tygodni mogę dzielić się miłością i czułością, ale do wychowywania potrzebna jest dobra komunikacja werbalna – przyznaje Hanna Honisz. – Po czasie okazało się, że podczas urlopu sióstr byłam tam najlepiej wykształconą osobą. Zadania szkolne, które dzieci z podstawówki miały do rozwiązania, nie sprawiały mi trudności, ale były problematyczne dla miejscowych opiekunek, które miały średnie wykształcenie. Zrozumiałam, że jako świeccy możemy dać Afryce swoją wiedzę i świadectwo życia – podkreśla.

– Gdybym w sierocińcu zmywała naczynia czy obierała warzywa, to odbierałabym pracę miejscowym ludziom. Ale jeśli pomagałabym w tym, z czym oni sobie nie radzą ze względu na niski poziom edukacji, to moja obecność miałaby sens – dodaje. – Cenne jest również świadectwo życia świeckiego misjonarza, które pokazuje, że wierność jest możliwa. Tam większość ludzi, choć są chrześcijanami, żyje w konkubinatach czy związkach poligamicznych. A kiedy spotykają kogoś, kto żyje inaczej, dziwią się – opowiada wolontariuszka. I podkreśla: – Takie świadectwo jest miejscowym ludziom potrzebne, bo nie umieją połączyć wiary w Pana Boga z moralnością w sferze seksualnej.

Wolontariat misyjny

– Studenci mogą na taki wyjazd przeznaczyć wakacje lub ich część. Osoby pracujące mogą wyjechać w ramach urlopu wypoczynkowego lub bezpłatnego albo świadomie zdecydować się na pracę w biedniejszym kraju, służąc swoją specjalistyczną wiedzą. Nikt nie jedzie z marszu. Indywidualne przygotowanie trwa przynajmniej rok i trzeba je rozpocząć od zgłoszenia się do Biura Misyjnego w kurii – wyjaśnia Hanna Honisz, która pojechała do RPA w ramach swojego urlopu. Zapewnia też, że trudności językowe okazują się do nadrobienia.

– Początkowo mówiłam bardzo mało po angielsku. W zasadzie tylko odpowiadałam na pytania. Ale z upływem kolejnych dni coraz więcej potrafiłam powiedzieć i zrozumiałam, że język nie jest barierą nie do pokonania. Zdecydowanie ważniejsza jest komunikacja sercem i to, jaką jestem osobą. Tego nauczyły mnie siostry zakonne, które pracują w Holy Family Center – mówi wolontariuszka.

A swoją misyjną opowieść kończy refleksją: – Choć nie ewangelizowałam, nie mówiłam o Bogu, to zrozumiałam, że dawanie miłości jest dawaniem Boga. Misje zmieniają nie tylko patrzenie na ludzi i świat, ale przede wszystkim zmieniają serce.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6